Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Zbigniew Wawszczak, ROZMOWA Z A. CHŁOPECKIM

[4/2014]

POWRÓT NA ZIEMIĘ PRZODKÓW

Z Andrzejem Chłopeckim,

który w 2013 roku odwiedził wieś Wasylkowce koło Czortkowa, na dawnych Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej Polskiej, gdzie od wieków mieszkali jego przodkowie

rozmawia Zbigniew Wawszczak

 

Zapytam, kiedy zaczął się Pan interesować przeszłością swojej rodziny, szukać książek, informacji, dokumentów dotyczących losów rodu Chłopeckich?

Historia rodziny to zawsze ciekawy temat, a szczególnie gdy jest to rodzina, której korzenie sięgają na Kresy II RP, a jej historia nierozerwalnie wiąże się z historią naszego kraju. Bardzo wcześnie wyleciałem z rodzinnego gniazda. W wieku 15 lat wyjechałem do technikum i mieszkałem w internacie. Po maturze poszedłem do szkoły oficerskiej, po której trafiłem do jednostki w Oświęcimiu, gdzie z małymi przerwami mieszkam już 36 lat. Przełomowym momentem, w którym obudziła się we mnie ogromna chęć poznania historii przodków, było odejście mego Taty. W rodzinnym Gubinie, na tzw. Ziemiach Odzyskanych, rodzice zostali sami. Ja i dwójka mojego rodzeństwa, czyli starsza siostra i młodszy brat, poszliśmy jak to się mówi „na swoje”. Wiek i stan zdrowia rodziców nie pozwalał, aby dalej byli sami. W 2003 roku zdecydowaliśmy o zabraniu rodziców do siostry do Opola. Tam właśnie zmarł tato. Porządkując rzeczy rodziców, odgrzebaliśmy wiele rodzinnych skarbów, zdjęć, dokumentów i tego wszystkiego, co dokumentuje życie człowieka. Wróciły wspomnienia z dziecinnych i młodzieńczych lat. Rodzinne opowieści z dawnych czasów zaczęły stawać się żywymi obrazami, pojawiającymi się we śnie i na jawie. Zdałem sobie sprawę, że o wiele rzeczy już taty nie zapytam, nie poproszę, aby jeszcze raz opowiedział tę czy inną opowieść. Wiedziałem, że muszę zająć się poważnie historią rodziny, i stało się to moją pasją.

 

Z krótkiej rozmowy z Panem dowiedziałem się, że ważną rolę w tym zwrocie ku kresowej przeszłości odegrał ojciec, który był zawodowym wojskowym i zapewne pod jego wpływem wybrał Pan również służbę wojskową jako sposób na życie.

Początkowo zainteresowałem się historią służby wojskowej mego taty, który przed wojną poszedł do wojska i służył w artylerii konnej. W czasie II Wojny Światowej służył w 15 pułku artylerii przeciwlotniczej i brał osobiście udział w akcji wzięcia do niewoli hitlerowskiego generała, dowódcy dywizji „Barwalde”. Dosłownie stałem się kontynuatorem rodzinnych tradycji i idąc w ślady ojca – zostałem artylerzystą.

Moi stryjowie też byli żołnierzami. Stryj Kazimierz był kawalerzystą, został zamordowany w Auschwitz, nr obozowy 19520. Stryj Dolek był również kawalerzystą, a po zakończeniu służby wojskowej, jeszcze przed wojną służył w Policji Konnej. Żartuję sobie, że mnie służba wojskowa przypisana była od urodzenia, gdyż przyszedłem na świat w szpitalu wojskowym w Żarach. Tato pochodził z Kresów, więc naturalną koleją rzeczy musiałem wgłębić się w historię Polski, a tym samym Ziem Wschodnich. Naturalne też było to, że zająłem się genealogią. Zaczęły się więc poszukiwania książek oraz przeglądanie stron internetowych. Pierwsza książka, która przybliżyła mi rodzinną wieś ojca, to Czar minionych lat, napisany przez ks. Aleksandra Dobruckiego, który był proboszczem w parafii w Gubinie.

Ks. Dobrucki swoją pracę duszpasterską zaczynał jako wikary w Wasylkowcach u proboszcza ks. Sawickiego. Pamiętam, jak jeździł do Głuchowa do mojej chrzestnej, cioci Janiny, i uzgadniał z nią różne szczegóły opisane potem w książce.

W internecie na portalu ornatowski.com znalazłem monografię Wasylkowiec opracowaną przez p. Edmunda Kunickiego. Nawiązałem z nim kontakt i okazało się, że nasze rodziny były blisko ze sobą związane już w Wasylkowcach, a potem również po ekspatriacji z Kresów na Ziemię Lubuską do wsi Głuchowo. Tam właśnie osiadły trzy siostry mego taty i rodzina Kunickich oraz kilka innych rodzin z Wasylkowiec. Pan Edmund przyjaźnił się z moimi starszymi kuzynami, którzy tak jak on urodzili się na Kresach. W jego osobie znalazłem bratnią duszę, oraz wielki autorytet i kopalnię wiedzy na temat rodzinnych stron ojca.

Portale genealogiczne i kresowe umożliwiły mi nawiązanie kontaktu z prawnuczką Stanisława Ujejskiego, właściciela majątku w Wasylkowcach. Poznałem też sympatyczną panią Martę Czerwieniec, która w Warszawie w Muzeum Kolejnictwa organizowała wystawę pt. Dworce kolejowe Galicji Wschodniej. Na wystawie tej prezentowała m.in. zdjęcia mojego dziadka Józefa, który był naczelnikiem stacji PKP w Wasylkowcach. Pomału rodziła się we mnie chęć odwiedzenia Kresów i oczywiście Wasylkowiec. W czasie jednej z wizyt w Opolu u siostry pojechałem odwiedzić grób Taty, pomodlić się za Niego i porozmawiać z Nim. Zawsze prosiłem i proszę Go o pomoc w tych moich poszukiwaniach. Przyrzekłem Mu, że pojadę do Wasylkowiec i przywiozę garstkę ziemi stamtąd. Słowa dotrzymałem. Właśnie pani Marta zorganizowała mój pierwszy rodzinny wyjazd na ziemię praojców na przełomie maja i czerwca ubiegłego roku.

 

 

Rodzice Krystyna i Emil, zdjęcie pochodzi z początku lat 50.

 

Wydaje się, że takie wydarzenia (w dużym skrócie) poprzedziły decyzję o podróży do Wasylkowiec.

Chęć odwiedzenia Kresów żyła we mnie od dawna. Tak jak chyba w każdym Polaku wychowanym na Trylogii Sienkiewicza. Pamiętam, z jakim rozrzewnieniem Tata opowiadał o urokach rodzinnej wsi i pięknych widokach nad granicznym Zbruczem. Moja rodzina utrzymywała kontakt z ludźmi wywiezionymi z Kresów. W Gubinie mieszkała koleżanka mego taty, pani Jadwiga Baranowska ze swoją rodziną, a także rodzina Szymańskich, ks. Aleksander Dobrucki i jeden z najznamienitszych mieszkańców Wasylkowiec – doktor Tadeusz Kunicki z rodziną, zwany „Wasylkowieckim Judymem”. W historii Gubina zapisał się złotymi zgłoskami. Dziś ma tam swoją ulicę, a jego imię nosi też przychodnia lekarska. Pochodzący z Wasylkowiec Kresowiacy mieszkali w Głuchowie, w którym spędzaliśmy każde wakacje, oraz pobliskich Lemierzycach, a były to rodziny Korczyńskich, Habudów, Gąsiorków, Paterów, Burkiewiczów i Kunickich. Wszyscy oni przenieśli się właśnie do Lemierzyc, gdzie mieszkała też – jak dobrze pamiętam – mama ks. Dobruckiego. I to były najbliższe kontakty mojej rodziny z Kresowianami. Część repatriantów z Wasylkowiec osiadła w Jamołtowie koło Nysy. Tam właśnie początkowo osiadł też mój dziadek, jego siostra Maria Karczewska ze swoim wnukiem Edmundem, mój Tato oraz jego siostra Helena i brat Dolek. Mój ojciec po pierwszej demobilizacji dostał tam gospodarstwo. Jednak szybko został ponownie zmobilizowany i skierowany do jednostki w Brzegu, a potem do Gubina.

W Jarnołtowie poznali się moi rodzice, tam wzięli ślub i tam też przyszła na świat moja siostra. Pierwszym przystankiem Chłopeckich po wypędzeniu z Podola była miejscowość Paczyna koło Gliwic. Tam 25 lipca 1945 roku zmarła moja babcia. Był to pobyt bardzo krótki, z Paczyny przenieśli się do Jarnołtowa.

W takich klimatach rodziła się we mnie kresowa tożsamość i więź z rodzinną wsią Chłopeckich – Wasylkowcami.

Żeńska Drużyna Harcerska w Wasylkowcach, zorganizowana i prowadzona przez panią Krystynę Ujejską w latach dwudziestych. W pierwszym rzędzie na trawie, siedzą od lewej: Emilia Baranowska, Janina Chłopecka, Kowalska, Maria Skulska. W drugim rzędzie od lewej: NN, Janina Gustynówna, Krystyna Ujejska, Klementyna Chłopecka, Mariela Ujejska, Jadwiga Gustynówna, Wanda Szymańska. W trzecim rzędzie od lewej: Stanisława Biłowus, Józefa Kulczycka, Józefa Krzycka, Emilia Kulczycka, Waleria Szymańska, Maria Chłopecka, Maria Baraniecka i Stanisława Baranowska. Kompletne mundurki ufundowała Krystyna Ujejska.

 

W każdym razie wybierając się w rodzinne strony swoich przodków dysponował Pan określoną wiedzą o Wasylkowcach. Przypomnijmy kilka faktów. Wasylkowce to duża wieś położona dokładnie pomiędzy powiatowymi Kopyczyńcami a granicznym Husiatynem (do obu tych miejscowości było po 11 km), gdzie na rzece Zbrucz była polsko-sowiecka granica II RP. We wsi zamieszkiwali Polacy i Ukraińcy, mniej więcej po połowie. Wasylkowce, położone na żyznych czarnoziemach, osiągały wysokie plony. Można mówić o pewnego rodzaju współzawodnictwie pomiędzy Polakami i Ukraińcami, co również przyczyniło się do przyśpieszonego rozwoju. We wsi znajdował się majątek ziemski rodziny Ujejskich, która czynnie uczestniczyła w życiu społeczności wiejskiej.

Wiedziałem, że Wasylkowce to duża liczą­ca prawie 3 tys. mieszkańców wieś, dosyć bogata, a o jej bogactwie decydowała żyzna ziemia, rodząca obfite plony. Pierwsze wzmianki o niej ukazały się już w XV wieku. Z opowiadań Taty wiedziałem, że była to wieś różnorodna narodowościowo, a więc kulturowo i religijnie. Zamieszkana prawie po połowie przez Polaków i Ukraińców oraz Żydów i Czechów. Bardzo dużo o Wasylkowcach dowiedziałem się z monografii p. Edmunda Kunickiego oraz książki ks. Dobruckiego. Nieobce więc mi były nazwiska znamienitych mieszkańców, którzy tworzyli historię Wasylkowiec – takich jak dziedzic Stanisław Ujejski, bratanek poety Kornela Ujejskiego, czy wspomniany już wcześniej doktor Tadeusz Kunicki oraz wielki patriota ks. Bolesław Sawicki. Chłopeccy też okazali się rodziną, której leżały na sercu sprawy rodzinnej wsi. Dziadek Józef ze swoją ekipą kolejową włożył bardzo dużo wysiłku w budowę biblioteki z czytelnią. W tamtych czasach czytelnia przy wiejskiej bibliotece była czymś wyjątkowym. Widać dziadek od zawsze uwielbiał czytać, gdyż zapamiętałem go – jako już sędziwego człowieka – zawsze z książką w ręce lub idącego z książkami do głuchowskiej biblioteki, której nikt nie odwiedzał tak często jak on. I właśnie dziadek ze swoją córką Janiną, a moją chrzestną, brali udział w patriotycznych przedstawieniach organizowanych przez szkołę i ks. Sawickiego. We wsi funkcjonował Związek Strzelecki, z którego kilku strzelców zasiliło husiatyńską placówkę KOP. Działał też Związek Kilimkarek, do którego należała siostra mego taty Klementyna, była ona również komendantem żeńskiej drużyny OSP. Do drużyny harcerskiej należały trzy siostry mego taty: Maria, Janina i Klementyna. Młodzież polska i ukraińska rywalizowała ze sobą w zawodach strażackich oraz piłkarskich. Do tradycyjnych należały coroczne mecze, polskiej i ukraińskiej młodzieży ubranej w stroje w narodowych barwach. Mecze, na które przychodziła cała wioska, rozgrywano po żniwach. Na uwagę zasługuje współdziałanie polskich i ukraińskich drużyn OSP, które w razie pożaru wspólnie brały udział w jego gaszeniu.

Miały Wasylkowce swoją historię związaną z wojskiem polskim. Stacjonował tam 13 szwadron KOP. Jego dowódca rotmistrz Wania ożenił się z panną Ujejską. Siostrzenica mego dziadka wyszła za mąż za wachmistrza Józefa Jajugę, którego tragiczne losy opisał Pan w swojej książce „Kresy, krajobraz serdeczny”. Wojna odcisnęła swoje tragiczne piętno na Polakach mieszkających na Kresach II RP. Te tragedie nie ominęły i Wasylkowiec. Pamiętam jak mój ojciec czasem w nocy krzyczał, a rano opowiadał, że śniła mu się wojna i banderowcy. Niestety okupacja wyzwoliła w Ukraińcach najgorsze instynkty. Banderowska ideologia, zbratana najpierw z faszyzmem niemieckim, a potem z sowieckim bolszewizmem, przyniosła Polakom wręcz niewyobrażalną tragedię, o jakiej nie można zapomnieć. W latach 1944–
 –1945 banderowcy zamordowali ponad 70 Polaków, mieszkańców Wasylkowiec („Na Rubieży” nr 4(23) 1997 r.; lista przysłana do redakcji przez p. Adelę Kulczycką. Ustalono tylko część nazwisk).

Daleki jestem od potępiania wszystkich Ukraińców. Siostra dziadka Maria Karczewska ukrywała się ze swoim wnukiem (synem Józefa Jajugi i jego pierwszej, młodo zmarłej żony, która była córką Marii Karczewskiej) w okresie rzezi aż do chwili wyjazdu do Polski w 1945 roku u rodziny ukraińskiej. Brat mego taty, który był policjantem, siedział w niemieckim więzieniu w Kopyczyńcach. Przed samym wejściem do Polski sowietów wypuścił go z więzienia znajomy Ukrainiec i kazał uciekać, mówiąc, żeby się nawet nie oglądał za siebie, bo idą sowieci i jak przyjdą, a zastaną go w więzieniu, to zabiją. Niemcy pewnie zrobiliby to samo, gdyby nie wypuścił stryja. Krótko mówiąc, ten nieznany Ukrainiec uratował memu stryjowi życie. Tak więc ocena Ukraińców nie może być jednoznaczna i tylko zła. Z pewnością byłoby to niesprawiedliwe.

 

Związek Kilimkarek w Wasylkowcach. Stoi pierwsza z lewej Klementyna Chłopecka. Zdjęcie wykonane w 1935 r.

 

Czy udało się Panu ustalić, od jak dawna zamieszkiwali w Wasylkowcach Polacy, w tym również przedstawiciele Pańskiej rodziny.

Wybitny historyk polski Paweł Jasienica napisał w swoim dziele Polska Jagiellonów, że kraj nasz zainwestował w Ukrainę rzecz bezcenną – ludzi. Na ziemie ukraińskie, spustoszone przez najazdy najpierw tatarskie, później turecko-tatarskie, przybywali osadnicy. Sprowadzali ich polscy właściciele ziemscy, bo pozbawione mieszkańców tereny nie przynosiły im żadnych dochodów. Uciskani przez szlachtę chłopi uciekali na niezmierzone obszary ukraińskie także z własnej inicjatywy, witani z otwartymi rękami przez tamtejszych właścicieli ziemskich. Przybysze osiadali na pustkowiach, zakładali nowe wsie, zatrzymywali się również w miejscowościach, w których zamieszkiwały garstki Rusinów. Bez odwoływania się do szczegółowych badań można uznać, że w istniejącej wsi ruskiej pojawiła się grupa polskich chłopów. Zajęli niezasiedlone ziemie lub też otrzymali je wraz z tzw. wolnizną (zwolnieniem z podatków zwykle na 10 lub 20 lat). Niestety za rozwojem polskiego osadnictwa nie nadążała organizacja kościoła rzymskokatolickiego, w przeciwieństwie do cerkwi prawosławnej, która starała się wznosić choćby niewielkie cerkiewki w każdej wsi. Kościoły katolickie powstawały jedynie w większych ośrodkach.

Tak było prawdopodobnie w Wasylkowcach. Katoliccy mieszkańcy należeli do parafii w odległym Husiatynie. Ta polityka łacinników przyniosła ogromne straty w polskim stanie posiadania.

Z powodu konieczności dalekich wyjazdów do katolickich świątyń polscy osadnicy, zwłaszcza w okresie kiepskiej zimowej pogody, chrzcili nowo narodzone dzieci w miejscowej cerkwi. Księża prawosławni bardzo chętnie chrzcili dzieci łacinników, uważając je za Rusinów. Ten proces trwał przez stulecia i w konsekwencji powodował wynarodowienia rzeszy polskich chłopów.

Podobnie było prawdopodobnie w Wasylkowcach. Wiele czasu upłynęło, zanim udało się wybudować katolicką świątynię. Co prawda polski element nie rozpłynął się w ukraińskim otoczeniu, jednak więź z katolickim środowiskiem Husiatyna była trwała, co nie wykluczało związków z miejscową parafią prawosławną (później greckokatolicką).

 

Zdjęcie wykonane w 1989 r. przed przebudową na cerkiew

 

Jak się dowiedziałem, jeden z Pańskich przodków (pradziadek) był śpiewakiem w cerkwi. Najwidoczniej Bazyli Chłopecki obdarzony był doskonałym głosem i – chociaż katolik – chętnie udzielał się w życiu cerkwi i cieszył się dobrą sławą zarówno u miejscowych Polaków, jak i Rusinów. Chciałbym prosić o więcej szczegółów o Pańskim przodku, który pięknie zapisał się w pamięci społeczności ukraińskiej. Myślę, że jego nazwisko ułatwiło Panu nawiązywanie kontaktów, torowało Panu drogę, gdy zawitał Pan do Wasylkowiec.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że nazwisko Chłopecki pochodzi od nazwy miejscowości Chłopczyce, która leży koło Sambora w dawnym województwie lwowskim. Tam nazwisko Chłopecki pojawia się już w 1527 roku. Wielu Chłopeckich mieszkało w dawnym cyrkule samborskim w miejscowościach Horodyszcze, Mochnate, Matków i Iwaszkowce w Zalesiu koło Suchodołu, jak również w Niebóżce i Klepaczowie na Wołyniu. Nie wiem, kiedy Chłopeccy pojawili się w Wasylkowcach, i jest to jeden z głównych tematów moich poszukiwań genealogicznych. Na podstawie dotychczasowych informacji mogę zaryzykować stwierdzenie, że pojawili się na ziemi wasylkowieckiej pod koniec XVII lub na początku XVIII wieku. Wierzę, że uda mi się dotrzeć do materiałów archiwalnych, które odkryją kolejne tajemnice rodziny Chłopeckich, choć obecna sytuacja na Ukrainie trochę komplikuje moje poszukiwania.

Co do kościoła w Wasylkowcach, to istotnie pojawia się on we wsi dość późno. W bibliografii Wieś kresowa. Czabarówka i sąsiedzi jest informacja, że przy wykonywaniu wykopów pod kościół odkryto kości ludzkie, i jak wynikało z ludzkich opowieści, były one bardzo duże. Dlatego przerwano prace. Koniec końców kościół wzniesiono sumptem miejscowych parafian w roku 1896. Była to budowla w stylu gotyckim, wykonana z cegły, otynkowana i pokryta blachą. Wasylkowiecki kościół pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa jest początkowo kościołem filialnym parafii w Husiatynie. Parafia w Wasylkowcach została erygowana w 1909 roku. Księgi metrykalne mieszkańców Wasylkowiec wyznania rzymskokatolickiego były prowadzone w kancelarii parafii greckokatolickiej od 1784 do 1909 roku. Wpisów do ksiąg dokonywali księża wyznania łacińskiego z Husiatyna oraz miejscowi duchowni greckokatoliccy.

Sytuacja taka powodowała zruszczanie Polaków. Ksiądz grekokatolik nie wpisywał do księgi imienia chrzczonego dziecka po polsku; i tak np. Jan stawał się Iwanem. Żywym przykładem takiego postępowania jest moja babcia. Otóż przy chrzcie miała otrzymać imię Fryderyka. W kanonie świętych kościoła greckokatolickiego nie ma takiego imienia, więc swiaszczennik wpisał imię Bazylissa.

I taki wpis widnieje w księdze znajdującej się w archiwum w Tarnopolu. Podobnych przypadków było pewnie mnóstwo i dotyczyły zarówno chrztów, ślubów, jak i zgonów parafian. Od roku 1909, czyli daty powstania parafii w Wasylkowcach, księgi zostają przekazane i są prowadzone tylko przez księży rzymskokatolickich. Nowa parafia była niestety biedna w porównaniu z cerkwią. Miała oprócz plebani dwa małe sady, ogród i zaledwie dwie morgi pola. I tu kolejna ciekawostka, jaką podaje ks. Dobrucki. Mieszkaniec Wasylkowiec pan Groński, umierając zapisał parafii część swojego majątku w postaci 32 mórg pola uprawnego, 30 mórg lasu i dwóch stawów rybnych. Niestety los kościoła w Wasylkowcach, jest podobny do losów polskich mieszkańców wsi. Po wygnaniu Polaków sowieci zamienili kościół na kołchozowy magazyn zboża i nawozów sztucznych.

Sowieckiej władzy nie poddał się krzyż na wieży, który trwał i dawał świadectwo prawdzie. Po roku 2000 kościół został przekazany Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Kijowskiego. Został całkowicie przebudowany w stopniu uniemożliwiającym identyfikację z pierwotną świątynią.

Powstanie kościoła katolickiego w Wasylkowcach nie oznaczało jednak perturbacji w stosunkach pomiędzy grekokatolikami a łacinnikami. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że fakt ten wzbogacił życie obu społeczności nowymi wartościami i kulturą. Podobnie jak w wielu miejscowościach na Kresach, wspólnie obchodzono święta i uroczystości z nimi związane i myślę, że bardziej zwracano uwagę na to, kto jakim jest człowiekiem, a nie na to, czy modli się w kościele czy w cerkwi. Przykładem może być mój pradziadek Bazyli. Musiał mieć faktycznie nie lada głos, bo był kantorem w cerkwi. Taką profesję wpisano pradziadkowi w łacińskiej księdze urodzeń, dokonując wpisu o chrzcie jego dzieci. Musiał też pradziad Bazyli angażować się w życie cerkwi i wsi, gdyż w 1925 roku ufundował upamiętniający 50. rocznicę utworzenia w Wasylkowcach Towarzystwa Trzeźwości obelisk, który stanął w jej pobliżu. A towarzystwo to zostało utworzone w 1875 roku po to, by ratować chłopów, którzy po zniesieniu pańszczyzny nie potrafili odnaleźć się w nowej rzeczywistości i przepijali swój dobytek w szynku. Pomnik ten, z wypisanym na nim imieniem i nazwiskiem pradziadka Bazylego jako fundatora, stoi do dziś obok cerkwi i widać, że mieszkańcy Wasylkowiec dbają o tę pamiątkę związaną z historią wsi.

 

Pani Hania Komarowska. To ona śpiewała w chórze kościoła katolickiego w Wasylkowcach, 2013 r.

 

Osoba mojego przodka ułatwiła mi kontakt z obecnymi mieszkańcami Wasylkowiec w czasie mojego tam pobytu. Spotkani przy cerkwi mieszkańcy po usłyszeniu, że jestem prawnukiem Bazylego, odnosili się do nas z ogromną i nieudawaną sympatią. To oni skontaktowali mnie z Mykołą Kuczmijem, autorem książki o Wasylkowcach. Byłem pełen podziwu dla ich zaangażowania w odnalezienie Kuczmija i umówienie nas na spotkanie. Sam Mykoła Kuczmij okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem i co również ważne dla mnie, posiadającym ogromną wiedzę o Wasylkowcach i ich mieszkańcach z moją rodziną włącznie. Od niego dowiedziałem się, że brat mojego dziadka Piotr cieszył się wielkim szacunkiem mieszkańców wsi. Był on dyplomatą, który karierę zawodową zakończył jako sekretarz konsula generalnego w Szwajcarii.

Po przejściu na emeryturę wrócił do rodzinnej wsi i zapisał się w jej historii jako mecenas, który hojnie łożył na kościół i na cerkiew oraz na polską bibliotekę i ukraińskie towarzystwo oświatowe. Pan Kuczmij przepraszał nas, że nie prosi do domu, aby spokojnie porozmawiać, ale spieszy się na pogrzeb znajomego. Pokazuje nam książkę swojego autorstwa, którą napisał o Wasylkowcach. Podchodzi do nas starsza pani, zainteresowana obcymi rozmawiającymi z miejscowym. Jest to pani Hania Komarowska. Pamięta mojego kuzyna Edmunda (wnuk siostry mego dziadka Józefa), z którym chodziła do szkoły. Chwali się nam, że śpiewała kolędy w chórze kościoła katolickiego i zaraz dodaje, że ma nazwisko podobne do naszego prezydenta. Takie to były te nasze Kresy. Mój pradziadek katolik był kantorem w cerkwi greckokatolickiej, a pani Komarowska, grekokatoliczka, śpiewała kolędy w kościele u łacinników.

Pan Kuczmij jedzie pokazać nam dom Chłopeckich i Karczewskich. Żegnamy się z nim, wymieniając telefony i adresy, proponuje nam wizytę w miejscowej firmie „Mrija”, która sponsorowała wydanie jego książki, gdzie możemy ją dostać. Dom Chłopeckich jest niezamieszkały. Po wojnie ulokowało się w nim kierownictwo miejscowego kołchozu. Następnie mieściła się w nim biblioteka, a po niej bar. Ślady ostatniej instytucji są widoczne. Od gminy kupił ten dom ktoś prywatnie i po zlikwidowaniu baru wystawił go na sprzedaż. Oglądamy gospodarstwo. Drewniane ogrodzenie, pozbawione bramy i jednego pala, zdaje się zapraszać nas do wejścia. Dom wygląda całkiem dobrze. Murowany, z wysuniętym gankiem, który porośnięty jest dzikim winem. Dach pokryty płytami azbestowymi, których na Ukrainie jest jeszcze mnóstwo. Przed domem dorodny orzech, a za domem w ogrodzie zarośniętym chwastami trzy kolejne. Biorę na pamiątkę kilka orzechów i cegłę. Oglądanie domu przerywa nam kolejny gość. Miejscowi rozpoznają obcych i z zainteresowaniem podchodzą, żeby porozmawiać. Osobą, która do nas podchodzi, jest pani Marusia Kriwa. Ona również pamięta mojego kuzyna Edmunda oraz jego babcię, czyli siostrę dziadka. Pamięta – to mało powiedziane. To właśnie w rodzinnym domu p. Marusi siostra dziadka Maria i jej wnuk ukrywali się przed banderowcami aż do repatriacji do powojennej Polski w 1945 roku. Z uwagą przysłuchuję się jej opowiadaniu. Mówi po ukraińsku, ale nie mam większych problemów, żeby ją zrozumieć. Trudniejsze słowa tłumaczy nasza przewodniczka Marta. Tak więc nazwisko moich przodków mieszkających w Wasylkowcach rzeczywiście ułatwiło mi kontakt z dzisiejszymi mieszkańcami rodzinnej wsi Chłopeckich.

 

Wasylkowce znał Pan z rodzinnych opowieści, książek, internetu. Pierwszy kontakt z ojcowizną przodków mile Pana zaskoczył. Wieś prezentuje się dobrze, zadbane domy, zabudowania gospodarskie, ład i porządek. Jak się wydaje, chociaż nie ma Polaków, wieś rozwija się prężnie (podobnie jak to było w okresie dwudziestolecia).

Ten dający się zauważyć na każdym kroku rozwój, postęp uwarunkowany żyznymi glebami, zawdzięczają Wasylkowce jednemu z energicznych mieszkańców. Po upadku Związku Sowieckiego i powstaniu niepodległej Ukrainy – człowiek ten dostrzegł szansę, jaką były żyzne czarnoziemy.

Pozyskał niezbędny kapitał i założył zakład przemysłowo-rolny, który przetwarza plony nie tylko miejscowych rolników. Daje również zatrudnienie sporej grupie mieszkańców.

 

Z synem przed domem rodzinnym Chłopeckich w Wasylkowcach, 2013 r.

 

Proszę opowiedzieć nam o tym energicznym i przedsiębiorczym Ukraińcu, który walnie przyczynił się do ekonomicznego i kulturowego rozwoju wsi, żyjącej z dnia na dzień w czasach sowieckich.

Nie ukrywam, że jadąc w swoją pierwszą podróż na Kresy, myślałem, że odnajdę Wasylkowce jako ubogą ukraińską wieś. Wiedziałem, że za komuny niszczono wszelkie ślady po polskich mieszkańcach dawnych Kresów II RP. A w Wasylkowcach Polacy niestety nie zostali. W internecie znalazłem zdjęcia cmentarza polskiego w Wasylkowcach, jego obraz był tragiczny. Rzeczywistość okazała się jednak inna. We wsi nie widzi się zaniedbanych domostw, przynajmniej przy głównej drodze. Jest dość czysto, a wzdłuż drogi prowadzącej do cerkwi greckokatolickiej ciągną się betonowe chodniki i blaszane, kolorowe ogrodzenia gospodarstw. W oczy rzucają się nowe lub odnowione budynki szkolne, a szczególnie trzyoddziałowej szkoły technik informatycznych. Naprzeciw dworca, w miejscu dawnego młyna parowego, ma swoją siedzibę firma „Mrija” (czyli po polsku – „Marzenie”). Jest to rodzinna firma założona przez Iwana Hutę (Gutę), pochodzącego ze starej wasylkowieckiej rodziny. Stworzył on jeden z największych agroholdingów na Ukrainie. Firma zajmuje się produkcją rolną, handlem zbożem oraz budownictwem. Jej właściciel wymienił ogrodzenie na miejscowym cmentarzu i uporządkował jego teren. Zrekonstruował nawet jeden z polskich grobów, czym wprawił w zdumienie potomków pochowanego w nim Polaka. Dzięki tym pracom zlikwidowano tzw. drogę na skróty, która przebiegała przez polską część cmentarza. Jest na nim jeszcze dość dużo polskich pomników, między innymi braci księży Sawickich, którzy byli proboszczami w Wasylkowcach, rodziny Kunickich i Dubińskich. Zachował się grób kuzynki mego Taty, tej właśnie, która była żoną wachmistrza KOP-u, jej ojca Aleksandra Karczewskiego, urzędnika gminy Wasylkowce. O grób kuzynki ojca dba rodzina p. Marusi Kriwej. W czasie pobytu dowiedziałem się również, że pan Huta sponsoruje prace renowacyjne i archeologiczne w Skałacie, gdzie restauruje się wieże obronne dawnego polskiego zamku. „Mrija” to oczywiście ogromny pracodawca. Marsz­rutki z pracownikami jeżdżą w kierunku Kopyczyniec i Husiatyna. Mają więc Wasylkowce swojego hojnego sponsora, który jest człowiekiem myślącym bardzo nowocześnie, o czym świadczy również fakt, że jest członkiem honorowym Akademii Nauk Rolniczych. Jedną z najbardziej okazałych i rzucających się w oczy budowli jest cerkiew prawosławna, która powstała z przebudowy dawnego polskiego kościoła. Dzwonnicę z kaplicą też wybudowała „Mrija”. Budynek stacji kolejowej, który mnie interesował ze względu na to, że pracował tam jako kolejarz mój dziadek, ma też odnowioną elewację, i to po 2010 roku, co wnioskuję na podstawie zdjęć. Odnowiony jest również pomnik ufundowany przez pradziadka Bazylego. Wokół pomnika wymieniono również płotek ozdobny, zamieniając metalowy, pamiętający jeszcze czasy przedwojenne, na ażurowy z betonowych elementów. Odkryłem więc Wasylkowce jako sympatyczną wieś, do której chciałbym jeszcze wrócić.

 

Czy oprócz pomników nagrobnych zachowały się jakieś pamiątki po Polakach, którzy mieszkali tu przez kilka stuleci i wspólnie z Ukraińcami tworzyli historię Wasylkowiec?

Trochę to smutne, że po dawnych polskich mieszkańcach Wasylkowiec jedynymi pamiątkami są ich groby. Na miejscu, gdzie był dwór dziedzica Ujejskiego, rośnie sad. Nie ma budynku dawnej czytelni wybudowanej przez mojego dziadka i jego ekipę kolejową, jeśli nawet jest, to zupełnie przebudowany. Do tych pamiątek, które przypominają polskich mieszkańców, możemy zaliczyć ufundowany przez mojego pradziadka pomnik. Oczywiście milczącymi świadkami wieloletniej bytności Polaków w Wasylkowcach są ich domy mieszkalne, dziś zamieszkane przez ukraińskich wasylkowczan. Odwiedzający wieś Polacy odnajdują te dawne rodzinne siedziby, podobnie jak ja odnalazłem dom Chłopeckich i Karczewskich. Strażnikiem pamięci o polskich mieszkańcach do końca XX wieku był kościół katolicki. Dziś tej pamięci pilnują nieliczne groby, z polskimi napisami na kamiennych tablicach. Gdy patrzyłem na te nekropolie, czułem się tak, jakbym patrzył na sędziwych, zmęczonych życiem starców, pomalutku zbliżających się do kresu swojej wędrówki. Czasy powojenne i ustrój, jaki symbolizowała czerwona gwiazda, były na tych ziemiach antypolskie. Najbardziej ucierpiały te miejscowości, z których wypędzono wszystkich Polaków, a do nich należą niestety Wasylkowce. Mogę tylko mieć nadzieję, że o przyszłości Wasylkowiec będą decydować tacy ludzie jak pan Huta. Wtedy te pamiątki po polskich mieszkańcach mają szansę zachować się dla potomnych.

 

Chociaż to smutne, czas zaciera ślady. Nieliczne zachowane we fragmentach nagrobki stanowią materialną pamiątkę po kilkuwiekowej obecności Polaków. Żyje już niewielu Polaków, dawnych mieszkańców wsi Wasylkowce na Podolu, w dodatku rozproszonych po wielu miejscowościach Ziem Zachodnich. Ich potomkowie z reguły nigdy nie byli na ojcowiźnie przodków. Dorastali we wsiach i miasteczkach oddalonych o setki kilometrów od Wasylkowiec. Najbliższe są im miejsca, gdzie się urodzili, gdzie dorastają ich dzieci i wnuki. Niewielu z nich, tak jak Pan, miało warunki, by odwiedzić krainę przodków. Czy zatem jest szansa, by utrzymać tysiące zaniedbanych, popadających w ruinę polskich cmentarzy, rozciągających się na ogromnych obszarach Ziem Wschodnich? Choć zabrzmi to brutalnie, poza cmentarzami Łyczakowskim we Lwowie czy na Rossie w Wilnie i w nielicznych ośrodkach, gdzie mieszkają w zwartych grupach Polacy – nie ma szans na zachowanie czy uratowanie od zagłady polskich cmentarzy. Wymagałoby to kolosalnych nakładów finansowych. Skąd je wziąć? To retoryczne pytanie. Dlatego jest ważne, by opracować, sfotografować nagrobki i napisy na głównych nekropoliach. Ale i na to potrzebne są pieniądze.

Przez powojenne dziesięciolecia władze skutecznie wymazywały w nas pamięć o Kresach. W młodym pokoleniu pamięć tę mogła kształtować rodzina. A jeśli tego nie robiła, to z przerażeniem stwierdzamy, że dzisiejszy gimnazjalista robi wielkie oczy, jak słyszy o Polsce sięgającej od morza do morza. Jaka jest dziś nauka historii? Czasem odnoszę wrażenie, że jest to czyjeś celowe działanie. Na szczęście jest w naszym kraju dużo ludzi, którzy miłość do Kresów wyssali z mlekiem matki. To właśnie tacy ludzie w ramach akcji „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia” każdego roku w wakacje jeżdżą na Kresy i porządkują zaniedbane polskie cmentarze. Właśnie te małe, które zachowały się w wielu kresowych wsiach i miasteczkach. Tworzą również mapę tych nekropolii, a informacje na ten temat umieszczają między innymi na facebooku. Wielką pracę w temacie dokumentowania kresowych cmentarzy wykonuje moja przewodniczka p. Marta Czerwieniec. Na jej stronie www.genealogiczne.pl można znaleźć zdjęcia bardzo wielu kresowych nekropolii. Czy jesteśmy w stanie uratować je wszystkie? Nie wiem. Myślę, że to wszystko, co w ostatnich czasach wydarzyło się pomiędzy Polską i Ukrainą, pozwala mieć nadzieję na nowy, lepszy i bardziej ludzki wymiar wzajemnych stosunków. Ukraińcy powinni uzmysłowić sobie, że Polacy i Rusini zamieszkiwali te ziemie przez wieki, żyjąc ze sobą jak brat z bratem, łącząc się w rodziny. Druga, może drugorzędna sprawa to fakt, że na turystyce związanej z odwiedzaniem ziem przodków przez Polaków Ukraińcy mogliby zrobić, jeśli nie kokosy, to na pewno solidne pieniądze.

 

Pomnik ufundowany przez Bazylego Chłopeckiego, 2010 r.

 

A Polacy, odwiedzając rodzinne wsie i miasta, mają szanse nawiązać osobiste znajomości z Ukraińcami i Polakami, którzy pozostali na Kresach. Takie osobiste relacje pomogą w zachowaniu nie tylko tego, co jest wartościowe dla Kresowian i ich potomków, ale stanowi również wartość kulturową tych ziem. Ważne jest też, aby potomkowie Kresowian obudzili w sobie kresową tożsamość. Musimy mieć świadomość, że jak to mówi prof. Stanisław Nicieja – historia Polski nie kończy się na Bugu. Zdaję sobie sprawę, że nie jest łatwo zbyt często odwiedzać Kresy komuś, kto mieszka na terenie województw zachodnich. Ze względu na samą odległość – jest to poważna wyprawa. Wiem jednak, że wystarczy zrobić pierwszy krok, a miłość do Kresów zawładnie człowiekiem całkowicie.

 

Jest Pan potomkiem wypędzonych ze wschodu Kresowian, których dotknęły trudne wydarzenia lat wojny, deportacje, rzezie, prześladowania tylko za przynależność do narodu polskiego. Czy nie ma Pan w związku z tym osobistych urazów czy uprzedzeń?

Nie ukrywam, że przez wiele lat mojego życia Ukraina i Ukraińcy kojarzyli mi się bardzo negatywnie. I nie byłem chyba wyjątkiem. W miarę zagłębiania się w tematy dotyczące mojej kresowej rodziny, a przez to również dziejów tej ziemi, dochodziłem do wniosku, że nie wszyscy Ukraińcy są źli, tak jak nie wszyscy Polacy są dobrzy. Przez wieki żyli obok siebie, a właściwie ze sobą, dzieląc troski i radości, a nierzadko wspólnie przelewając krew w obronie Kresów. Oczywiście jest dla mnie bezsporne to, że nic nie uzasadniało i nie usprawiedliwia zbrodni popełnionych na Polakach przez banderowców. Jak więc postępować? Jak powinien zachować się potomek Ziemi Kresowej, jak nazwał mnie ks. Dobrucki? Myślę, że dobrym rozwiązaniem może być następująca zasada, którą postanowiłem się kierować: „Przebaczyć tak, zapomnieć nie”. I pamiętać nie po to, aby się mścić czy wziąć odwet, nie! Pamiętać, aby pokazać młodemu pokoleniu, do czego prowadzi życie bez miłości i szacunku do bliźniego. Do czego prowadzi źle pojęta wiara w Boga i chory patriotyzm, który jest zbrodniczym nacjonalizmem.

Chyba Opatrzność czuwała nade mną w czasie mojej podróży. Gdy wyjeżdżaliśmy z Oświęcimia, była brzydka, deszczowa pogoda. Im byliśmy bliżej ukraińskiej granicy, tym pogoda się poprawiała. Ukraina przywitała nas pełnym słońcem. Bacznie obserwowałem otaczających nas ludzi, ale bez uprzedzeń. Okazało się, że spotykamy sympatycznych, uśmiechniętych i uprzejmych ludzi. Odwzajemnialiśmy się im tym samym. Oczywiście raziły nas spotykane czasem flagi banderowskie i pomniki ich przywódcy, ale w czasie naszej wizyty były to szczerze mówiąc rzadkie przypadki. W samych Wasylkowcach odnoszono się do nas z przychylnością i był to pobyt bardzo sympatyczny. Szkoda, że taki krótki.


O sobie

Urodziłem się w 1954 roku na tzw. Ziemiach Odzyskanych, czasem nazywanych również Kresami Zachodnimi. Na Ziemi Lubuskiej, w granicznym Gubinie nad Nysą Łużycką, osiedli moi rodzice. Ojciec Kresowianin urodzony na Podolu i mama pochodząca z centralnej Polski. Po skończeniu szkoły podstawowej w 1969 roku wyjechałem do Nowej Soli, gdzie skończyłem Technikum Elektryczne. Po maturze w 1974 roku kontynuowałem naukę połączoną ze służbą wojskową w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Obrony Przeciwlotniczej w Koszalinie. W Kołobrzegu pod Pomnikiem Zaślubin 2 września 1978 roku zostałem promowany na pierwszy stopień oficerski podporucznika w korpusie osobowym wojsk rakietowych i artylerii. Po promocji skierowany zostałem do służby zawodowej w dywizjonach rakietowych 1 Dywizji Obrony Powietrznej Kraju w Bytomiu. Zawodową służbę wojskową na kolejnych szczeblach dowodzenia pełniłem w dywizjonach w Oświęcimiu, Wożnikach Śląskich i Libiążu. Czynną służbę wojskową zakończyłem w 1998 roku na stanowisku szefa sztabu dywizjonu w stopniu majora. Od kwietnia 1999 do marca 2013 roku pracowałem w samorządzie powiatowym i gminnym na stanowiskach związanych z zarządzaniem kryzysowym, obroną cywilną i sprawami obronnymi. Od roku 2006 do dziś pracuję również na stanowiskach związanych z obronnością w zakładach przemysłu chemicznego na terenie powiatów chrzanowskiego i oświęcimskiego. Mam żonę i troje dzieci. Moją pasją są Kresy Wschodnie i ich historia.