Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Janusz Paluch, ROZMOWA Z PROF. TADEUSZEM RIEDLEM

[3/2014]

W jednym z numerów „Kuriera Galicyjskiego”1 czytałem rozmowę z Panem Profesorem przeprowadzoną w lwowskiej kawiarni Wiedeńska. Czyżby częściej można było spotkać Pana Profesora we Lwowie niż w Krakowie?

Rzeczywiście bywam od dawna przynajmniej raz w roku we Lwowie. Wyjątek był w 2013, bo na podróż do Lwowa nie pozwolił mi stan zdrowia. Pierwszy raz pojechałem tam w 1969 r. W latach 70. były to krótkie orbisowskie wycieczki, zaledwie na trzy doby. Dopiero w latach 90. można było swobodnie podróżować.

 

Jeżdżąc do Lwowa poznał pan pewnie Polaków tam mieszkających…

Tak. W latach 70. poznałem dr Irenę Pelczarską. Były jeszcze dwie panie – Janina Sosabowska, rodzinnie związana z generałem Stanisławem Sosabowskim, i Maria Skierska. Mieszkały przy ul. Snopkowskiej. Pelczarska była koleżanką szkolną mojej ciotki Szumowskiej. Bezpłatnie leczyła Polaków i była przewodniczącą – nazwijmy to – komitetu ochrony naszej rzymskokatolickiej katedry we Lwowie. Obecnie jestem zaprzyjaźniony z Grażyną Basarabowicz, która pracuje w naszym konsulacie we Lwowie. Miałem też przyjemność poznać Janinę Zamojską. Ona przyjeżdżała do Krakowa w związku z problemami ze wzrokiem. Leczyła ją moja bratowa dr Sabina Riedl. W latach 70. miałem możliwość odwiedzenia prof. Gębarowicza. Wtedy nie byłem świadomy tego, kim on był – czego do dzisiaj nie mogę sobie wybaczyć. Kustosz Zakładu Ossolińskich z Wrocławia, Roman Aftanazy, znany panu autor wielotomowego dzieła Dzieje rezydencji na dawnych Kresach Rzeczypospolitej, wiedząc, że wybieram się do Lwowa, przekazał mi jakieś drobiazgi z prośbą o dostarczenie ich do mieszkania prof. Gębarowicza. Zawiozłem, poszedłem pod wskazany adres, dostarczyłem, usłyszałem Dziękuję, powiedziałem Do widzenia i poszedłem, bo spieszyłem się pewnie na jakieś umówione spotkanie. W mieszkaniu profesora była wtedy pani dr Chmielewska, która się nim opiekowała. I wie pan, nie zapamiętałem wnętrza mieszkania profesora, nawet jego twarz umknęła w niepamięć, a zapisał się w mojej pamięci obraz pani Chmielewskiej, która była ubrana jak „dziadówka”… Byłem tym zszokowany! Po latach człowiek uświadamia sobie takie błędy… Na usprawiedliwienie – te wyjazdy były bardzo krótkie, a program miałem napięty do granic możliwości… Jednak, biję się w piersi, nie wiedziałem, że Gębarowicz to taka wielka postać!

 

Rozumiem, że powodem tak częstych wizyt we Lwowie są tradycje rodzinne. W końcu pochodzi Pan z rodziny z dość długą lwowską historią!

Do Lwowa jako pierwszy dotarł mój pradziadek Józef Riedl. Jedna z moich kuzynek, mieszkająca niedaleko Ustronia Śląskiego, dotarła do historycznych dokumentów, na podstawie których udało się jej stwierdzić, że lwowscy Riedlowie pochodzili spod Opawy. Odnalezione przez nią dokumenty ukazują genealogię Riedlów siegającą aż  po rok 1650! Wszystkie te pokolenia żyły w okolicach Opawy aż do czasów pradziadka Józefa. Wprawdzie nie mam na to żadnych dokumentów, ale Riedlowie zapewne byli Austriakami, bo chyba nie Czechami… Ich językiem ojczystym był najpewniej język niemiecki.

 

We Lwowie Riedlowie szybko się spolonizowali…

Edmund Riedl, dziadek autoraRzeczywiście. Syn Józefa – Edmund w historii zapisał się jako współtwórca Konfederacji Narodu Polskiego. To był rok 1876. Konfederacja zawiązana została w mieszkaniu dziadka Edmunda przy ul. Łyczakowskiej 70. Wśród współtwórców byli Wacław Koszczyc, książę Adam Sapieha, baron Gostkowski, Tadeusz Romanowicz i wielu innych znanych i słynnych lwowian. O co chodziło z tą Konfederacją? Jej działalność sięgała nawet Poznania, Wiednia i Turcji, a główny cel to było doprowadzenie do wojny turecko-rosyjskiej, żeby Rosję wciągnąć w wojnę, przy okazji której Polska miałaby szansę odzyskać niepodległość. Wiemy, że z tego nic nie wyszło. Dziadek Edmund przez wiele lat był też posłem do Sejmu Galicyjskiego, ale był także radnym miasta Lwowa. W Sejmie Galicyjskim razem z innymi posłami był w opozycji do inicjatywy powołania we Lwowie uniwersytetu ukraińskiego.

 

Podejrzewam, że jego działalność społeczno-polityczna mogła zaistnieć dzięki jego pozycji gospodarczej i finansowej we Lwowie.

Na pewno tak. Już w 1880 utworzył firmę handlową Edmund Riedl, która początkowo mieściła się przy placu Mariackim 10. Tego budynku już nie ma. Wybudowano w tym miejscu nowoczesny bank. W 1900 r. dziadek wybudował kamienicę przy ul. Rutowskiego 3, naprzeciw katedry, i tam także firma Riedlów została przeniesiona. W tej kamienicy zamieszkała też rodzina Riedlów, czyli dziadek Edmund z szóstką dzieci. Firma Riedlów, pod niezmienną nazwą „Edmund Riedl” (skład towarów kolonialnych, win i nasion), egzystowała w tamtym miejscu do końca, czyli do 1939 r. Miała też cztery sklepy filialne: przy ul. Gródeckiej 74, przy pl. Unii Brzeskiej 5, przy ul. Potockiego 38 i przy ul. Łyczakowskiej 40. Odwiedziłem te miejsca we Lwowie i proszę sobie wyobrazić, że sklepy w tych miejscach nadal istnieją, a trzy z nich prowadzą podobny asortyment co firma Riedlów. Dziadek zmarł w roku 1916. Firmę objęli jego synowie. Firma musiała się chyba dobrze rozwijać, bo na rok 1939 przewidywano otwarcie przedstawicielstwa na terenie Centralnego Okręgu Przemysłowego, prawdopodobnie w Stalowej Woli.

 

Szefem firmy po śmierci dziadka został zatem najstarszy syn, który podobnie jak ojciec miał na imię Edmund…

Mój ojciec miał trzech braci i trzy siostry. Najstarszy z nich – Edmund – pracował w sklepie jako kupiec, a potem także jako właściciel. Zmarł we Lwowie w 1940 r. na zawał serca. Z literatury lwowskiej dowiedziałem się, że był człowiekiem „w miarę trunkowym”… (śmiech). Drugi z braci, Kazimierz, w 1945 r. deportowany został do Donbasu. Miał jednak szczęście, bowiem ze względu na stan zdrowia pozwolono mu wrócić do Lwowa. W tamtym czasie 17 tysięcy Polaków zostało wywiezionych ze Lwowa do Donbasu.

 Rodzice Tadeusza – Zofia i Tadeusz Riedlowie

Po wojnie mieszkał najpierw w Gliwicach, potem w Krakowie. Także jego syn Edmund przeniósł się z żoną Sabiną do Krakowa. Sabina ukończyła w Krakowie medycynę, obroniła doktorat i była ordynatorem w szpitalu okulistycznym w Witkowicach, zmarła 8 lutego 2014 r. w wieku 95 lat. Edmund zmarł w roku 1994, był ekonomistą z wykształcenia. Był mi szczególnie bliski… Mój ojciec Tadeusz – mam imię po nim – był najmłodszy. Kończył gimnazjum jezuitów w Chyrowie razem z Romanem Abrahamem, późniejszym generałem. Byli zaprzyjaźnieni. Potem tata studiował prawo na Uniwersytecie Lwowskim, a w 1915 r. został doktorem prawa. Nie wiem, co robił w czasie I wojny światowej. Natomiast w 1918 r. mieszkał już w Warszawie i pracował w jakimś centralnym urzędzie. Oprócz tego miał ukończoną w Wiedniu akademię handlową. Mama często opowiadała o tym w obecności taty, on nie protestował, ani nie prostował, musiała więc to być prawda. W roku 1936 rozpoczął pracę w rodzinnej firmie „Edmund Riedl”, gdzie został szefem działu nasion. Po 1939 r. był robotnikiem w ogrodzie botanicznym instytutu farmacji we Lwowie, kierowanym przez Tadeusza Wilczyńskiego. Prawdopodobnie dzięki temu, że pracował fizycznie, udało mu się uniknąć wywózki na Syberię. W czasach okupacji niemieckiej tata, znając język Goethego – jak większość lwowian, pracował w biurze wiedeńskiej firmy Meinla. We Lwowie ta firma – jak wiem z opowiadań – doskonale się spisywała przyjmując do pracy wielu młodych Polaków, którzy byli zagrożeni wywózką na przymusowe roboty do Niemiec. W 1944 r., gdy weszli sowieci, pracował w szkole, która mieściła się w dawnym VIII Gimnazjum przy ul. Dwernickiego. Był tam szefem gospodarczym – aż do czasu ekspatriacji.

 

Z kim przyjaźnili się we Lwowie rodzice Pana Profesora?

Prof. med. Andrzej KlisieckiNajbliższym przyjacielem taty był księgarz Aleksander Krawczyński. On przez 9 lat na przełomie lat 20–30. był dyrektorem księgarni Gebethnera i Wolffa w Paryżu na bulwarze Saint Germain. Po wojnie Krawczyńskiemu udało się szczęśliwie wywieźć wagon książek do Gdańska. We Wrzeszczu założył Księgarnię Gdańską, a jak mu ją władza ludowa zabrała, to prowadził antykwariat. On mnie bardzo lubił. Posiadam chyba jedyną jego portretową fotografię, którą opublikowałem w jednej z moich książek, a także w opracowaniu Iriny Kotłobułatowej Lwów na starej pocztówce. Drugim wielkim przyjacielem taty był dr Paweł Csala. To węgierskie nazwisko. Dr Csala był dyrektorem i współwłaścicielem fabryki sklejki „Oikos” we Lwowie. Poza Lwowem mieli też fabrykę bodajże w Piotrkowie Trybunalskim. Csala był też wiceprezesem Izby Przemysłowo-Handlowej we Lwowie, Honorowym Konsulem Finlandii i wójtem gminy w Brzuchowicach. Tam się cieszył tak wielkim uznaniem, że potem w lokalu gminy wisiał jego portret! Poza tym na Politechnice Lwowskiej prowadził wykłady z zakresu technologii drewna. Jego brat Ludwik był lekarzem – tu może taka ciekawostka… Ludwik Csala był pierwszym lekarzem, który dokonał oględzin zwłok Lusi Zarembianki – ofiary w słynnym procesie Rity Gorgonowej. Bardzo zaprzyjaźniony z naszą rodziną był też kuzyn mojej mamy, mój wujek, prof. Andrzej Klisiecki, fizjolog. Najpierw był asystentem w Zakładzie Fizjologii na Uniwersytecie Lwowskim, a potem kierownikiem Zakładu Fizjologii na Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie. Po wojnie był profesorem Akademii Medycznej we Wrocławiu, twórcą i pierwszym rektorem Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu, doktorem honoris causa Akademii Medycznej i Akademii Rolniczej we Wrocławiu.

 

Urodził się Pan Profesor w 1933 r., zatem powinien Pan rozpocząć edukację szkolną jeszcze we Lwowie…

W czasie niemieckiej okupacji byłem uczniem szkoły Marii Magdaleny. To była klasa czwarta i piąta. Materiał klas 1–4 opanowałem podczas prywatnych korepetycji w domu. Przychodzili do nas nauczyciele. Jedną z nauczycielek była pani Irena Lewicka. Mieszkała po wojnie w Krakowie i była tam bardzo ceniona przez środowisko lwowskie. Moim nauczycielem w szkole Marii Magdaleny był Teofil Kędzierzawski, a kierownikiem szkoły był Rudolf Kopp. Po wojnie zetknąłem się z nim w Katowicach, gdzie kierował sekcją tenisową klubu Pogoń. Śląska Pogoń wtedy się liczyła! Ta drużyna była wielokrotnym mistrzem Polski.

 

Gdzie spędzali Państwo wakacje?

Zazwyczaj w Gorganach. Wyjeżdżaliśmy całą rodziną do Maksymówki – powiat Dolina, województwo stanisławowskie. Tam przyjeżdżał też prof. Tadeusz Marciniak – anatom z Zakładu Anatomii Uniwersytetu Lwowskiego. Po wojnie był wieloletnim dziekanem wydziału lekarskiego Akademii Medycznej we Wrocławiu. Bywał też w Maksymówce ks. prof. Stanisław Frankl – kierownik Zakładu Teologii Dogmatycznej Uniwersytetu we Lwowie. Wiele zawdzięczam też innemu uczestnikowi naszych wakacyjnych przygód w Maksymówce, dr. Janowi Kinelowi – dyrektorowi Muzeum im. Dzieduszyckich. Był entomologiem i właśnie on zainteresował mnie tym przedmiotem. Miałem osiem lat, gdy zacząłem zbierać motyle! I tak zostało mi do dzisiaj. Zajmuję się określonymi gatunkami motyli z obszaru Palearktyki obejmującego Europę, Afrykę Północną i całą Azję po Japonię z wyłączeniem Indii i Indonezji.

 

W końcu przyszedł czas ekspatriacji ze Lwowa…

Do Krakowa przyjechaliśmy 23 grudnia 1945 r. i pierwsze dni mieszkaliśmy w Hotelu Francuskim. Do dziś pamiętam mosiężne poręcze z klatki schodowej tego hotelu! W Krakowie ojciec podjął pracę w firmie Buszczyński. Mieszkaliśmy przy ul. Fałata u lwowianina inż. Władysława Fedorskiego, który oddał nam jeden pokój. Ponieważ tata nie mógł znaleźć samodzielnego mieszkania w Krakowie, przenieśliśmy się do Bielska-Białej.

 

Pan Profesor nie jest jednak związany z Bielskiem…

Rzeczywiście, dość krótko tam mieszkałem. Rok przed maturą przeniosłem się do Warszawy, gdzie zamieszkałem z bratem. Byłem uczniem Liceum Ogólnokształcącego im. Wojciecha Górskiego, z którego zostałem wyrzucony za kompletne nieróbstwo. To nie jest tak, jak Jerzy Janicki pisze, że nie zdałem matury… Mnie wylano z tego liceum. Przecież w tamtych czasach nie miałem czasu na naukę, bo musiałem grać w tenisa! To było dla mnie najważniejsze!… (śmiech) W 1951 r. osiągnąłem wicemistrzostwo Polski juniorów i wtedy dostałem się do liceum przy ul. Żelaznej w Warszawie – obecnie LO im. Jana Śniadeckiego, gdzie zdałem maturę. Już wydawało się, że wszystko układa się idealnie, że zostanę studentem Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie zdawałem egzamin wstępny na biologię. Podczas egzaminu popełniłem dwa kardynalne błędy. Na egzaminie z wiedzy o Polsce i świecie współczesnym – dostałem pytanie: gdzie mieszka ojciec? Zamiast powiedzieć, że mieszka koło Stalinogrodu, odpowiedziałem, że koło Katowic. A drugi mój błąd to odpowiedź na pytanie: czy dobrze znał pan Władysława Skoneckiego?… Potwierdziłem, że znałem go dobrze. Tymczasem Skonecki rok wcześniej uciekł z Polski na Zachód! Te dwie odpowiedzi wystarczyły, bym nie został przyjęty na studia w Warszawie. Na szczęście był Wrocław, gdzie miałem wujka Andrzeja Klisieckiego, który był profesorem na medycynie. Wówczas przeniosłem się do Wrocławia i tam podjąłem studia na uniwersytecie.

 

Skończyła się wtedy braterska opieka …

Brat był starszy ode mnie o 9 lat! Dlatego rodzice nie obawiali się posłać mnie do Warszawy pod jego kuratelę… Skończył VIII Gimnazjum we Lwowie. Studia rozpoczął jeszcze na Politechnice Lwowskiej za czasów okupacji niemieckiej. Po wojnie ukończył chemię na Politechnice Gliwickiej i natychmiast przeniósł się do Warszawy. Tam przyjął go do pracy na Uniwersytecie Warszawskim lwowski profesor Wiktor Kemula, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk. Potem brat przeniósł się na Politechnikę Warszawską do sławnego chemika prof. Wojciecha Świętosławskiego. Pracował też w rozmaitych instytutach resortowych. W końcu został profesorem. Zmarł w roku 1990 w wieku 66 lat.

 

Nie powiedział Pan Profesor nic o rodzinie swojej mamy…

Prof. med. Tadeusz MarciniakNasza mama miała na imię Zofia… Kobiety w tamtych czasach studiów na ogół nie kończyły. Mama była najstarszą i najbardziej kochaną córką adwokata Władysława Szayny, urodzonego w 1866 r., który prowadził praktykę w Drohobyczu. Jako cywilista zajmował się sprawami przemysłowców z tamtejszego zagłębia naftowego. Po I wojnie światowej dziadek Szayna przeniósł się do Lwowa, gdzie otworzył kancelarię adwokacką. Miał trzy córki i trzech synów. Najstarszy Antoni ukończył chemię i był na Politechnice Lwowskiej docentem w Katedrze Technologii Nafty i Gazów Ziemnych u prof. Stanisława Pilata. Stamtąd w latach trzydziestych wyemigrował do Ameryki, gdzie pracował do końca życia jako chemik. Średni syn Stanisław był bliskim współpracownikiem Romana Dmowskiego w Poznaniu. Należał tam do rozmaitych korporacji studenckich. Zmarł bardzo wcześnie. A najmłodszy Bolesław był ekonomistą, po wojnie był w Bielsku, potem przeniósł się do Krakowa, gdzie mieszkał już do końca życia. Mama miała dwie siostry. Starsza Irena była żoną warszawskiego dentysty, z którym się rozwiodła. Potem po Powstaniu Warszawskim wyjechała do Krakowa i wyszła za mąż za Bolesława Dunikowskiego, brata Xawerego, słynnego artysty rzeźbiarza. Bolesław Dunikowski miał doktorat z historii, był jednak patentowanym leniem, który pracę zawodową zakończył jako pilot wycieczek. Irena pracowała jako kierownik Działu Grafiki PAN, przy ul. Sławkowskiej 17. Mówiono o niej jako o bardzo eleganckiej kobiecie. Wkrótce rozstała się z Dunikowskim i po raz trzeci wyszła za mąż, tym razem za lwowianina z Kalifornii, Zbigniewa Wajdę, wyjątkowo bogatego człowieka. Na stare lata wrócił do Warszawy, gdzie zmarł. Ona ufundowała rzeźby w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu. To ten sam kościół, w którym pracował ks. Jerzy Popiełuszko. Najmłodsza siostra mamy, Halina, prawdopodobnie urodą najatrakcyjniejsza, była żoną Kazimierza Szumowskiego lekarza laryngologa we Lwowie. Ojciec Szumowskiego był profesorem historii medycyny na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Kazimierz Szumowski został zamordowany przez NKWD w więzieniu „Łąckiego” 27 czerwca 1941 r. Tata zaraz po wkroczeniu Niemców do Lwowa odnalazł jego ciało na podwórzu więziennym. Szumowski został pochowany na cmentarzu Łyczakowskim tuż koło kaplicy Baczewskich. Natomiast grobowiec Riedlów znajduje się w sąsiedztwie grobu Marii Konopnickiej. Tam są pochowani dziadkowie i stryj. No i legendarny polski matematyk prof. Stefan Banach…

 

Jak to się stało, że prof. Banach leży w grobowcu Riedlów?

Aleksander Krawczyński, księgarzProf. Banach miał skomplikowane dzieciństwo. Dorastał w rodzinie zastępczej. Zajmowała się nim Franciszka Płowa i jej córka Maria Puchalska, które były praczkami. Ojciec nazywał się Stefan Greczek. Polaków o tym nazwisku jest sporo w Ameryce. Autorka biografii prof. Banacha Emilia Jakimowicz dotarła do kilku osób, które przyznały się do pokrewieństwa z profesorem. Doskonale pamiętam prof. Banacha ze Lwowa, bo w czasie wojny zamieszkał u nas. Dlaczego? Gdy do Lwowa weszli Rosjanie, to z jakichś przyczyn „wkitowali” się do mieszkania Banachów. I to tak się „wkitowali”, że Banachowie musieli swoje mieszkanie opuścić. I dlatego zamieszkali w naszej willi przy Dwernickiego. Natomiast skąd się wzięła znajomość mojego taty z Banachem? Poznali się w mieszkaniu nauczyciela fizyki Michała Halaunbrennera, który potem był kierownikiem katedry fizyki na Politechnice Krakowskiej. On był zaprzyjaźniony z Banachem. Żona Halaunbrennera w czasie okupacji gotowała pyszną fasolkę, a Banach przynosił wódeczkę i życie towarzyskie kwitło, mimo okupacji. Kiedy Banach znalazł się w tej dramatycznej sytuacji mieszkaniowej, a mieszkanie po dziadku stało puste, to się Banachowie do nas sprowadzili. I zmarło mu się u nas, i na wieki chyba już został naszym sublokatorem, bo pochowano go w grobowcu Riedlów, gdzie spoczywa do dzisiaj. Dwa lata temu grobowiec został wyremontowany za pieniądze cmentarza Łyczakowskiego.

 

Wydał Pan Profesor kilka książek poświęconych swemu rodzinnemu miastu.

Dwa opracowania naukowe poświęciłem specyficznej tematyce – lwowskiej entomologii i historii tenisa we Lwowie. O Lwowie napisałem cztery książki. W 1996 r. ukazała się w Wydawnictwie Sudety pierwsza moja książka poświęcona miastu nosząca tytuł We Lwowie. Relacje. Podzielona jest na dwie części. Część pierwsza poświęcona jest martyrologii lwowskich pracowników nauki w okresie okupacji. Druga część zatytułowana jest Miscellanea, czyli różności, a między innymi opisałem tam historię mojej rodziny. Jest też trochę informacji o lwowskim Teatrze Wielkim, opowieść o znanym lwowskim księgarzu Aleksandrze Krawczyńskim, który swoją pracę zawodową rozpoczynał w Krakowie w księgarni Krzyżanowskiego. Swego czasu odwiedziłem dawną księgarnię Krzyżanowskiego. Kiedy opowiedziałem o Krawczyńskim obecnym jej właścicielom, byli zaskoczeni, nic nie wiedzieli o Krawczyńskim! W 2002 r. ukazała się druga moja książka Lwów w pamięci i fotografii. Pierwsza część to spacer po Lwowie wśród zabytków. Opisuję tam zabytkowe budynki, perełki architektury, ale i ludzi związanych z tymi obiektami. Drugi rozdział poświęcony jest konkretnym adresom i miejscom, w których znani powszechnie lwowianie mieszkali. Zamieściłem też historię Uniwersytetu Jana Kazimierza napisaną na podstawie różnych kronik i innych wydawnictw uniwersyteckich. Nie mogłem pominąć historii dworca głównego. Dworzec główny to moja ulubiona budowla we Lwowie!

 

Trzecia książka pana profesora…

To ta kolorowa, Chodząc po Lwowie, wydana przez Wydawnictwo Bernardinum. Tam jest prawie 400 fotografii kolorowych. Jeden rozdział poświęcony jest widokom Lwowa. Inny poświęcony świątyniom Lwowa oraz miejscom, gdzie mieszkali wielcy lwowianie. Jest też rozdział poświęcony Teatrowi Wielkiemu z biogramami ludzi związanych z tym teatrem.

 

Skąd pochodzą te wspaniałe zdjęcia, stanowiące ilustrację książek?

Wszystkie są mojego autorstwa. Przedwojenne pochodzą ze zbiorów własnych, rodzinnych, a autorem wielu z nich był mój brat.

 

Rzecz O Lwowie i lwowskim piśmiennictwie to czwarta książka Pana Profesora.

Wszystkie opisywane tam książki, w tym wydawnictwa przedwojenne i emigracyjne, znajdują się w mojej prywatnej bibliotece. Starałem się je pokrótce omówić. I w taki sposób powstała ta książka. A co z tego wyszło – nie wiem. Zobaczymy co napisze na łamach Cracovia–Leopolis redaktor Andrzej Chlipalski…

 

Czy będzie dalszy ciąg bibliografii lwowskiej w opracowaniu Pana Profesora? Przecież książki o Lwowie i Kresach wciąż ukazują się na księgarskich półkach…

Trudno powiedzieć. Pewnie będę opisywał je na bieżąco, bo staram się, by nic nie umknęło mojej uwadze. A czy zdążę uzbierać materiału na kolejną książkę? Nie wiem. Natomiast kusi mnie, by napisać o lwowianach z Trójmiasta. Marzy mi się też kolejne wydawnictwo albumowe o Lwowie. Mam już tytuł Lwów trudniej rozpoznawalny. Pokazałbym tam tylko ciągi ulic, oczywiście z odpowiednim opisem.

 

Dziękując Panu Profesorowi za rozmowę, życzę zrealizowania tych zamierzeń!

 


1   Jurij Smirnow „Lwowskie spotkanie z profesorem Tadeuszem Riedlem” [w:] „Kurier Galicyjski”, nr 11 (135), 17–29 czerwca 2011 r., s. 19.