Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Janusz M. Paluch, ROZMOWA Z PROF. T. WAWRZYNOWICZ

[2/2015]

 

Podobno Pani Profesor raczej niechętnie i rzadko wraca do przeszłości...

Rzadko opowiadam o minionych czasach. Najczęściej w rozmowach ze starszą siostrą Alicją i siostrą stryjeczną Różą pojawiają się wspomnienia z lat dzieciństwa, ale też i wojny, i te jeszcze dziś budzą grozę. Jak kadry filmowe, obrazki, obrazki, aż nie chce się wierzyć, że to miało miejsce i dotyczyło mnie i mojej rodziny.

 

Urodziła się Pani na Kresach, na Wołyniu…

Kresy dla mnie to czas od urodzenia do prawie czternastu lat. Okres II Rzeczpospolitej, najpiękniejsze dzieciństwo, jakie mogło być… Miejsce mojego urodzenia i pierwszych lat życia (do 10 lat) to Horodziec, miejscowość między Sarnami a Kowlem. Horodziec to duża wieś poleska ciągnąca się przez kilka kilometrów, geograficznie leżąca na Polesiu Wołyńskim. Piękna kraina, pełna rozlewisk, bagien i równin. Wokół tylko lasy i lasy… Horodziec leży nad Horyniem. W tym miejscu Horyń ma bystry nurt, bo generalnie to leniwie płynąca rzeka, szczególnie w rejonie ujścia do Prypeci. Między Horyniem a wsią rozciągały się łąki, które corocznie były kompletnie zalewane przez rzekę. Na Horyniu nie było normalnego mostu, tylko ułożony na pływających elementach. Jak się przejeżdżało bryczką, to wszystko się kołysało. Horyń był też rzeką bardzo niebezpieczną, miał swoje nieprzewidziane prądy, jamy, w które można było wpaść. Latem nad Horyniem spędzaliśmy bardzo wiele czasu. Polaków tam było niewielu. Tylko ci związani z dworem, różni tzw. oficjaliści, fornale powożący bryczką lub linijką i inni pracownicy, zatrudnieni np. w gorzelni. Ponadto nauczyciele, felczer pan Niedbalski z żoną i synem Zbyszkiem, nadleśniczy pan Piotr Bortnik z żoną i trzema córkami: Jadwigą, Ireną i Marią. Być może kilka innych osób, których nie pamiętam. Tak było pięknie, a potem wszystko się szybko skończyło. Horodziec znany jest z książki Józefa Ignacego Kraszewskiego „Chata za wsią”. Ruiny domku na skraju Horodźca, obok cmentarza, w którym żyła cygańska bohaterka powieści Kraszewskiego – podobno istniały jeszcze w latach trzydziestych ubiegłego wieku. W parku była ławka Kraszewskiego, na której siadywał i pisał swoje wspomnienia. Przebywał w Horodźcu kilka lat, gdzie pracował nad książką „Wspomnienia z Wołynia, Polesia i Litwy”. Są dwa Horodźce – jeden w okolicach Kobrynia nad rzeką Muchawiec na Polesiu, a drugi – nasz, na Polesiu Wołyńskim. Często są mylone przez autorów różnych opracowań. Nasz Horodziec posiadał wspaniały pałac o interesującej historii. Należał do rodu Urbanowskich, potem właściciele się zmieniali. Ostatnim właścicielem był Kamil de Pourbaix. Jego żoną była zubożała hrabina Miączyńska. Należały do nich nie tylko dobra horodzieckie, ale i Włodzimierzec, i kilka innych okolicznych miejscowości. Pałac stał nad pięknym i dużym stawem. Woda ze stawu spływała poprzez różne zastawki, by w końcu napędzać koło młyńskie miejscowego wodnego młyna. Dzisiaj nie ma po tym wszystkim śladu. Rodzina de Pourbaix zdążyła opuścić Horodziec przed wkroczeniem Rosjan we wrześniu 1939 r.

 

Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie. Skąd wywodzili się rodzice Pani Profesor?

Rodzice mojej mamy Bronisławy to Maria, z domu Hołowczyc, i Michał Kotowiczowie, pochodzący z pogranicza Białorusi i Litwy. Drudzy dziadkowie, ze strony ojca Jana – Wawrzynowiczowie – to Henryk, który był lekarzem, a może tylko felczerem, nie wiem tego dokładnie, i Marcelina z domu Nowicka. Ze względu na zawód dziadka często zmieniali miejsce zamieszkania. Najdłużej mieszkali w Bużanach (okolice Tar­no­pola). Tam przyszła na świat większość ich dzieci. Było ich dziewięcioro. Niektóre wcześnie zmarły. Inne dożyły sędziwego wieku. Najstarszy z nich, Dominik, był księdzem we Włodzimiercu. Dwaj najmłodsi synowie, Urban Antoni i Tadeusz, zginęli zamordowani w Katyniu. Mój ojciec zmarł wcześnie, w kwietniu 1939 r. I to właściwie był przełom w moim życiu. Mama, ja i moje rodzeństwo, starsza siostra Alicja i młodszy brat Bohdan, zostaliśmy nagle sami u progu wojny. Największą opieką otoczyli nas dziadkowie Kotowiczowie, mieszkający w Turzysku, i stryj, ksiądz Dominik Wawrzynowicz.

 

Jak zapamiętała Pani Horodziec? Chyba jeszcze tam musiała Pani zacząć chodzić do szkoły…

Rzeczywiście, tam skończyłam trzy klasy szkoły podstawowej. Do czwartej klasy chodziłam już we Włodzimierzu Wołyńskim, gdzie przeprowadziliśmy się po śmierci ojca. Pamięć o Horodźcu towarzyszyła mi przez całe życie, jak piękny i dobry sen, chociaż były też wydarzenia smutne. W Horodźcu przeżyliśmy śmierć Marszałka Józefa Piłsudskiego. To był maj 1935 r. Pamiętam łzy, płacz mojej mamy i cioci, czarne kotyliony noszone przez dorosłych, nawet my, dzieci, poszliśmy z takimi kotylionami do szkoły. Drugim przerażającym wydarzeniem był duży pożar, który strawił około ćwierci wsi. Do dziś pamiętam widok zgliszcz, zwęglone ciała zwierząt domowych i płaczących ludzi chodzących wśród szczątków swych domów. W Horodźcu była cerkiew, która do dziś tam istnieje. Była też gorzelnia, którą, jak wszystko, zniszczyli sowieci. Istniała też szkoła podstawowa siedmioklasowa, do której chodziłam. Kierownikiem szkoły był pan Tuczapski, Ukrainiec, jak mówiono, związany z nacjonalistami. W mojej trzeciej klasie oprócz mnie nie było ani jednego Polaka. Tylko ja. W klasie mojej siostry, kilka lat wyżej, były jeszcze dwie dziewczynki: córka fornali i Żydówka – Frejda, która była zdolną i inteligentną dziewczyną. Szkoła była prowadzona oczywiście w języku polskim. Jak były lekcje ukraińskiego, to zimą siedziałam w pokoju kierownika, a latem bawiłam się na polu. Na lekcje religii do dzieci ukraińskich przychodził pop, do mnie oczywiście ksiądz nie przyjeżdżał. Mnie wożono do Antonówki. To miasteczko odległe 6 km od Horodźca, gdzie był najbliższy kościół rzymskokatolicki. Mieszkaliśmy w dużym domu należącym do państwa Pourbaix. Dom składał się z czterech pokoi, dużej kuchni z piecem do pieczenia chleba, spiżarni. Od strony drogi był ocieniony ganek i ogródek kwiatowy mamy. Za domem od strony podwórka były zabudowania gospodarskie, warzywniak, piękny sad i ogromny pochyły świerk. Ojciec był buchalterem zatrudnionym do prowadzenia majątku państwa Pourbaix. Jak wspomniałam wcześniej, po jego nagłej śmierci mama musiała w pośpiechu szukać dla nas innego domu. Dlatego też do pierwszej komunii świętej, do której przygotowywał nas w Antonówce ks. Mańke, prowadziła mnie zamiast mamy nasza sąsiadka, pani Niedbalska – żona felczera. Mieli swój domek po drugiej stronie szerokiej, piaszczystej drogi. Obok mieszkali jeszcze Dodajewscy, a dalej był domek leśnika o nazwisku Bortnik. Z całą rodziną został wywieziony na Sybir. Wszystkie córki Bortnikówny do dzisiaj żyją – jedna w Kanadzie, druga w Londynie i trzecia we Wrocławiu. Moja siostra, starsza o trzy lata, po skończeniu szkoły w Horodźcu poszła do gimnazjum prowadzonego przez siostry niepokalanki w Maciejowie niedaleko Kowla. Część z nich, z przełożoną siostrą Wołowską, tragicznie zginęła w czasie rzezi ukraińskich na Polakach. Niedaleko nas był sklepik Żyda Borucha, został zamordowany w czasie likwidacji getta we Włodzimiercu. W Horodźcu było mało Żydów, więcej ich mieszkało w Antonówce. Wszystkich ich Niemcy przepędzali pieszo aż do Włodzimierca do getta, gdzie zginęli. O wybuchu wojny mówiono dużo wcześniej. Słowo „wojna” wymawiano jakby ciszej, już wtedy obawiano się jej. Ja miałam na tym tle uraz. Z jednej strony byłam ciekawa, co to takiego ta wojna, a z drugiej strony bałam się jej panicznie. Wojnę przeżyłam już we Włodzimierzu Wołyńskim, gdzie sprowadziłyśmy się z mamą w lipcu 1939 r. do naszego nowego domu przy ulicy Strzeleckiej. Był to duży parterowy dom przeznaczony zapewne dla dwóch rodzin, bo składał się z sześciu pokoi i dwóch kuchni, przedzielonych ścianą symetrycznie na dwie części. Za domem było parę drzew i duży ogród przeznaczony na warzywniak. Dolną granicą tego obejścia była mała rzeczka Smocza, za którą leżało osiedle żydowskie, zamieszkałe głównie przez bardzo ubogich ludzi. Wojna miała im przynieść zagładę, a nam jeszcze parę lat tułaczki.

 

Jak wyglądało życie okupacyjne we Włodzimierzu Wołyńskim?

Włodzimierz Wołyński to miasto, w którym przeżyłam wojnę i trzy okupacje. Pierwsza, sowiecka, od 17 września 1939 do 21 czerwca 1941, to masowe wywózki Polaków na Sybir lub do Kazachstanu, druga – niemiecka od 21 czerwca 1941 do wiosny 1944 – to łapanki, aresztowania, egzekucje oraz rzezie Ukraińców na Polakach, które w 1943 r ogarnęły cały Wołyń i Galicję; ponowna sowiecka od 1944 r. z utratą Wołynia dla ludności polskiej i koniecznością dokonania wyboru: albo wysiedlenie za Bug albo przyjęcie obywatelstwa radzieckiego. Z przerażeniem patrzyłam, jak sowieci wkraczają do Włodzimierza we wrześniu 1939 r. Pamiętam wystające kości policzkowe, skośne oczy, na głowach szmaciane czapki z gwiazdami, przypominające niemieckie pikielhauby z I wojny światowej. Nasz włodzimierski proboszcz ks. Kobyłecki został natychmiast aresztowany przez bolszewików. Potem, jak sowietów pogo­nili Niemcy, NKWD systematycznie zabijało wszystkich więźniów politycznych. Tak było we Lwowie, Włodzimierzu czy Łucku, gdzie przetrzymywali ks. Kobyłeckiego. W Łucku wszyscy więźniowie zostali wypędzeni na dziedziniec więzienny, gdzie czekał na nich karabin maszynowy i kosił wszystkich. Na ks. Kobyłeckiego upadł rażony śmiertelnie więzień i osłonił go od kul. Leżał nieruchomo. Miał dużo szczęścia, bo sowieci chodzili wśród ciał i dobijali rannych. Ks. Kobyłecki powrócił do Włodzimierza, jak weszli Niemcy. Po aresztowaniu ks. Kobyłeckiego sowieci wyrzucili księży z plebanii. Wtedy mama przyjęła ich do swojego ogromnego domu razem z fraucymerem – jak nazywałam panią Marię opiekującą się kościołem, kucharkę – panią Hanię i sprzątaczkę, która na pytanie: Skąd pani pochodzi? zawsze mówiła: Jestem Filipina Dudzicz z Buczacza. Za Niemców nie udało się odzyskać plebanii i księża wraz z fraucymerem dalej mieszkali z nami. Do czasu, kiedy Niemcy stworzyli getto dla Żydów, i wysiedlili nas, dając zastępcze mieszkanie.

W mieszkaniu mamy mieszkali też księża spoza naszej plebanii, ks. Czurko i ks. Gładysiewicz, który został aresztowany przez sowietów w 1945 r. Skazano go na 10 lat łagrów. Po odbyciu tej kary osiedlił się na terenie diecezji żytomierskiej w parafii Połonne, gdzie mieszkało sporo Polaków, i tam zmarł. Po wkroczeniu sowietów w 1939 r. szkoły zaczęły szybko funkcjonować. Powołali nawet tzw. nepołnuju polskuju serednuju szkołu, która zaczęła funkcjonować pod koniec września, i tam zaczęłam chodzić do IV klasy. Nawet zachowałam z tej klasy świadectwo. Nauczycielami byli Polacy. Nagle zaczęli znikać. W październiku przepadł jeden, w grudniu już dwóch zniknęło, tak że w końcu języka polskiego uczyła nas zupełnie przypadkowa osoba, a mieliśmy język polski, rosyjski i ukraiński. Uczniowie rozumieli, jaki los spotkał „znikających” nauczycieli. Naukę nie-humanistycznych przedmiotów zaczęli prowadzić inni nauczyciele: rosyjskojęzyczni albo Ukraińcy z pochodzenia, którzy nagle zapomnieli języka polskiego. O „należyte” wychowanie uczniów dbała tzw. „zaw-pedka” (zawiedujuszczaja piedagogiczeskaja) – Rosjanka. Była to typowa ruska baba ubrana w niezgrabną kufajkę i walonki, ale znawczyni i entuzjastka poezji rosyjskiej (Puszkin, Lermontow). Zorganizowano także dożywianie dzieci; na dużej przerwie dostawaliśmy kromkę chleba posypaną lekko cukrem. Wiadomo było, że dzieci są niedożywione, bo nazajutrz po wkroczeniu Armii Czerwonej sklepy opustoszały. Z klasy szóstej, do której zaczęłam uczęszczać już za czasów drugiej sowieckiej okupacji w 1944 r., mam nawet świadectwo z ukończenia połowy I półrocza.

 

Były wywózki... Jakim cudem rodzina Pani Profesor uniknęła wywiezienia na Sybir?

Właśnie cudem… Prawdopodobnie administracja sowiecka jeszcze nas nie „namierzyła”, nie kojarzyła bowiem naszych nazwisk z nazwiskiem stryja Leona Wawrzynowicza i jego rodziny. Koło Włodzimierza Wołyńskiego była wieś Grabina, zamieszkana głównie przez osadników wojskowych. Tam mieszkał też mój stryj Leon Wawrzynowicz z rodziną. Był nawet wójtem w gminie Werba. W pierwszej kolejności, w styczniu i lutym, wywożono osadników wojskowych z rodzinami, potem leśników, urzędników państwowych i inne grupy – zwykle inteligenckie. Scenariusz tych wysiedleń był jednakowy. Zwykle o świcie do domu wkraczało NKWD. Dawano 15–30 min na zabranie niezbędnych rzeczy (bardziej ludzki sołdat kazał brać rzeczy ciepłe i jakąś żywność, to była ogromnie ciężka zima), ładowano na furmanki i przewożono do podstawionych na stacjach wagonów towarowych. Tak właśnie zabrano rodzinę stryja (żonę, ciocię Lunię i trójkę dzieci: Marysię, Krysię i Tadzia). Ktoś zawiadomił o tym mamę. Pobiegliśmy wszyscy na stację. Zaplombowane bydlęce wagony, pilnowane przez żołnierzy uzbrojonych w karabiny z bagnetami. Zapłakane, zrozpaczone twarze ludzi tłoczących się do okien, błagających o chleb. Po ponad miesiącu nadeszły pierwsze wieści – listy pisane nieraz na skrawkach gazet, z prośbami, błaganiem o przysłanie jakiejś żywności, choćby sucharów. Najpierw jednak, bo jeszcze jesienią 1939 r., został aresztowany stryj Leon, dlatego że jako wójt, broniąc Ojczyzny, zaminował mostek, przez który miał przejeżdżać czołg sowiecki. Czołg nie przejechał, a stryja aresztowano. Był przesłuchiwany do marca 1940 r. Sceneria przesłuchań zawsze była taka sama. Ciemnym korytarzem, popychany przez sołdata, przeprowadzany był do ciemnej sali. Snop ostrego światła kierowano na niego. Nigdy nie widział osoby, która go przesłuchiwała. Słyszał tylko jego głos, który mu zadawał ciągle te same pytania. Był pozbawiony snu, nieustannie podglądany przez „judasza”; ledwo usypiał, już budził go strażnik więzienny. Nagle zaczął sobie zdawać sprawę z tego, że traci rozum, przestaje nad sobą panować. Zaczyna coś mówić i nie bardzo wie, co powiedział. Bardzo się bał, że może wymienić nieświadomie jakieś nazwiska ludzi, którzy na tej podstawie zostaną aresztowani. Aż pewnej nocy było inaczej. Wprowadzono go do sali, światło skierowano na niego, ten sam głos powiedział: – Siadaj! Po pewnej chwili: – Ty mnie Leon nie poznałeś. My byliśmy razem w podchorążówce carskiej. Ja uciekłem do bolszewików, a ty uciekłeś do swoich. I nasze drogi się rozeszły. Ty jesteś skazany na śmierć za zamach na Związek Radziecki. Ale ja ci pomogę. O świcie poprowadzą ciebie do pociągu. Zostaniesz wywieziony na Sybir. Nie wiem gdzie, nie wiem w jakich warunkach. Niech cię Bóg prowadzi, Leon! Został wyprowadzony. Tym razem pozwolili mu spokojnie spać.

 

Czy udało się zidentyfikować tego śledczego?

Niestety, nie wiem kim był ten rosyjski oficer, nie mam też pojęcia, czy stryj domyślał się, kim on był. O świcie stryj został wyprowadzony do pociągu. Jechał wiele dni. Zmieniali im słomę w wagonach, dawali słone śledzie i mało wody. W końcu pociąg zatrzymał się na jakiejś stacji. Stryj dopchał się do zakratowanego okienka, by zobaczyć nazwę stacji. Na peronie zauważył stojącego zarośniętego dziada, który nie miał butów, tylko szmaty zawiązane na nogach, jakąś chustę na głowie zamiast czapki i brudne podarte łachy zamiast płaszcza, w ręku trzymał bat i przytupywał nogami. Poznał w nim osadnika, sąsiada! Zawołał go po nazwisku. Ten podszedł bliżej wagonu, poznał go i zawołał: – Leon, Leon twoja rodzina jest tutaj! W… Tu padła nazwa miejscowości – to osada drwali – lesorubnyj posiołek Suchana pod Archangielskiem. Są zatrudnieni przy wyrębie lasu! Cała twoja rodzina!

 

To nieprawdopodobne!

A jednak… Pociąg ruszył dalej. Stryj Leon rozpoczął potem starania o połączenie z rodziną. I o dziwo – dostał pozwolenie na zamieszkanie z rodziną! Miałam nawet kartkę pocztową, na której jego żona pisze, że wielkie szczęście nas spotkało. W drzwiach stanął Leon… Nie spodziewali się go. Od tego czasu było im już łatwiej żyć. Mieli też szczęście, bowiem tamtejszy komisarz wojskowy osady nie zataił przed nimi porozumienia Sikorski–Majski i tego, że Anders organizuje Wojsko Polskie. Z tego posiołka zostali wtedy zwolnieni wszyscy Polacy. Jechali razem w strasznych warunkach. W końcu na jednej ze stacji pociąg został zatrzymany, a sołdaci powiedzieli, że dalej jechać mogą tylko mężczyźni. Kobiety i dzieci mieli czekać na stepie, aż przyjadą po nich Kazachowie. Nie było z nimi dyskusji. Przeżyli dramatyczne chwile na stepie. W nocy atakowały ich wilki. Starsi chłopcy z widłami i jakimiś pałami, co tam kto miał, odstraszali je. Rano dostrzegli na stepie jakieś punkciki, które zbliżały się do nich. To byli Kazachowie na dwukółkach, którymi przyjechali po nich. Zatrudnieni zostali na farmie świńskiej. Kazachowie jako muzułmanie nie mogą posiadać świń, a byli zmuszeni do prowadzenia hodowli. Polacy byli dla nich wybawieniem, bo zajęli się tą hodowlą,  dzięki czemu mogli przetrwać głód. Pewnej nocy zjawił się stryj i powiedział, że muszą natychmiast wyjechać, jeszcze tej nocy. Miał umówionego maszynistę, który zatrzymał pociąg, do którego wsiedli. Nie mogli ze sobą brać niczego, tylko jakieś ubranie i jedzenie. A mój brat cioteczny musiał oddać swoje buty jako łapówkę. I w taki sposób już cała rodzina dostała się do Buzułuku. Udało im się dostać na ostatni transport do Iraku. Tam mogli wybrać wyjazd do Palestyny albo Indii. Wybrali Indie. Do końca wojny byli w stałym kontakcie ze stryjem, który z II Armią Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Władysława Andersa przeszedł cały szlak bojowy – włącznie z dramatyczną bitwą pod Monte Cassino. Moi dwaj pozostali stryjowie, Tadeusz Wawrzynowicz, który był sędzią w Ostrogu, i Antoni Wawrzynowicz, który był w Otwocku profesorem języka polskiego w gimnazjum, trafili do obozu w Kozielsku. Antoni był z rezerwy powołany w 1939 r. do wojska, a Tadeusz został aresztowany jako sędzia. Trafili do jednego transportu. Nie przyznali się jednak do pokrewieństwa. Jeden z nich prawdopodobnie zniszczył dokumenty, aby ich nie rozdzielono. Razem zginęli w Katyniu. Dowiedzieliśmy się o tym już z niemieckiej listy opublikowanej w „gadzinówce”. Na spisie wymordowanych było nazwisko tylko jednego z nich, ale my wiedzieliśmy, że oni są tam razem, bowiem wskazywały na to różne charaktery pisma w listach z Kozielska podpisywanych przez Tadeusza.

 

Ich bratem był ks. Dominik Wawrzynowicz...

Tak, najstarszy z rodzeństwa był stryj Dominik Wawrzynowicz, proboszcz we Włodzimiercu. Kiedy zaczęły się rzezie na Polakach, wydawało się, że Włodzimierzec, jako miasteczko z posterunkiem niemieckim, jest w miarę bezpieczny. Okazało się, że były to pozory bezpieczeństwa. Wokół płonęły polskie wsie, dochodziły informacje o potwornych mordach dokonywanych na Polakach. Ukraińcy czuli się bezkarnie. A we Włodzimiercu było tylko kilku żandarmów. Jako pierwsza, bo już w lutym 1943, zamordowana została miejscowość Parośle. Celowo mówię „zamordowana miejscowość”, bo Ukraińcy wymordowali tam wszystkich Polaków! Ocalało, zdaje się, tylko dwoje ciężko rannych dzieci. Kiedy w końcu nastąpił napad Ukraińców na Włodzimierzec w lipcu lub sierpniu 1943 r., wszyscy Polacy, którzy jeszcze nie zdążyli uciec z miasteczka, zgromadzili się w kościele. Skupili się wokół stryja, modlili się. Mężczyźni bronili zamkniętej świątyni, tak jak w słynnym Kisielinie. Przez okna obrzucali Ukraińców cegłami, ciężkimi przedmiotami, by tylko utrudnić im próby podejścia pod mury świątyni. Starali się odrzucać granaty, które Ukraińcy wrzucali przez okna do kościoła. Ci rąbali drzwi, ale kościoły wołyńskie były budowane przecież jak twierdze obronne z grubymi murami, trudne do zdobycia. Napastnicy zaczęli jednak pod głównym ołtarzem kuć mury – z tamtej strony nie było okien i mieli ułatwiony dostęp do świątyni. Obrońcy kościoła nie mogli ich ani dostrzec, ani odstraszać. Ukraińcy krzyczeli do nich, że teraz będzie wasz koniec, że wysadzimy was w powietrze. I rzeczywiście nagle nastąpił moment ciszy. Wszyscy ludzie skupili się wokół stryja, który udzielił im rozgrzeszenia. Nastąpił wybuch. Zginęły dwie osoby – hrabina Prądzyńska ze swoją opiekunką. Wszyscy oczekiwali, że za chwilę do świątyni wejdą Ukraińcy ze swoja bronią – siekierami, widłami i nożami. Wtedy szczęśliwy był ten, kto ginął od kuli... Tymczasem cisza trwała, Ukraińcy nie atakowali. Stryj podejrzewał, że jakiś jeszcze jeden ładunek nie wybuchł i boją się wejść. Ale okazało się, że nadjechał silniejszy niemiecki patrol wzmocniony czołgiem, który po drodze ewakuował inną wieś, Stachówkę. Dowódca powiedział, że muszą się natychmiast ewakuować. Każdy więc na chwilę wpadł do domu po najpotrzebniejsze rzeczy, dokumenty. Zostali dowiezieni do stacji Rafałówka. Część Polaków od razu wyraziła zgodę na deportację na roboty do Niemiec. A stryj, ze swoją ułomną siostrą, przedostali się za Bug i zgłosili się do lubelskiego biskupa, który umieścił ich w Krężnicy Jarej, a potem w Miłkowie koło Jeleniej Góry i tam już mieszkali do śmierci stryja. To było więc drugie cudowne ocalenie. Trzecie cudowne ocalenie dotyczyło mojej siostry Alicji, która w roku 1944, nie chcąc być wysłana na przymusowe roboty do Niemiec, przystąpiła do powstającej 27 Dywizji Wołyńskiej AK jako łączniczka. Przyjęła pseudonim „Roma”. W Wielkanoc 1944 r. rozpoczęła się pacyfikacja miejscowości Bielin, w której 27 Dywizja miała swoją główną siedzibę i sztab. Jak wspomniałam, to była Wielkanoc i byłam wówczas z mamą i bratem w kościele na rezurekcji. Ludzie wszyscy płakali, bo słychać było wybuchy bomb i pocisków. Wszyscy mówili, że Niemcy otoczyli i atakują Bielin. Pod naporem Niemców partyzanci w kilku grupach podjęli próby przebicia się. Niektóre oddziały kierowały się w stronę Bugu, ale główny oddział skierował się na Prypeć. Wybór okazał się nieszczęśliwy. Nad Prypecią z jednej strony rzeki stali sowieci, z drugiej Niemcy, tak że partyzanci dostali się w krzyżowy ogień. Wielu ich zginęło.

Do nas dotarła tragiczna wiadomość, że siostra zginęła na grobli. Później okazało się, że była wcześniej ranna i paradoksalnie dzięki temu ocalała. Jej przyjaciele, rodzeństwo Wanda i Leon Szurowscy oraz narzeczony Wandy z siostrą, szli przez groblę. Zboczyli trochę z drogi i weszli na zaminowany obszar. Wszyscy zginęli. Ranną Alicję partyzanci zostawili na bagnach w grupie z chorymi na tyfus. Niemcy do likwidacji niedobitków partyzanckich wysłali oddział Węgrów. Żołnierze węgierscy szli skrajem bagna i musieli doskonale widzieć partyzantów. Zresztą hałasowali tak, żeby było ich słychać z daleka i żeby w porę można się było schować przed nimi. Przeżyli. Potem ogarnęła ich sowiecka partyzantka i wreszcie grupa z 27 dywizji wołyńskiej, z którą siostra szczęśliwie przedostała się za Bug.

 

Wróćmy jeszcze do okupacyjnego Włodzimierza Wołyńskiego. Opuściła go Pani z mamą i rodzeństwem w 1944 r.?

We Włodzimierzu Wołyńskim, jak już mówiłam, mieszkaliśmy w dużym domu, który mama z dziadkiem kupili od Ukraińca w lipcu 1939 r. Później zamieszkali z nami księża wypędzeni z plebanii. W końcu dołączył do nas dziadek, który też został w przedziwny sposób ocalony. We Włodzimierzu w czasie wojny, tak jak wszędzie, były bardzo trudne warunki życia. Chleb można było kupić raz na tydzień, ale trzeba było iść do kolejki o trzeciej w nocy. Zwykle o świcie szła do kolejki mama, potem ja ją zmieniałam albo brat, który był najmłodszy w domu. Toteż mama często starała się wysyłać mnie i brata do dziadków do Turzyska, a szczególnie w czasie okupacji niemieckiej. Dziadek – Michał Kotowicz – mieszkał koło Turzyska (miejscowość między Włodzimierzem a Kowlem). Gospodarował na tzw. chutorze, w oddaleniu od miejscowości. Na wsi, w czasie braku żywności w sklepach, łatwiej dało się przeżyć. Można było łatwiej zaopatrzyć się w mięso i mąkę. Polacy i w ogóle cywilni mieszkańcy nie mieli prawa korzystać z młynów, toteż dziadek organizował przemiał zboża w dużych żarnach obracanych przez konia. Żeby ogrzać dom i zapewnić gotowanie, były organizowane nocne wyprawy po torf. Ostatni raz wyjechaliśmy do Turzyska tuż po głośnym mordzie dokonanym przez Ukraińców w okolicach Włodzimierza Wołyńskiego na rodzinie Rudnickich – zginęli rodzice i ośmioro dzieci oraz fornal ze służącą. Pamiętam ten pogrzeb. Ulicami naszego miasta jechało dwanaście furmanek z trumnami. Pochowano ich na cmentarzu we Włodzimierzu Wołyńskim. Mówiło się wtedy, że to jakaś zemsta, że incydent… Opowiadałam o tym pogrzebie dziadkowi, on też twierdził, że to na pewno była zemsta, bo niby dlaczego mieliby Ukraińcy napadać na Polaków?! U dziadka mieszkaliśmy dość długo. W kwietniu 1943 r., w nocy tuż przed świtem, obudziło nas głośne ujadanie psa. Po chwili padł strzał, usłyszeliśmy skowyt psa i zapadła martwa cisza. Do pokoju wpadła przerażona babcia i najpierw mojego brata wepchnęła pod łóżko, zatykając dostęp do niego jakimiś pierzynami. Potem mnie usiłowała tam wepchnąć ale się wymknęłam. Była też z nami nasza kuzynka. Dziadek stał w pokoju przy oknie. Nieopodal była cembrowana studnia, za którą musiało schować się kilku Ukraińców. Usiłowali pertraktować z dziadkiem na odległość. Mówili po ukraińsku: Kotowicz oddaj broń! Dziadek odpowiadał hardo: Podejdziesz, to ci oddam! Tamten nie dawał za wygraną: Nie podejdę, bo będziesz strzelał! Rzuć! Dziadek nie ustępował: Nie rzucę! Podejdź, to ci oddam! Zaczęli w końcu strzelać na oślep. Kule uderzały w drewnianą ścianę domu, dzwoniły po dachu pokrytym blachą. Zaczęli grozić, że nas spalą. Bali się jednak podejść bliżej. Wydawało się już, że nie będziemy mieli innego wyjścia, że trzeba będzie się im poddać, kiedy nagle zadzwonił budzik! Mój brat, który już wypełzł spod łóżka, mówił mi potem, że to dziadek go nakręcił i uruchomił. Kiedy Ukraińcy usłyszeli ten dźwięk, zapy­tali: Szczo ce takoje?! Dziadek odpowiedział: Telefon! Zaraz tutaj będą bahnschutze! Byli na tyle ciemni, że nie pokojarzyli, że jeśli telefon jest w domu, to musi stać nieopodal słup telefoniczny! Do dworca przez pola rzeczywiście nie było daleko. Przy dworcu stacjonował dość silny oddział niemieckiej straży kolejowej. Słychać było, że się naradzają, i po chwili musieli uciec. Dziadek nie strzelał za nimi, pewnie oszczędzał naboje. Jednak jak tylko zniknęli, natychmiast zaprzągł konie, wsadził brata i mnie na furmankę, biorąc też jakieś zapasy żywności. W domu została tylko babcia z wnuczką Haliną Kotowicz. Dziadek zwrócił się do nich: Wam nic nie zrobią. Oni po mnie przyszli. Muszę dzieci stąd wywieźć! I jechaliśmy przez okoliczne wsie furmanką, gdzie już wrzało. Ukrainki patrzyły na nas z taką nienawiścią. Ja naprawdę czułam wtedy wielki lęk. Dziadek nas uspokajał i dowiózł szczęśliwie do domu. To już nie był nasz nabyty w 1939 r. dom, który znalazł się na terenie getta, ale zastępcze mieszkanie na tej samej ulicy w małym, jednopiętrowym domu. W tym czasie babcia z kuzynką usiłowały najcenniejsze rzeczy oddać na przechowanie do zaprzyjaźnionych Ukraińców. Byliśmy jednak bardzo niespokojni o losy babci i Haliny. Siostra Alicja zdecydowała się pojechać do Turzyska pociągiem i przez pola dostać się do domu dziadków.

Nie zdołała dojść do chutoru, kiedy posłyszała jakieś krzyki, strzały i zobaczyła babcię uciekającą przez okno. Siostra przeraziła się, szybko zaczęła wracać przez pola do dworca. Siedziała tam zapłakana, bo myślała, że babcia zginęła. Kuzynkę Halinę Ukraińcy zamknęli w chlewiku. Pili wódkę u najlepszego sąsiada dziadka, który stale korzystał z jego maszyn rolniczych. Byli wręcz zaprzyjaźnieni! Pilnował jej kolega ze szkoły. Powiedziała do niego: Puść mnie! On przerażony: Nie mogę, bo mnie zabiją… Ona podpowiedziała mu: Wypij wódki, udasz pijanego… I wypuścił ją i takim cudem ocalała. Pobiegła na szosę, bo ktoś dał znać, że Niemcy jadą, i też dotarła na dworzec. To był cud, że się uratowały! Polacy we Włodzimierzu, stali mieszkańcy i uciekinierzy z rzezi, nie czuli się zupełnie bezpiecznie. Przed cofającymi się wojskami niemieckimi i zbliżającym się frontem postępowały też bandy upowców, mordując bezbronnych ludzi. Ze zgrozą patrzyliśmy, jak do Włodzimierza zbliża się i zacieśnia pierścień łun. Z nastaniem zmierzchu do naszego domu ściągali z tobołkami sąsiedzi i mieszkańcy przedmieścia. Dziadek Kotowicz ufortyfikował domek, instalując na oknach metalowe siatki zrywane z okolicznych płotów. Miały zabezpieczać przed granatami. Na pięterku wartowali mężczyźni uzbrojeni w topory i może nawet jakąś broń. Taki koszmar trwał do czasu, gdy zbliżył się front. W ciągu jednej nocy miasto opano­wali znowu sowieci. Wkraczająca armia wyglądała już zupełnie inaczej niż w 1939 r. Szynele nie były obszarpane i nie były brudne, mieli epolety – to była nowość w armii sowieckiej. Nie mieli już czap z czubem, tylko okrągłe czapki. W czasie tej drugiej okupacji nie było już masowych wywózek, nie było masowych aresztowań. Chodziła tylko policja ukraińska, która dawała wybór: albo przyjmujesz obywatelstwo sowieckie, albo wyjeżdżasz. Mama zdecydowała się wyjechać. Wtedy już odnalazła się z partyzantki siostra i razem wyjechaliśmy. Udało się zdobyć tylko jedną furmankę. Na nią załadowaliśmy cały nasz dobytek, ubrania, pościel… Ja zabrałam swoje dwie kozy… Zrobiłam im klatkę. Koziołek nie przeżył jednak podróży. Kózka strasznie się do mnie przywiązała. Najpierw zatrzymaliśmy się w Strzyżowie nad Bugiem. Mama uważała, że zaraz wybuchnie kolejna wojna i trzeba być blisko domu. Pisząc listy do znajomych, z nadzieją kreśliła słowa, że Frania i Anielka na pewno przyjadą wkrótce… To był kod, chodziło jej bowiem o Anglię i Francję… Tak się ich wtedy wyczekiwało jak w 1939 r.! W Strzyżowie kierownikiem szkoły podstawowej był przyjaciel mojego taty, pan Henryk Okopiński, który przyjął mnie do siódmej klasy w ostatnim miesiącu roku szkolnego. Nie miałam skończonej klasy piątej, szóstej a trafiłam na końcówkę siódmej! Po tym miesiącu nauki zdałam egzamin do gimnazjum w Hrubieszowie! A z Hrubieszowa, jakąś dziwną koleją losu, zaczęłam studia w Lublinie, gdzie skończyłam farmację i zostałam na uczelni już do emerytury… Właściwie myślałam poważnie o polonistyce, ale nauczycielki w Hrubieszowie wybiły mi to z głowy. I wtedy przypomniałam sobie, że ojciec wybrał kiedyś dla nas przyszłość. Brat miał być inżynierem, siostra stomatologiem, a ja farmaceutką… Brat w końcu został inżynierem budowlanym, siostra wyszła za mąż i musiała pracować, by utrzymywać rodzinę. Ja już na drugim roku studiów zostałam pracownikiem na Akademii Medycznej. Studiowałam i pracowałam – od stanowiska zastępcy asystenta po stanowisko prorektora Akademii Medycznej. Mama, kiedy przestała wierzyć w to, że będzie kolejna wojna, która przywróci Kresy do Macierzy, przeniosła się z bratem na tzw. Ziemie Odzyskane, do Łobza pod Szczecinem. Siostra z mężem zamieszkali w Szczecinie. Wojna nas nie rozdzieliła, dopiero po wojnie rozeszliśmy się w różne strony.

 

Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę.