Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Janusz M. Paluch, ROZMOWA Z M. WOJCIECHOWSKIM

[4/2014]

Należy Pan do „rodziny” Kresowiaków nieposiadających tam korzeni…

Ależ ja także pochodzę z kresów! Urodziłem się w Wałbrzychu, a to przecież kresy zachodnie Polski powojennej...

 

W Wałbrzychu po wojnie osiadło wielu Polaków wypędzonych z Kresów, może stąd Pańskie zainteresowanie tym tematem?

Rzeczywiście, wśród moich znajomych było wielu z kresowymi korzeniami. Chrzcił mnie, a potem do pierwszej Komunii świętej przygotowywał ks. dr Adolf Iwanciów, Sybirak, świadek ludobójstwa. W jednym z kościołów, w parafii św. Jerzego i Matki Boskiej Różańcowej, znajduje się „Kresowa Madonna” – słynący łaskami obraz Matki Boskiej Różańcowej z Białego Kamienia. Ale w tamtych czasach jeszcze nie było we mnie zainteresowania Kresami. Można natomiast powiedzieć, że już jako dziecko byłem na co dzień w kresowym żywiole zanurzony. Moja własna droga do Kresów była dość długa… Wszystko zaczęło się za sprawą Chóru Mariańskiego i jego dyrygenta pana Jana Rybarskiego. Choć nie jestem z wykształcenia muzykiem, to muzyka zawsze inspirowała mnie do różnych przedsięwzięć. Uczestnicząc w koncertach, byłem zafascynowany pracą orkiestry czy chóru. A wszystko zależało od batuty dyrygenta. Kiedyś postanowiłem skorzystać z zaproszenia Chóru Mariańskiego, któremu pomagałem w organizacji wyjazdu do Wiednia, gdzie miał koncertować dla uświetnienia jubileuszu 100-lecia pobytu XX Zmartwychwstańców w Wiedniu. Był rok 1997. Zostałem zauroczony atmosferą panującą w autokarze jeszcze w drodze, a potem podczas prób i samych koncertów! Skład chóru był wielopokoleniowy. Często śpiewali w nim rodzice, ich dorosłe już dzieci, a do tego młodzież licealna. To wręcz niesamowite, że tradycja chóralna bardzo często przechodzi w rodzinie z pokolenia na pokolenie. Stąd też zapewne tak niezwykłe, międzypokoleniowe porozumienie w zespole, i taka prawdziwie rodzinna atmosfera. Drugi aspekt tego wyjazdu to już sam Wiedeń, ale nade wszystko miejsca związane z wielkimi Polakami. To właśnie w Wiedniu moje oczy i serce otworzyły się na Kresy, gdzie biło przez wieki serce Polski. Kahlenberg, tak związany z naszym królem Janem III Sobieskim, który przecież wywodzi się z Kresów – Olesko, Złoczów, Lwów i Żółkiew… A kiedy spłynęliśmy z Kahlenbergu ku wspólnej historii z ck Austrią, i zaczęły padać nazwiska ministrów, przemysłowców, posłów, gdy zaczęto opowiadać o wkładzie Polaków w politykę i gospodarkę, wiedziałem, że moja następna wyprawa odbędzie się do – dla mnie już mitycznego – Lwowa. I tak też się stało… Był rok 1999.

Zacząłem jeździć do Lwowa średnio raz na miesiąc. Któregoś roku tak się akurat złożyło, że jednego tygodnia byłem we Lwowie trzy razy: w niedzielę na św. Piotra i Pawła, we wtorek na uroczystości wręczenia pierwszych Kart Polaka i 4 lipca na Wzgórzach Wuleckich. Zapytany przez dziennikarza, ile razy byłem na Kresach odpowiedziałem pytaniem: – A pan? Usłyszawszy w odpowiedzi: – Cztery razy, żartobliwie ripostowałem: – A ja byłem trzy razy w zeszłym tygodniu.

Najbardziej chyba zapamiętam wyjazd z pielgrzymką w styczniu 2006 roku w 350 rocznicę ślubów Jana Kazimierza. Adam Macedoński przypominał mi stale o tej rocznicy i namawiał do pielgrzymowania do Matki Boskiej Łaskawej. Przygotowaliśmy na tę okazję specjalną płytę z kolędami. Pielgrzymowałem znowu z Chórem Mariańskim do Lwowa w towarzystwie prof. Ryszarda Legutki, ówczesnego ministra edukacji narodowej. Za jego pośrednictwem przekazaliśmy wcześniej płytę zespołu ówczesnemu Prezydentowi RP Lechowi Kaczyńskiemu z apelem, by zechciał zaszczycić uroczystości jubileuszowe, a także wziąć udział w obchodach 350-lecia Ślubów Jana Kazimierza w Katedrze Rzymskokatolickiej we Lwowie. Jakaż była nasza radość, kiedy Pan Prezydent przyjechał!

 

Pańskie pierwsze spotkanie ze Lwowem i mieszkającymi tam Polakami?

To był okres kolęd, który zawsze balsamicznie wpływa na ludzi. Ale we Lwowie Polacy zawsze są mili, ciepli i wspaniali. A do tego ta ich piękna, charakterystyczna mowa, toż to „miód na nasze serca”! Mieszkaliśmy u Polaków. Mogłem podziwiać ich wytrwałość, wzajemny szacunek w rodzinie, ale nade wszystko ich żarliwość w kościołach. Obserwowałem to przez lata, bo od tamtego czasu kiedy tylko mogłem, bywałem na Kresach, jak tylko nadarzała się okazja uczestniczenia w ważnych wydarzeniach. W taki sposób poznawałem też Wołyń i miejsca, w których Polacy byli bestialsko mordowani przez Ukraińców. Innym razem dotarliśmy do pięknie położonej miejscowości Dolina, skąd ruszyliśmy w kierunku Kamieńca Podolskiego, Chocimia i legendarnych Okopów Świętej Trójcy. Poznawałem wspaniałych duchownych i miejscowych ludzi, którzy pod ich kierunkiem od zera odbudowywali wspólnoty parafialne, z ruin podnosili kościoły w swoich miejscowościach. A ja stałem się świadkiem tych wydarzeń, a z czasem także ich dokumentalistą. Najpierw robiłem fotografie – w archiwum mam ich tysiące. Później rejestrowałem różne wydarzenia kamerą cyfrową – uzbierało się w archiwum jakieś kilkaset godzin nagrań!

 

Wspomniał Pan Okopy Świętej Trójcy… To miejsce dość symboliczne, bo przecież ważne w dziejach naszej państwowości, ale i symbol utrwalony w literaturze polskiej… Niedawno zresztą wrócił Pan z wyprawy do tego właśnie miejsca…

W zeszłym roku miałem okazję pojechać na 1 listopada do Lwowa. Niewiele osób z Polski jeździ wtedy do Lwowa, jako że odwiedzają swych bliskich na cmentarzach w Polsce. Ponieważ 1 listopada wypadał w piątek, automatycznie przedłużając weekend, postanowiliśmy większą grupą, w ramach Stanicy Kresowej, pojechać na Kresy. Już na miejscu dowiedzieliśmy się, że w czerwcu 2014 r. ma się odbyć poświęcenie kościoła odbudowywanego wówczas w Okopach Świętej Trójcy. Wtedy też zapadła decyzja o czerwcowym wyjeździe. Niestety nie przewidzieliśmy wtedy, że w państwie ukraińskim zmienią się tak drastycznie uwarunkowania społeczno-polityczne. Wielu chętnych zrezygnowało z wyjazdu w obawie o swoje bezpieczeństwo. Sprawa odbudowy kościoła w Okopach Świętej Trójcy nas także nieco zaskoczyła. Nie była zbytnio nagłośniona. Ukazały się jakieś teksty, choćby w „Gościu Niedzielnym”, ale bez specjalnego rozgłosu. Nie mogłem długo znaleźć kontaktu do ludzi, którzy stali bezpośrednio za tą odbudową, a później także za organizacją uroczystości poświęcenia świątyni. Dopiero telefon do proboszcza katedry w Kamieńcu Podolskim, ks. Romana Twaroga, przybliżył mi całą sytuację. W znacznie ograniczonym więc gronie pojechaliśmy na uroczystości do Okopów św. Trójcy, które odbyły się 14 czerwca. Było to niesamowite przeżycie. Śmiało można powiedzieć, że odbudowa zwieńczona poświęceniem odrestaurowanej świątyni to był cud! Każdy, kto był w tej miejscowości i odwiedzał ruiny tego niewielkiego kościółka, pozbawionego dachu, z niewyraźnymi pozostałościami malowideł na wewnętrznych ścianach, oceniając stan zachowania tej budowli okiem laika, miał wrażenie, że tej ruiny nie da się już podźwignąć z niebytu. Proboszczowi kamienieckiej katedry udało się jednak zmobilizować miejscową społeczność do pomocy w pracach rekonstrukcyjnych. Bez jej udziału niewiele by się tam udało zdziałać. Odbudowę wspomagała grupa Kresowian z Tarnowa, a merytorycznie za odbudowę odpowiedzialny był Jan Piekło – konserwator zabytków z Krakowa. A więc i nasze miasto ma swój wkład, a także Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz inni anonimowi darczyńcy. Dlaczego mówię o cudzie? Patrząc na historię odbudowywanych na Kresach świątyń rzymskokatolickich, trudno nie zauważyć, że do ich restauracji dochodziło tam, gdzie istniała mocna wspólnota religijna. Na przykład kościół w Kisielinie, który był w czasie I wojny światowej niemal doszczętnie zrujnowany, siłami wiernych został odbudowany w ciągu 20 lat, do 1937 r. Ale to był inny czas i inni ludzie.

W Okopach św. Trójcy nie ma przecież wiernych Kościoła rzymskokatolickiego! W pięknej uroczystości poświęcenia świątyni uczestniczyła miejscowa społeczność. Tylko niektórzy jej członkowie mogli byli pamiętać to miejsce z czasów II Rzeczpospolitej, czy też dzień zniszczenia świątyni przez UPA w 1943 r. Ludność wiejska ma bardzo nabożny stosunek do świętych miejsc. Przecież nie wszyscy mieli związek z szaleństwem UPA! Niektóre rodziny wyniosły ze zniszczonej świątyni elementy jej wystroju, które przez lata komuny przechowywali jako swego rodzaju relikwie, by po latach zwrócić je do kościoła. Rozmawiałem z tymi ludźmi. To były wzruszające rozmowy. Gdybyśmy nie pojechali na tę uroczystość, wiele byśmy stracili. Proszę popatrzeć, jakie to znamienne: z jednej strony na Ukrainie trwa dramat krwawej wojny, z drugiej toczy się normalne życie… Oczywiście bardzo się bałem tego wyjazdu, bo przecież jako organizator byłem odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale też i za tych, którzy ze mną jechali… To było ważne wydarzenie dla Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie, ale też i bardzo istotne dla polskiej kultury. Ludzie obecni na uroczystości mieli osobiste związki z Podolem, ale dziennikarzy przybyło niewielu. Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że posiadam zapis filmowy i dźwiękowy czerwcowych uroczystości w Okopach Świętej Trójcy. Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś zrealizować film dokumentalny o tym wydarzeniu. Uczestniczyłem w okresie ostatnich lat w wielu ważnych uroczystościach i wydarzeniach na Kresach, jak np. pielgrzymka Ojca Świętego Jana Pawła II do Lwowa, uroczystości w Zadwórzu, rekonsekracja ołtarza w kościele dominikańskim w Kamieńcu Podolskim, a teraz poświęcenie kościoła w Okopach Świętej Trójcy. Kiedy tak ogarniam te wszystkie wydarzenia, jakże wzruszające i ważne dla Polaków, mam świadomość historycznej ciągłości, której jestem świadkiem.

 

Będąc w Okopach św. Trójcy spotkałem staruszkę, która mówiła ze łzami w oczach, że w tej wiosce jest ostatnią żyjącą Polką…

Rzeczywiście mieszka tam jedna starsza kobieta, która przyznaje się do polskości. Jest to jeden z tematów, który mnie bardzo interesuje – problem tożsamości narodowej. Wiele ze spotykanych przeze mnie osób urodziło się w dawnej Polsce, było ochrzczonych w kościołach rzymskokatolickich. Potem ich życie potoczyło się tak, że Polska/granica ich opuściła, nie było też w okolicy kościoła, a i nie było warunków w najbliższej okolicy, aby swą religijność kultywować. A poza tym na co dzień musieli używać języka rosyjskiego i ukraińskiego. Chcąc nie chcąc, stawali się Ukraińcami. Dobrym przykładem na zilustrowanie tego stanu rzeczy jest polska rodzina z Kisielina, w której była piątka dzieci. Matka zginęła zamordowana podczas mszy w kościele. Ojciec, chcąc za wszelką cenę ratować dzieci i siebie, zabiera najstarszą córkę i dobrowolnie wyjeżdża z nią na roboty do Niemiec, a czwórkę młodszych dzieci umieszcza w rodzinach sąsiadów, Ukraińców. Po wojnie dwie siostry osiedlają się w Polsce, a trójka dzieci zostaje w Kisielinie. Siostry w Polsce są wyznania rzymskokatolickiego, rodzeństwo na Wołyniu – prawosławnego. Rzadko dostrzegamy, że atak na Polaków zamieszkałych na Wołyniu był podyktowany nie tylko czystką narodową, ale był to także atak na Kościół rzymskokatolicki. Była to próba zmuszenia ludzi do zmiany wyznania. Chcąc funkcjonować w tamtym społeczeństwie, często musieli zmieniać wyznanie. To także jest interesujący problem, który jak dotąd nie doczekał się zbyt wielu opracowań. W czasie zaboru rosyjskiego nastąpiła kasata kościołów i zgromadzeń unickich, a ludzie byli zmuszani do przyjęcia prawosławia. Jeszcze przed wybuchem I wojny światowej po ukazie tolerancyjnym przeszli do kościoła łacińskiego. A Lubieszów jest dobrym tego przykładem, bo najpierw weszli tam sowieci, potem Niemcy, którzy łącznie z Ukraińcami poddawali polską ludność wyznania rzymskokatolickiego eksterminacji narodowej. Podczas tegorocznej pielgrzymki z Chórem Mariańskim, kiedy stanęliśmy przy dominikańskim klasztorze w Czartorysku, przebudowanym na prawosławną cerkiew, nie potrafiliśmy zrozumieć, dlaczego utraciliśmy tak wspaniałą świątynię, która mogłaby była zostać ostoją katolicyzmu.

 

Wołyń i znajdujący się tam Kisielin – to miejsca szczególnie Panu bliskie… A to za sprawą Pana pasji do fotografowania, filmowania, dokumentowania. Film „Było sobie miasteczko” o Kisielinie został nagrodzony. Jest Pan obecny na niemal wszystkich spotkaniach kresowych w Krakowie, ale nie tylko. I co ważniejsze, gdziekolwiek się Pan pojawia, zawsze tworzy Pan dokumentację filmową i dźwiękową wydarzenia… Mam nadzieję, że kataloguje Pan na bieżąco te materiały… Skąd ta miłość do filmu?

Oczywiście, opisuję wszystko na bieżąco, według dat i zdarzeń. Rzeczywiście materiałów jest dużo. Na potrzeby projektu filmowego „Było sobie miasteczko” nagraliśmy łącznie 36 godzin, a wykorzystane zostało zaledwie 50 minut. Zamiłowania do fotografii i filmu pielęgnuję od czasów licealnych. Już wtedy marzyłem o tym, by realizować filmy. Oczywiście w owych czasach było to raczej mało skonkretyzowanym marzeniem, a co ważniejsze – raczej nieosiągalnym. Tak więc skupiłem się na fotografii. Ale podczas tych moich podróży na Kresy, kiedy były już dość popularne kamery cyfrowe, a i sama rejestracja obrazu także stała się o wiele mniej skomplikowana, powróciłem do marzeń z młodości i zacząłem realizować filmy. A do Kisielina, tak jak na Kresy, zaprowadziła mnie muzyka… Zostałem zaproszony przez pana Jerzego Stankiewicza na Festiwal Strawińskiego, który organizuje on na Wołyniu. Zaczęło się od pobytu w Uściługu, gdzie nad Bugiem znajduje się posiadłość rodzinna Strawińskich. Zresztą ze Strawińskim zaistniał pewien paradoks. Wystąpił o polskie obywatelstwo, ale nigdy go nie otrzymał. Wyjechał do Francji, gdzie znalazł swoją życiową przystań, a jego muzyka dała mu przepustkę do obywatelstwa świata. W drodze do Łucka oglądaliśmy rozmaite ciekawe miejsca położone najbliżej trasy. Zatrzymaliśmy się w Zaturcach, gdzie obejrzeliśmy kościół w trakcie prac renowacyjnych oraz dwór Lipińskich. I wtedy też wstąpiliśmy do Kisielina. Tam zapamiętałem fresk przedstawiający biczowanego Chrystusa, w jakiś zupełnie niewytłumaczalny sposób ocalały mimo wojennej pożogi, oraz ruiny wspaniałej bazyliki, które zrobiły na nas niesamowite wrażenie. Byłem zupełnie nieprzygotowany do tego wyjazdu, tak więc dopiero po powrocie do domu przypomniałem sobie, że w „Rzeczpospolitej”, w dodatku „Plus Minus” natknąłem się był kiedyś na artykuł o rodzinie Dębskich. Pozbierałem wszystkie materiały o Kisielinie i zadzwoniłem do Krzesimira Dębskiego. Powiedziałem mu, że chciałbym zrobić film o Kisielinie. Miałem taki zamysł, aby te ruiny kościoła stały się świadectwem tamtego strasznego czasu na Wołyniu. Tak jak w Wielkiej Brytanii ruiny zbombardowanej katedry w Coventry do dziś przypominają o okrucieństwach II wojny światowej, tak i ruiny kościoła w Kisielinie mogłyby pełnić analogiczną rolę. Krzesimir oddzwonił do mnie po pewnym czasie, zaraz po swoim powrocie z USA, aby powiedzieć, że ten pomysł bardzo mu się spodobał, no i w zasadzie od tego właśnie momentu zaczęła się moja przygoda z Kisielinem. Napisałem scenariusz dla Telewizji Polskiej, który został zaaprobowany, a moi przyjaciele i rozmaite dobre duchy wsparły mnie w działaniu. I proszę sobie wyobrazić, że film był emitowany w rocznicę tragicznej Mszy św. 11 lipca o godz. 11.00, tak jak rozpoczynała się Msza św. w Kisielinie. To było coś niebywałego, do ramówki weszło w ostatniej chwili, nikt nie wierzył, że na władzach telewizji można wywrzeć taką presję, żeby ten film wtedy poszedł. Pani Ewa Siemaszko twierdzi, że to zadziałały siły pozaziemskie, że za tym programem wstawiły się Ofiary Wołynia. Ja przychylam się do jej opinii, bowiem podczas czterech dni zdjęciowych na Wołyniu mieliśmy wszystko, i krajobrazy i pogodę. To naprawdę rzadko się zdarza, i wierzę, że to także Im zawdzięczam. Tamtego dnia, 11 lipca 1943 r., nacjonaliści ukraińscy w murach świątyni brutalnie wymordowali część polskich mieszkańców Kisielina. Reszta ratowała się, uchodząc na zawsze z rodzinnej ziemi. W Kisielinie do czasów II wojny światowej żyło w zgodzie kilka narodowości: Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Niemcy, Czesi. Miasteczko było zamożne, dobrze prosperowało, w przeszłości stanowiło też silny ośrodek ariański na Wołyniu. Znajdowała się tam drukarnia i biblioteka, działała tłocznia oleju, gorzelnia, cegielnia, mleczarnia. Dziś po dawnej świetności zostało niewiele, choć ziemie tam urodzajne. Przedwojennej mieszanki narodów też już nie ma, mieszkają tam sami Ukraińcy. Za to pośród zieleni wciąż stoją ruiny kościoła, który był miejscem tragedii. Narratorami filmu jest rodzina Dębskich: Krzesimir Dębski, jego matka Aniela, brat Wisław, syn Radzimir, bratanica Ulesława Lubek. Występują także Ukraińcy – obecni mieszkańcy Kisielina, z których większość pamięta tamte dramatyczne wydarzenia. Film jest nie tylko opowieścią o Polakach z Kisielina. To także refleksja nad zagładą polskich Kresów, ich bogatej kultury i tradycji, nad trudnym dziedzictwem tej zagłady. Warto też wspomnieć, że tytuł filmu brzmi tak samo jak tytuł monografii o Kisielinie i jego mieszkańcach napisanej przez nieżyjącego już ojca Krzesimira, Włodzimierza Sławosza Dębskiego. Piękną oprawę muzyczną filmu stanowi muzyka Krzesimira Dębskiego zainspirowana wspomnieniami kresowymi.

 

Ten film został zauważony nie tylko przez widzów. Doczekał się prestiżowej nagrody…

Film o Kisielinie był bardzo często prezentowany w telewizji i zawsze miał dużą oglądalność. Został też zaprezentowany i nagrodzony na Festiwalu Filmów Katolickich w Niepokalanowie oraz na Festiwalu Filmowym „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci” w Gdyni w 2013 r., gdzie uhonorowany został Nagrodą Specjalną im. Janusza Krupskiego. Kiedy odbierałem statuetkę, byłem bardzo wzruszony, jej autorem jest bowiem syn Janusza Krupskiego, kontynuator dzieła swego ojca w innym zakresie.

 

To nie jest jedyny Pana film…

Jest jeszcze jeden film – „Zapomniane zbrodnie na Wołyniu”, będący zapisem świadectw kilku osób, którzy przeżyli ten straszliwy czas. Jak mówi ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, którego rodzina została wymordowana na Kresach: „Ofiary na Wołyniu zostały zabite dwa razy: pierwszy raz od siekier Ukraińców, drugi przez wymazanie z pamięci”. Kręcąc ten film, zastanawiałem się razem z Tadeuszem Arciuchem, który jest jego współtwórcą, czy Polacy pamiętają o zbrodniach na Wołyniu, czy zastanawiają się nad tym, jak ci, którzy przeżyli, i ich rodziny radzą sobie z traumą tamtego czasu. Bohaterem tego filmu jest Leon Popek, potomek ofiar zbrodni w Ostrówkach nad Bugiem, który od lat organizuje pielgrzymki do miejsca kaźni swoich bliskich. Kolejnym obrazem jest opowieść pana Tadeusza Kukiza, który jest autorem bardzo ważnej i wspaniałej pozycji książkowej „Madonny Kresowe”. Obecnie pracuję równolegle nad kilkoma różnymi filmami, i poszukuję instytucji, która pomoże w sfinalizowaniu ich realizacji. Moim filmom w Polsce nie sprzyja ich tematyka, a dodatkowo klimat – ze względu na dramatyczne wydarzenia na Ukrainie. Powoduje to, że twórcy działający w obszarze zainteresowań Kresami mają duże trudności. Mam jednakże nadzieję, że w końcu ta zła passa dla tej kresowej i niepodległościowej tematyki zostanie przełamana.

 

Telewizja Historia nie jest tymi filmami zainteresowana?

Jest, i to nawet bardzo, ale nie mają środków finansowych na ich realizację. Oczywiście wspomogą w realizacji, są otwarci na wszelkiego rodzaju współpracę… Chętnie wzięliby gotowy produkt, do którego nie musieliby już nic dopłacać…

 

W Krakowie współpracuje Pan z Fundacją Dokumentacji Czynu Niepodległościowego. Tam zostało złożone archiwum pana Czesława Blicharskiego rodem z Tarnopola.

Czesław Blicharski stworzył unikatowe Archiwum Tarnopolskie. Długo się zastanawiał, gdzie swe dzieło umiejscowić. Wybór padł na Bibliotekę Jagiellońską. Działająca przy BJ Fundacja Dokumentacji Czynu Niepodległościowego, która zajęła się opracowaniem jego zbiorów, stała się dysponentem tego archiwum. Pana Czesława poznałem dość późno, bo w 2008 r. Starałem się wykorzystać jego dorobek, jego wiedzę, do kontynuowania pracy publikatorskiej. Stąd zrodził się pomysł m.in. na cykl spotkań pod nazwą „Stanica Kresowa”.

Kiedy pan Czesław przekazał już całe swoje archiwum, a następnie zobaczył je zgromadzone w jednym miejscu, był porażony jego ogromem. Autentycznie nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, co posiada! Jego archiwum zajmuje 30 m bieżących! Inaczej: jest to ściana długości 4 m i wysokości 3 m! Nikt, kto zajmuje się Tarnopolem czy Ziemią Tarnopolską, nie może przejść obojętnie obok tego archiwum. Organizujemy nie tylko spotkania „Stanicy Kresowej”. Organizujemy także konferencje. Jedna z nich zatytułowana „Niedokończone msze wołyńskie” była bardzo ważnym wydarzeniem. W tej konferencji uczestniczyli tej miary naukowcy co Ewa Siemaszko, Leon Popek, prof. Andrzej Zięba, ks. Prof. Józef Marecki, prof. Włodzimierz Osadczy, były też relacje świadków, m.in. poświęcone o. Włodarczykowi, którego przygotowanie do procesu beatyfikacyjnego rozpoczęli oblaci. Konferencji towarzyszyła wystawa Ośrodka Ucrainicum związanego z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim. Zaprezentowaliśmy ją w Krakowie w Bibliotece Jagiellońskiej i w kościele pw. św. Józefa. A z materiałów filmowych, które zgromadziłem, mam nadzieję, powstanie kiedyś film dokumentalny o tym samym tytule. Podobnie zresztą jak i publikacja, która, jak tylko znajdą się pieniądze, zostanie wydana.

 

Jakaś idea, jakiś pomysł na stanicę był… Nie są to zwykle spotkania. I miejsce szczególne. Skąd nazwa?

Nazwę podsunął pan Czesław Blicharski. Pierwsze spotkanie Stanicy zatytułowane „Służbie mojej małej ojczyźnie Tarnopolem zwanej” poświęcone było panu Czesławowi Blicharskiemu. Temu spotkaniu towarzyszyła wystawa planszowa ukazująca dorobek rodziny Blicharskich. Kolejne spotkania prezentowały autorów interesujących książek, a czasem były to koncerty. Stanica Kresowa ma bardzo spontaniczny i nieregularny charakter. Spotkania mają wspólny mianownik – przybliżanie Kresów.

 

Jednym z gości „Stanicy Kresowej” był Piotr Zychowicz. Prezentował wtedy swą pierwszą kontrowersyjną książkę „Pakt Ribbentrop–Mołotow”. Słuchałem ostatnio jego wypowiedzi, w której dość ostro ocenił władze Polski podziemnej za pozostawienie na pastwę Ukraińców bezbronnej ludności polskiej na Wołyniu, mimo iż działała tam 27 Wołyńska Dywizja AK…

Akcja Burza rozpoczęła się na Kresach przygotowaniami na wejście sowietów. Powstawała 27 Wołyńska Dywizja AK. Można się zgodzić, że był jakiś problem, że polskie państwo podziemne mimo posiadanych informacji nie potrafiło sobie poradzić z tym wyzwaniem. Powstające oddziały polskiej samoobrony były zjawiskiem spontanicznym i nie miały większych szans na ochronienie Polaków przed UPA. Dość wspomnieć samoobronę Przebraża czy innych pomniejszych miejscowości. Jest to jeden z wątków naszej historii, gdzie będzie nam bardzo ciężko znaleźć zrozumienie. Każda z sił, z którą Polacy musieli się zmierzyć, była wrogo do nas nastawiona – i Niemcy, i Rosjanie, a w końcu sami Ukraińcy zorganizowani w UPA… Warto zwrócić uwagę na tę kwestię, osądzając Polskę Podziemną. Aczkolwiek jestem zwolennikiem stawiania trudnych, czasem nawet absurdalnych pytań, które pomogą nam ukazać prawdę, i wyjaśnić wiele wciąż niezrozumiałych decyzji, jak i samego procesu ich podejmowania w owym czasie. Decyzji, które doprowadziły przecież do dramatu AK w Polsce, do słynnego procesu szesnastu w Moskwie, i wielu dramatów bohaterskich Polaków, którzy po wojnie zginęli z rąk oprawców NKWD czy UB. Nigdy dotąd nie udało mi się tak szczerze porozmawiać z uczestnikami tamtych czasów. Oni byli przecież skazani na porażkę. Ale podejmowali ogromny wysiłek, organizowali się… Ja to czuję, ale chcę to pytanie zadać takim osobom jak Władysław Siemaszko czy Eugeniusz Rachwalski. Ci ludzie po prostu bardzo mocno przeciwstawiali się niekorzystnym siłom, które działały przeciwko nim. To wymagało siły ducha, siły przekonań. Ich celem była wolna Polska, ale oni pod skórą czuli, że padną ofiarą sowieckiej polityki, bo mieli doświadczenie pierwszej okupacji sowieckiej. Często myślę o pokoleniu moich rodziców, jak oni się czuli po zakończeniu wojny. Czy choć przez chwilę czuli wolność? Dla nas, pokolenia lat 50., PRL to była już tylko okupacja.

 

Wędrując po Kresach, spotkał Pan wiele interesujących osób… Kogo chciałby Pan w tej rozmowie wspomnieć?

Udało mi się namówić na nagrania filmowe nieżyjącego już Eugeniusza Cydzika, obrońcę Grodna, strażnika pamięci Cmentarza Obrońców Lwowa, i Witolda Wróblewskiego – żołnierza AK na Grodzieńszczyźnie do 1949 roku, osiadłego po powrocie z łagru we Lwowie. Z Ireną Sandecką z Krzemieńca spotykałem się wielokrotnie – mam kilkanaście godzin nagrań. Poznałem też Marię Loryś – siostrę ks. Mireckiego, który był jednym z siedmiu ocalałych z Zadwórza – polskich Termopili, a po wojnie duszpasterzem, który pozostał na Podolu, aby nadal służyć wiernym. Poznałem wiele osób związanych z Kościołem, a pośród nich doprawdy bardzo wiele nietuzinkowych postaci – ks. Michała Bajcara z Gródka Jagiellońskiego, o. Alojzego Kosobuckiego, o. Marcina Wirkowskiego, ks. Krzysztofa Panasowca z Doliny, ks. Władysława Derunowa, ks. Ludwika Rutynę, o. Martyniana Darzyckiego – rówieśnika II RP. W Kamieńcu Podolskim poznałem ks. bpa Jana Olszańskiego – człowieka niezwykle świątobliwego charakteru, a w Niżankowicach z kolei ks. Jacka Waligórę – niesamowitego kapłana, wyjątkowo mocno zaangażowanego w upamiętnianie ofiar NKWD w Dobromilu, w Solankach! Poznałem też rycerzy kresowych, m.in. Danutę Nespiak, Mariusza Olbromskiego, Jacka Borzęckiego, oraz strzelców jeżdżących do Zadwórza – z Leżajska, Rzeszowa i Przemyśla.

Dziękując Panu za rozmowę, życzę kolejnych owocnych wędrówek po Kresach, a także tego, by Stanica Kresowa częściej otwierała swe podwoje!

 

 


MACIEJ WOJCIECHOWSKI, ur. 1952 w Wałbrzychu, od 1973 w Krakowie. Studia filologii ang. na UJ, ukończone 1977; podyplom. w Warszawie 1977. Nauczyciel języka ang. w kilku liceach krakowskich. Założyciel niezależnej szkoły jęz. ang., inicjator i autor programu współpracy przedsiębiorców krak. z partnerami anglojęzycznymi (1991) i autor szkolenia zawodowego dla absolwentów szkół średnich z Europy i USA. Organizator pielgrzymki Chóru Mariańskiego do Lwowa i serii koncertów dla Polaków za wschodnim kordonem. Autor programów publicyst. dla TVP 1, fundacji „Kisielin”. Zdobywca licznych nagród i medali za szerzenie kultury polskiej na Wschodzie i opiekę nad miejscami pamięci narodowej.