Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Zbigniew Wawszczak, ROZMOWA ZE STANISŁAWEM KOPACZEM

[3/2015]

W cieniu Katynia i Syberii

Ze STANISŁAWEM KOPACZEM rodem z Podola, emer. profesorem Politechniki Rzeszowskiej rozmawia Zbigniew Wawszczak

Zanim wybuchła wojna w roku 1939 i na Polskę runęły dwie potęgi ze wschodu i zachodu, rodziny Kopaczów i Chabinów gospodarowały we wsi Hłuboczek Wielki na Podolu, nieopodal Tarnopola. Kopaczowie mieli gospodarstwo liczące kilka hektarów czarnoziemu we wsi, którą zamieszkiwali pospołu Polacy i Ukraińcy. Nieopodal Hłuboczka Wielkiego przebiegała linia kolejowa i dziadek mego rozmówcy Józef Chabin pracował na kolei. Mama wywodziła się z rodziny Chabinów (według tradycji ten ród wywodził się z Francji) i nauczyła się bardzo cenionego w tamtych czasach zawodu krawieckiego. Rodzice Stanisława Kopacza, Maria i Bogdan, byli ludźmi inteligentnymi i przedsiębiorczymi. Niedługo po tym jak zawarli związek małżeński, wybuchła wojna, burząc dobrze zorganizowane i w miarę dostatnie życie kresowej rodziny.

Jest rok 1938. W rodzinie Marii i Bogdana rodzi się dziecko. Podporucznik Bogdan Kopacz wraca w trakcie wakacji z przeszkolenia w podchorążówce we Lwowie. Sytuacja polityczna jest bardzo napięta, zbliża się wojna. Pod koniec sierpnia Kopacz otrzymuje kartę mobilizacyjną i wyjeżdża do pobliskiego Tarnopola, gdzie formują się z rezerwistów nowe jednostki wojskowe. Młoda żona udaje się z początkiem września do wojewódzkiego miasta.

Po wielu perypetiach (w mieście panuje ogólny chaos i niepewność co do przyszłości) udaje się jej odnaleźć męża i porozmawiać z nim. Obydwoje nie wiedzą, że jest to ostatnie spotkanie w życiu młodej pary. 17 września 1939 r. na mocy zdradzieckiego paktu Ribbentrop–Mołotow wojska Rosji Sowieckiej przekraczają polską granicę. Ze względu na niewielką odległość Tarnopola od Zbrucza szybko zbliżają się do miasta.

Pułk, w którym służy Bogdan Kopacz, otrzymuje rozkaz wycofa­nia się na południe. Po drodze otaczają go i rozbrajają wojska sowieckie, a podporucznik dostaje się do niewoli.

Możemy się domyślać, jakie nastroje panowały na ziemiach polskich zagarniętych przez najeźdźcę ze wschodu, który z miejsca zaczął wprowadzać swoje porządki. Aresztowania dotykają w pierwszym rzędzie ludzi związanych z pokonanym państwem polskim – wojskowych, policjantów, urzędników, ziemian, leśników. W domu Kopaczów, obszer­niejszym i większym niż przeciętne, niepokoją się o los Bogdana, którego pochłonęły wiry wojny.

Profesor Stanisław Kopacz niewiele zapamiętał, bo kiedy opuszczał rodzinne gniazdo, miał zaledwie dwa lata. Ale o Hłuboczku Wielkim opowiadała mama, która żyła długo (89 lat) i zmarła w jego domu w Rzeszowie w roku 1998.

 

Panie profesorze, proszę przypomnieć, co o podolskim Hłuboczku Wielkim opowiadała mama, zresztą nie tylko o Hłuboczku, ale przede wszystkim o domu rodzinnym, o rodzicach, dziadkach, o gospodarstwie (jak było zorganizowane, jakie zboża uprawiano, ile krów i koni zapełniało oborę i stajnię), a także jak można scharakteryzować wzajemne stosunki pomiędzy Polakami i Ukraińcami zamieszkującymi we wsi?

Józef ChabinByły dwie miejscowości o nazwie Hłuboczek: stara wieś nazywała się Hłuboczek Wielki, druga zaś miejscowość powstała później, był to Hłuboczek Mały w powiecie zbarskim. My mieszkaliśmy w Hłuboczku Wielkim – była to duża wieś licząca około 2500 mieszkańców. We wsi był mały kościół, greckokatolicka cerkiew oraz pałac, w którym mieszkał hrabia Plater. We wsi znajdowała się czteroklasowa szkoła podstawowa i dwa młyny. Przez wieś przebiegała trakcja kolejowa, więc łatwo było dojechać do Tarnopola. Ludzie żyli z uprawy ziemi, gospodarstwa były małe, ale można było dokupić ziemi u hrabiego Platera.

Moi dziadkowie Józef i Paraskewia Chabinowie mieli gospodarstwo rolne, które prowadziła babcia Paraskewia, bo dziadek pracował na kolei. W gospodarstwie były dwie krowy, hodowano trzodę chlewną i drób. Moja mama Maria pomagała w gospodarstwie, ale również prowadziła mały zakład krawiecki i miała uczennice. Dziadek dostawał pensję na kolei, więc dzieci mogły się kształcić. Z ośmiorga dzieci dziadków wykształciło się pięcioro: Bazyli, Zofia, Waleria uczyli się w seminarium nauczycielskim w Tarnopolu, Stanisław w seminarium duchownym we Lwowie, Piotr ukończył szkołę oficerską. Ciocia Anna i moja mama Maria były wykwalifikowanymi krawcowymi. Ciocia Tekla została na gospodarstwie i pomagała dziadkom w prowadzeniu gospodarstwa.

W Hłuboczku Wielkim mieszkali Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Stosunki między ludźmi były dobre. Bardzo często sąsiedzi pomagali sobie w żniwach, przy wykopkach i innych pracach. Nie było sprzętu rolniczego, więc wszystkie prace polowe wykonywane były ręcznie – sianie zboża, żniwa, sianokosy, wykopki.

 

 

Abiturienci Państwowego Seminarium Męskiego im. H. Sienkiewicza w Tarnopolu,1936 rok, w drugim rzędzie od dołu – pierwszy z prawej strony Bogdan Kopacz

 

Czy przeprowadzona z wielkim rozmachem pierwsza deportacja w mroźną zimę 10 lutego 1940 roku była wielkim zaskoczeniem dla Polaków z Hłuboczka Wielkiego, czy ludzie przeczuwali, co przygotowują sowieccy okupanci?

O pierwszej deportacji w nocy z 9 na 10 lutego 1940 r. niewiele wiem – tyle tylko, że wówczas deportowano całe rodziny obywateli Rzeczypospolitej: Polaków, a także Białorusinów, Litwinów i Ukraińców.

 

 

 Podporucznik Bogdan Kopacz – w środku,w towarzystwie kolegów z podchorążówki,Lwów,1938 rok.

 

Jednak tej ponurej jesieni 1939 r. pojawił się promyk słońca. Maria Kopacz otrzymała list od męża. List był wiele razy czytany i chociaż niewiele się można było z niego dowiedzieć, rozwiał wątpliwość – Bogdan żyje, nie zginął na wojnie. Po pewnym czasie nadszedł drugi, a po nim trzeci.

Dla mamy i całej rodziny był to ogromny cios, że mój ojciec Bogdan znajduje się w Kozielsku. Mama pisała do ojca kilka listów, ale na te listy początkowo nie było odpowiedzi. Pierwszy list mama dostała w listo­padzie 1939 r. W styczniu 1940 otrzymaliśmy drugi list, z którego wynikało, że ojciec nie ma żadnych wiadomości od nas. Mama tym faktem bardzo się zmartwiła, dopiero w trzecim liście z 15 lutego 1940 ojciec napisał, że otrzymał wszystkie listy od mamy. Był to ostatni list od ojca.

 

A później rodzina Kopaczów – Maria z dwu­letnim synem, dziadkowie, ciotki musieli się zmierzyć z bardzo trudnym wyzwaniem. 13 kwiet­nia do domu w nocy wtargnęli uzbrojeni ludzie. Przebieg tej niezapowiedzianej „wizyty” i zdarzeń, które po niej nastąpiły, zapamiętał pan ze wspomnień mamy.

Mama i ja znaleźliśmy się w drugiej grupie deportacji, w nocy 12/13 kwietnia 1940 roku. W tej grupie były przede wszystkim kobiety i dzieci (mężowie wcześniej zostali aresztowani i osadzeni w obozach w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku). W nocy 13 kwietnia około godziny 4 nad ranem przyjechała grupa enkawudzistów, głównie Kirgizów, i rozpoczęła rewizję w naszym domu w poszukiwaniu broni. Mama w pośpiechu, zdenerwowana znalazła małą walizeczkę i koc, w który zawinęła poduszkę, poszwę i pościel oraz trochę osobistych swoich i moich rzeczy. W walizeczce miała dokumenty, zdjęcie ojca, listy z Katynia od ojca, zegarek pamiątkowy oraz pierścionek i dwie obrączki ślubne – i to był cały dobytek na zsyłkę. Niektórzy Ukraińcy przyglą­dali się, jak ładowano nas na furmankę i cieszyli się mówiąc: ... Niech jadą tam, gdzie białe niedźwiedzie. Załadowano nas do towarowych wagonów, w których było bardzo ciasno, ponieważ do jednego wagonu ładowano nawet po dziesięć rodzin, a każda rodzina liczyła zazwyczaj po kilka osób.

Mama opowiadała, że tuż przed odjazdem pociągu sowiecki żołnierz z eskorty wyrwał z jej rąk walizeczkę z całym naszym dobytkiem. Walizeczkę odzyskała niemal cudem, ponieważ jedna z polskich zesłanek, która była jeszcze na peronie, wyrwała walizeczkę z ręki sowieckiego żołnierza i rzuciła mamie, która była w już odjeżdżającym pociągu.

Do Tarnopola dowieziono nas po południu, a tam na peronie czekaliśmy całą noc, zanim załadowano cały transport. Z województwa tarnopolskiego do pociągu załadowano około 2000 osób. Wtedy dopiero pociąg ruszył w dalszą drogę. Wszystkie drzwi wagonów były z zewnątrz zamknięte, a ludzie swoje potrzeby naturalne załatwiali przez dziury wykonane w podłodze wagonów. Jedzenia ani wody do picia nie było. Niektórzy zdołali zabrać ze sobą coś do jedzenia. Dzielili się z tymi, którzy nic nie mieli. Starsi ludzie i chorzy umierali w pociągu; chowano ich w ziemi w czasie krótkich postojów pociągu.

W takich warunkach dojechaliśmy do Uralu i dopiero wtedy wagony zostały otwarte i ludzie na krótko mogli wyjść, odetchnąć świeżym powietrzem, nabrać wody do picia.

Z Uralu do Pawłodaru jechaliśmy około dwóch tygodni pociągiem. W Pawłodarze załadowano nas na statek towarowy i po kilkunastu godzinach rejsu w górę Irtyszu znaleźliśmy się u celu podróży – w Majsku, odległym od Pawłodaru o około 200 km, a od Tarnopola o ok. 4000 km w linii prostej.

 

Zawieziono was na koniec świata, nad brzeg potężnej syberyjskiej rzeki Irtysz. Nikt z przywiezionych tu Polaków nie wiedział, jak długo tu pozostaną, ale też nie przypuszczał, w jak trudnych warunkach przyjdzie im żyć. Sześć lat to szmat czasu – o tym czego pan, mama i inni zesłańcy tam doświadczyli, można napisać książkę. Proszę, aby wybrał pan najważniejsze zdarzenia i ludzi, których nosi pan pod powiekami.

Do Majska w województwie pawłodarskim w Kazachstanie przyjechaliśmy 1 maja 1940 roku. W drodze na zesłanie skończyłem dwa lata. Mama opowiadała, że po przybyciu do Majska na brzegu rzeki Irtysz powitała nas horda Kazachów wymachujących kijami i strzelającymi batogami. Uprzedzono ich bowiem, że zesłańcami są polscy bandyci i zbrodniarze, a oni, ku swojemu zdumieniu, zobaczyli kobiety z małymi dziećmi i starszych, zaniedbanych i chorych mężczyzn, których ominął pobór do wojska. Wielu przerażonych Polaków klękało do modlitwy sądząc, że nadszedł kres naszego życia. Zesłańców zapędzono do szopy, w której wcześniej przebywały zdychające konie. Po dokonaniu przez enkawudzistów spisu i segregacji zesłańców mamę moją skierowano do pracy w kopalni odkrywkowej gliny, leżącej nad brzegiem Irtyszu. Ciężka praca w kopalni – wożenie gliny, stanie w wodzie, przenoszenie ciężkich wiader z gliną i bardzo trudne warunki atmosferyczne – w lecie prażące słońce i temperatura +40°C i bardzo zimne jesienie sprawiły, że mama często mdlała i w końcu bardzo ciężko zachorowała. Zwolniono ją z pracy i zostaliśmy bez żadnych środków do życia. Gdy kierownikowi kopalni mama powiedziała, że nie ma żadnych środków do życia, usłyszała odpowiedź: My po to was tu przywieźli, żebyście wszyscy wyzdychali.

Głód i choroby – malaria, świerzb, jaglica, reumatyzm, choroby weneryczne, tyfus oraz wycieńczenie ciężką pracą dziesiątkowały mieszkańców Majska, w tym i Polaków. Ludzie próbowali żywić się skąpą roślinnością stepową, ale skończyło się to dla wielu osób tragicznie, ponieważ znalezione na stepie cebulki okazały się trujące i wielu Polaków zmarło już w pierwszym roku pobytu w Majsku. Jadalny szczaw został szybko wyzbierany w całej okolicy i znalezienie go wymagało niejednokrotnie nawet kilkunastokilometrowych wypraw wzdłuż Irtyszu, co nie zawsze było bezpieczne ze względu na liczne napady. Podniesienie buraka pastewnego, który wypadł z wozu kołchozowego, a zauważone przez strażnika konwojującego buraki, zakończyło się dla nieszczęsnego głodnego człowieka skatowaniem go i zesłaniem do obozu pracy w kopalni.

 

 

Bogdan i Maria Kopaczowie

 

Gdy mieszkaliśmy w baraku, zgłosiła się Rosjanka poszukująca opiekunki dla małego dziecka. Mama zgodziła się zaopiekować dzieckiem, więc zamieszkaliśmy u tej Rosjanki – lepianka składała się z jednej izby, do której wchodziło się przez ganeczek zrobiony z patyków, następnie była stajnia i dopiero przez stajnię wchodziło się do izby. Mama miała przydzielony kąt, w którym znajdowało się łóżko, a w drugim kącie stało łóżko gospodyni. Pośrodku izby stał stół i ja pamiętam, że czasem byłem przywiązywany do nogi tego stołu, bo byłem bardzo ruchliwym i wciąż głodnym dzieckiem. W tej dla nas niezwykle ciężkiej sytuacji życiowej od śmierci uratował nas zegarek, który mama wymieniła z jedną Rosjanką na maszynę do szycia marki Singer (maszyna ta jest sprawna do dziś). Mama była z zawodu krawcową, ale szycie było pracą nielegalną, za którą groziło więzienie lub zsyłka do kopalni węgla w Karagandzie. Dlatego mama szyła tylko osobom zaufanym, a za uszycie czegoś do ubrania dostawała garść kaszy lub kilka ziemniaków i w ten sposób nadal pozostawaliśmy przy życiu.

W tych dla nas ciężkich czasach wydarzył się przypadek, który uratował życie nam i wielu Polakom mieszkającym w Majsku. Przybył tu rosyjski zesłaniec, który nazywał się Kostia Beriulgin. Człowiek ten chcąc uniknąć ciężkiej pracy w kopalni gliny oświadczył miejscowym władzom, że jest z zawodu piekarzem. Piekarnia w Majsku wypiekała chleb dla robotników pracujących w kołchozie i w kopalni gliny.

Kostia Beriulgin szybko się zorientował, że piekarnia nie posiada kierownika i dlatego postarał się o mianowanie go na to stanowisko.

Mama mówiła, że piekarz miał z ubrania tylko płaszcz wojskowy i podarte spodnie sięgające do kolan. Gdy dowiedział się, że w Majsku jest Polka, która szyje – zgłosił się do mamy i poprosił o uszycie ubrania z płaszcza wojskowego. Mama dostała w zamian chleb. Potem za uszycie jakiejś rzeczy też dawał chleb. Mama opowiadała, jak się to odbywało. Wieczorem, gdy było już ciemno, mama nakładała chustę na siebie, brała żelazko do prasowania na węgiel i szła do piekarni. Tam dostawała chleb, który chowała pod chustą i wracała z powrotem, niosąc żelazko w ręce. Chlebem mama dzieliła się z gospodynią i głodującymi Polakami. Od czasu do czasu trafiało się mięso roznoszone nocą przez Kazachów, pochodzące z uboju wielbłądów kradzionych w kołchozie. Krótki umowny sygnał nocą w okienko ziemianki, Kazach po zostawieniu kawałka mięsa znikał. Zapłatę zwykle otrzymywał po kilku dniach. Mięso ugotowane nocą przez mamę było natychmiast zjadane, przy czym na moje pytanie, co to za ryba bez ości, mama odpowiadała: „...jedz szybko i nikomu jutro nie gadaj, że nocą jadłeś, jedz i idź spać”. Rozwścieczeni milicjanci grozili sprawcom kradzieży, ale ich nie znaleziono.

Warunki życia w Majsku były niezwykle trudne, ale domek-lepianka chronił przed zamarznięciem zimą i prażącym słońcem w lecie oraz przed wilkami, które grasowały w przyległym do osady stepie i nocą podchodziły pod dom. Dlatego ludzie nie wychodzili pojedynczo nocą z domów, a ponadto spali na pryczach piętrowych, ponieważ były przypadki podkopywania się wilków do ziemianek i zagryzania ludzi. W ten sposób można było uchronić się przed wilkami, ale nie przed wszami, pluskwami i pchłami. Pluskwy właziły po nóżkach prycz do łóżek, dlatego nóżki prycz stały w naczyniach z wodą. Ale i to nie zawsze było skuteczne, ponieważ pluskwy po ścianie właziły na sufit, z którego skapywały na śpiących ludzi. Pozostawała więc tylko nocna czujność i wyłapywanie skapujących z sufitu pluskiew. Utrzymywaliśmy się z tego, co mama dostała za szycie.

 

Maria Kopacz z synkiem na Syberii

 

Gdyby nie opieka mamy miałby pan niewielką szansę na przetrwanie i powrót do kraju. Na szczęście była ona bardzo zaradna i gotowa do największych poświęceń, żeby ochronić syna.

Moja mama była kobietą niezwykle zaradną, a do tego jeszcze pamiętała, co jej powiedział mąż na ostatnim spotkaniu w Tarnopolu: Wychowaj mi syna na dobrego człowieka. Myślę, że to ją jeszcze bardziej mobilizowało do pokonywania wszelkich trudów życia codziennego w Majsku.

 

Dzisiaj patrząc przez pryzmat doświadczeń całego życia, jak ocenia pan swoje dzieciństwo, które upłynęło w surowych warunkach nad brzegiem potężnego Irtyszu, dzieciństwo głodne, chłodne, bez ubrań, zabawek, łakoci? A może skoro nie było żadnych możliwości porównania, przyjmował pan wszystko w sposób naturalny? Przecież był pan dzieckiem, bawił się i psocił wraz z rówieśnikami, nie zdając sobie sprawy, w jakich żyje warunkach.

Jak pan zauważył, moje dzieciństwo było trudne – ale jako mały chłopiec nie zdawałem sobie sprawy z sytuacji, w której się znajdowałem. Zachowywałem się jak każde dziecko z Majska, miałem kolegów z rodzin rosyjskich i polskich, z którymi rozmawiałem w ich ojczystym języku. Razem się bawiliśmy, a ulubioną naszą zabawą była jazda konna, która polegała na tym, że do patyków przyczepialiśmy końskie głowy narysowane przez polską zesłankę panią Węglowską i wycięte. Na tych koniach ganialiśmy po stepie i nad brzegiem Irtyszu.

 

A jak to było z kwiatkami, które pan postanowił przynieść mamie?

Otóż pewnego dnia bawiąc się nad brzegiem Irtyszu zauważyłem płynącą blisko brzegu dużą grubą belkę drewna, na którą wsiadłem razem z córką sąsiadki i popłynęliśmy z prądem rzeki. Gdy po pewnym czasie belka z nami zbliżyła się do brzegu, wysiedliśmy, ale okazało się, że oddaliliśmy się dosyć daleko od miejsca pobytu. Powrót trwał stosunkowo długo, a w tym czasie moja mama i mama dziewczynki zaniepokoiły się naszą nieobecnością. Zrozpaczone kobiety uspokoiły się dopiero wówczas, gdy jedna z Rosjanek będąca nad brzegiem Irtyszu powiedziała, że widziała dzieci, które zmierzały w stronę domu. Moja mama przygotowała sobie patyk i powiedziała, że dostanę lanie, żebym miał nauczkę na przyszłość i nie oddalał się zbyt daleko od domu. Jedna z Rosjanek, która była nad brzegiem Irtyszu, widząc nas nadchodzących, wyrwała kij z ręki mamy mówiąc: Co, będziesz go biła? Zobacz, niesie dla ciebie kwiaty. Kwiaty uchroniły mnie zapewne od solidnego lania. Mama tylko prosiła, żebym więcej się tak nie oddalał od domu, co jej obiecałem.

 

Wcześniej w luźnej rozmowie wspominał pan o oryginalnej potrawie, którą wymyśliła mama. Tego dania, które powstało w wyniku wykorzystania zasobów rzeki Irtysz, później po powrocie do kraju mama już nie przygotowywała.

Mama za pomocą kawałków płótna i chustek łowiła rybki, następnie mieliła je w prymitywnej maszynce i gotowała w postaci gałek, które były najeżone ośćmi. Technologia spożywania gałek polegała na ich połykaniu, a nie rozgryzaniu, bo to było niebezpieczne ze względu na ości.

 

A jak to było z maszyną do szycia, dzięki której poprawiły się wasze warunki życia. Jak ją mama zdobyła?

Mama na wywózkę do Rosji zabrała ze sobą w walizeczce ręczny zegarek. I właśnie ten zegarek uratował nam życie, ponieważ udało się go zamienić z pewną Rosjanką na maszynę do szycia. Była ona chorą kobietą, która miała kilka maszyn do szycia, przywiezionych przez jej męża. Ten zdobył je jakoś na wojnie. Ona marzyła o ręcznym zegarku, ponieważ w owym czasie zegarki w Rosji były niezwykle cennymi przedmiotami, posiadanymi tylko przez władców (prawitielstwo) i wyższych urzędników państwowych.

Mama była wykwalifikowaną krawcową, szyła różne ubrania z rozmaitych szmat i odpadków płóciennych. Poza Rosjanką o szyciu mamy wiedziało niewiele osób, bo ­odbywało się ono w konspiracji. Szycie przez osoby niezrzeszone w kołchozowych szwalniach było surowo zabronione i gdyby władze przyłapały mamę na szyciu osobom spoza rodziny, zostałaby aresztowana, a maszyna do szycia skonfiskowana. Była jedyną krawcową w całym rejonie, a po pewnym czasie zgłaszali się do niej również klienci z Pawłodaru, którzy jakimś cudem dowiedzieli się o zdolnościach krawieckich mamy. Za uszycie czegokolwiek nie brała pieniędzy, tylko produkty żywnościowe – kaszę, ziemniaki, mleko, kawałek chleba.

 

Jak sądzę, najtrudniejszy był pierwszy rok pobytu na nie­ludzkiej ziemi. Podpisana w roku 1941 umowa Sikorski–Majski w zasadniczy sposób miała zmienić położenie deportowanych. Władze sowieckie ogłosiły amnestię i na jej podstawie otwierać się miały bramy więzień, łagrów i miejsc odosobnienia. Ale na ogromnych przestrzeniach Syberii i Kazachstanu, zwłaszcza w odległych zakątkach, bardzo wiele zależało od lokalnych władz, szefów łagrów. Jak wiemy ze wspomnień deportowanych, nie brakło takich naczelników, którzy trzymali w tajemnicy zasady polsko-sowieckiego porozumienia, a kiedy sami zainteresowani o nim się dowiadywali – nie chcieli zwalniać „niewolników”, ponieważ stanowili trudną do zastąpienia siłę roboczą. Wydaje się, że pewną rolę w pokonywaniu rozmaitych biurokratycznych przeszkód odegrała powołana przez polskich komunistów organizacja Związek Patriotów Polskich. W pańskich zbiorach znajduje się legitymacja mamy – członka ZPP.

Moja matka wstąpiła do powstałego w Majsku Związku Patriotów Polskich na krótko przed wyjazdem do Polski i otrzymała legitymację wydaną w 1946 roku.

 

Edukację rozpoczął pan w wyjątkowo niesprzyjających warunkach, w ostatnim roku zesłania. Szczęśliwy przypadek sprawił, że w osadzie, w której przebywaliście, znalazła się nauczycielka z Polski, Stefania Węglowska, która została wychowawczynią pierwszej klasy. Z braku zeszytów – pisania liter uczyliście się na zeszytach zrobionych z gazet.

Naukę w pierwszej klasie ukończyłem 15 kwietnia 1946 r. z wynikiem dobrym i otrzymałem świadectwo w języku polskim i rosyjskim, zawierające następujące przedmioty: język polski, arytmetyka, rysunki, śpiew i zachowanie.

 

W osadzie przemysłowej w Majsku, a także w otaczających ją stepach zamieszkiwali Kirgizi, Kazachowie, a także Rosjanie. Jak ci ludzie odnosili się do zesłańców z Polski? Czy warunki, w jakich żyli tubylcy, różniły się zasadniczo od tych, jaki stworzono zesłańcom?

Rosjanie, którzy zamieszkiwali w Majsku, byli w większości z Rosji centralnej, zesłanymi po rewolucji październikowej jako kułacy – bogacze, a miejscową ludność stanowili Kazachowie. Warunki życiowe były bardzo ciężkie, ludzie nie mieli co jeść ani w co się ubrać, nie mogli nic kupić, ale musieli ciężko pracować. Tylko nieliczni mieszkańcy wsi – Rosjanie mieli krowy lub kozy i jeśli ktoś z Polaków posiadał jakąś odzież, to wymieniał ją najczęściej na mleko. Rosjanie nam współczuli, bo wiedzieli, że jesteśmy niewinni i zostaliśmy tu zesłani na wyginięcie. Kazachowie w większości pracowali w kołchozach i jak wiadomo z opowiadań mamy, znacznie lepiej odnosili się do Polaków niż do Rosjan.

 

Majsk otaczały bezkresne stepy Kazachstanu z jednej strony, a rzeka Irtysz z drugiej. W nurtach tej rzeki było wiele gatunków ryb, których rozmiary budziły zdumienie przybyszów z Polski.

Z opowiadania mamy wiem, że zimą, gdy wody Irtyszu były zamarznięte, rybacy na saniach przywozili do Majska ogromne zamrożone ryby, które wyglądały jak belki – na saniach mieściły się zwykle 3 lub 4 sztuki takich ryb. Natomiast przy brzegu żyły małe rybki podobne do naszych płotek, które można było łowić tylko latem, ponieważ zimą rzeka była całkowicie zamarznięta. Część ryb zjadano, a część nawlekano na wiklinowe gałązki, suszono w prażącym słońcu i zasuszone przechowywano do zimy.

 

Przez okres pobytu w Kazachstanie towarzyszył wam obrazek Matki Boskiej Ostrobramskiej. Wizerunek Pani Ostrobramskiej był z wami również w drodze powrotnej. Proszę przypomnieć, jakie starania poprzedziły powrót, jakie przygotowania poczyniła mama? Czy ośmioletni chłopak, jakim był pan wówczas, zdawał sobie sprawę ze znaczenia tej ważnej zmiany, która miała nastąpić w waszym życiu?

Mieliśmy obrazek Matki Boskiej Ostrobramskiej, który przysłała siostra mamy – ciocia Zosia. Mama wspominała, że codziennie przed tym obrazkiem modliła się ze mną, dziękując Bogu za kolejny przeżyty dzień, i prosiła Boga o dalszą opiekę nad nami i powrót do Polski. Pod koniec 1945 roku rozeszły się pogłoski zarówno w Majsku, jak i w Pawłodarze, że Polacy będą mogli wrócić do Polski. W Pawłodarze był Komitet Polski, który negocjował z władzami rosyjskimi warunki umożliwiające Polakom powrót do Polski. Wiadomości te przywiozła delegacja polska, która z Majska pojechała do Pawłodaru po pomoc amerykańską przekazaną polskim zesłańcom. Polacy nie mieli paszportów, ale po wizycie generała Władysława Sikorskiego u Józefa Stalina i podpisaniu umowy pomiędzy Sikorskim a Majskim NKWD wydało Polakom paszporty przeznaczone dla skazańców i teraz pozostało już tylko oczekiwanie na powrót do Polski. Miałem wówczas osiem lat i byłem bardzo zainteresowany podróżą do Polski. Ciągle mamę pytałem, kiedy pojedziemy i do kogo oraz czy jedziemy bardzo daleko?

 

Jak długo trwała droga powrotna i czy odbywała się w przyzwoitych warunkach?

Mama wiedziała, że do domu i gospodarstwa w Hłuboczku Wielkim nie ma powrotu. Musieliśmy więc jechać z całym transportem na Ziemie Zachodnie. Prawie przez cały miesiąc przygotowywaliśmy się do wyjazdu do Polski. Rosjanka, u której mieszkaliśmy w Majsku, bardzo żałowała, że ją opuszczamy, ponieważ mama szyła jej wszystko, co było niezbędne do codziennego użytku. Na drogę mama otrzymała od gospodyni kilka jajek, dostała chleb od piekarza, któremu szyła ubrania. Znalazły się również konserwy z pomocy amerykańskiej. Z Majska wypłynęliśmy statkiem do Pawłodaru, a następnie przeszliśmy do pociągu osobowego. Z Pawłodaru wyjechaliśmy pierwszego maja 1946 r. i jechaliśmy do Moskwy okrężną drogą przez puste pola i lasy i nawet nie wiedzieliśmy, gdzie się znajdujemy. Pociąg kilka razy zatrzymywał się w pobliżu rzek i wówczas Polacy wybiegali z pociągu, głównie po wodę do picia. Gdy dojechaliśmy do Moskwy, otrzymaliśmy trochę jedzenia i kawałki materiałów, z których można było uszyć koszulki dla praktycznie gołych dzieci. Mama z kawałków materiałów szyła dla dzieci koszulki na maszynie, którą mama ze sobą zabrała z Majska.

Gdy dojechaliśmy do Równego, wtedy mogliśmy wyjść z pociągu. Wszyscy Polacy ruszyli do kościoła, w którym odbywało się nabożeństwo. Ludzie padali na kolana, płakali i krzyczeli z radości, ponieważ po raz pierwszy po sześciu latach znaleźli się w kościele. Ksiądz prosił, żeby się ludzie trochę uciszyli, bo przyjdą władze i przepędzą ich, a jego aresztują. Ale ten krzyk i płacz był nie do opanowania. Ludzie z płaczem śpiewali Serdeczna Matko, opiekunko ludzi. W kościele długo nie zabawiliśmy, ponieważ trzeba było wracać szybko do odjeżdżającego pociągu.

Przejechaliśmy polską granicę i dojechali do Łodzi, a następnie do Konina. Z Konina ludzie rozjeżdżali się w różne strony Polski. Mama ze mną pojechała do Poznania, a następnie do Chodzieży, gdzie mieszkała jej siostra Anna Musiał. Przyjechaliśmy tam 11 czerwca 1946 roku.

W Chodzieży byliśmy krótko ze względu na trudne warunki mieszkaniowe, ponieważ mieszkanie składało się z dwóch małych pokoików, w których musiały się pomieścić rodzina cioci Hani i moja mama ze mną. Następnym naszym miejscem zamieszkania był Mirocin Górny w województwie wrocławskim. Zamieszkaliśmy na plebanii u mamy brata, księdza Stanisława Chabina, u którego mieszkała jeszcze jego i mamy siostra, Tekla Chabin.

 

Kiedy dotarła do was wiadomość o tragicznym losie, jaki Związek Sowiecki zgotował ojcu i zdecydowanej większości wziętych do niewoli oficerów polskich?

Mieszkając w Mirocinie Górnym, mama wszczęła poszukiwanie swego męża Bogdana Kopacza przez Czerwony Krzyż i inne instytucje, ale na jej pisma nie uzyskaliśmy żadnych odpowiedzi. Mama zdobyła adres do Londynu, gdzie znajdowało się Towarzystwo Pomocy Polakom. Na swój list otrzymała odpowiedź, że Bogdan Kopacz jest zaginiony bez wieści. Równocześnie rozchodziły się coraz częstsze pogłoski o zbrodni katyńskiej, a wersja oficjalna była taka, że to Niemcy rozstrzelali cały obóz jeńców w Kozielsku. Tymczasem ten jeden z najokrutniejszych aktów ludobójstwa został dokonany na rozkaz Stalina w 1940 roku. Amerykańska Komisja Kongresowa opublikowała 22 grudnia 1952 Final Report (raport końcowy), w którym czytamy: Komitet jednomyślnie uznaje za dowiedzione poza wszelką rozsądną możliwość, że radzieckie NKWD (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych) popełniło masowy mord na polskich oficerach i przywódcach intelektualnych w lesie katyńskim koło Smoleńska w Rosji.

 

W odnalezieniu się w nowym środowisku z pewnością pomogła mamie najbliższa rodzina, a zwłaszcza siostry mamy Tekla i Zofia.

Obydwoje z mamą byliśmy bardzo wycieńczeni i ciocia Tekla robiła wszystko co w jej mocy,, żeby nas trochę odżywić, a wuj ksiądz Stanisław Chabin opiekował się mną jak rodzony ojciec. Mama nie pracowała, ale zaczęła szyć i za szycie otrzymywała niewielkie zapłaty, bo wówczas ludzie byli biedni i nie mieli pieniędzy. Szkołę podstawową skończyłem w Mirocinie Górnym, a następnie przenieśliśmy się do Namysłowa i zamieszkali u siostry mamy, Zofii Chabin, która była nauczycielką. W Namysłowie kontynuowałem naukę w Liceum Ogólnokształcącym. Poza nauką, zajmowałem się sportem i trenowałem gimnastykę sportową, akrobatykę, siatkówkę i koszykówkę. W gimnastyce sportowej, której poświęcałem najwięcej uwagi, znalazłem się w reprezentacji województwa opolskiego, która zakwalifikowała się do spartakiady centralnej. Poza tym zajmowałem się fotografiką i utrwalałem na zdjęciach ważniejsze wydarzenia swojego życia. Z przedmiotów szkolnych najbardziej interesowała mnie filologia polska i chemia jądrowa oraz jej praktyczne zastosowanie w nauce, technice i gospodarce narodowej. Dlatego po skończeniu szkoły średniej poszedłem na studia na Uniwersytet Wrocławski na Wydział Matematyki, Fizyki i Chemii. Gdy byłem na II roku studiów, kierownik Zakładu Chemii Nieorganicznej na Uniwersytecie i Politechnice Wrocławskiej, pani prof. dr hab. Bogusława Jeżowska-Trzebiatowska, widząc potrzebę rozwijania badań w dziedzinie chemii jądrowej, zaproponowała mi wyjazd do Moskwy w celu kontynuowania studiów na jednym z największych uniwersytetów świata, na Uniwersytecie Moskiewskim, na którym na Wydziale Chemicznym była specjalność „chemia jądrowa”. Dodatkowym czynnikiem był fakt, że na Uniwersytecie Moskiewskim studenci mogli rozpoczynać badania naukowe na różnych specjalnościach, w tym na chemii jądrowej. Wyraziłem zgodę na wyjazd do Moskwy. Dyplom ukończenia studiów uzyskałem w Katedrze Radiochemii tamtejszego uniwersytetu i po ukończeniu studiów w dniu 29 grudnia 1962 wróciłem do kraju i rozpocząłem pracę w Instytucie Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego pod kierownictwem pani prof. Jeżowskiej-Trzeblatowskiej. Na Uniwersytecie Wrocławskim uzyskałem stopień doktora oraz doktora habilitowanego, a stopień naukowy profesora oraz stanowisko profesora uzyskałem na Politechnice Rzeszowskiej. W latach 1975–2008 pracowałem na Politechnice Rzeszowskiej, po czym przeszedłem na emeryturę.

Moja matka mieszkała z moją rodziną najpierw we Wrocławiu, a następnie w Rzeszowie. Prowadziła nasze gospodarstwo domowe, opiekowała się i wychowywała nasze córki – Agatę, Małgorzatę i Magdalenę. Była wspaniałą i wprost nieocenioną babcią, zmarła w 1998 roku.

 

 

Stanisław i Maria ­Kopaczowie

 

Wojna sprawiła, że jeszcze jako niemowlę stracił pan ojca. Ciężar wychowania syna wzięła na swoje barki mama. Nie ulega wątpliwości, że przyszło panu dorastać w trudnych, powojennych warunkach, jednak światła i troskliwa opieka mamy i ciotek Zofii i Tekli Chabin, zdolność i determinacja pana sprawiły, że z powodzeniem ukończył pan studia i osiągnął najwyższy status, tytuł i stanowisko profesora szkoły wyższej. Można więc powiedzieć, że jest pan człowiekiem sukcesu. Jako jeden z organizatorów Wydziału Chemicznego na Politechnice Rzeszowskiej zapisał się pan na trwałe w historii tej uczelni. Założył pan rodzinę i wraz z żoną Marią, która również jest emerytowanym profesorem chemii, wychowaliście i wykształcili trzy córki i jest wam dana radość i satysfakcja z posiadania gromadki wnucząt.

Mimo iż żona Maria nie pochodzi z Kresów – urodziła się w Beskidzie Niskim koło Grybowa – w domu profesorstwa Kopaczów w Rzeszowie kultywowana jest pamięć o magicznym Podolu i miejscu kaźni ojca, Katyniu. Jako członek Rodziny Katyńskiej odwiedził pan wraz z żoną cmentarz polskich oficerów w Katyniu, a w bibliotece nie brak albumów i książek o Katyniu i Kresach. Niedawno profesor Kopacz opublikował w „Niedzieli” dwa obszerne artykuły zatytułowane Moja mama i ja – wspomnienia z pobytu na Sybirze. Obecnie pracuje nad książką o swoim niełatwym, ale ciekawym życiu.

Życzę wszystkiego najlepszego sympatycznemu i gościnnemu małżeństwu, które odwiedziłem niedawno w ich mieszkaniu w Rzeszowie.