Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Janusz M. Paluch, ROZMOWA Z PROF. WŁADYSŁAWEM ZALEWSKIM

[4/2015]

Z profesorem Władysławem Zalewskim rozmawia Janusz M. Paluch

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prof. Władysław Zalewski, w tle obraz Kaczora Batowskiego

 

 

 

Panie Profesorze, kiedy umawialiśmy się na rozmowę, wspominał Pan o swoich kontaktach lwowskich na płaszczyźnie zawodowej...

Rzeczywiście od lat mam zawodowe, choć nieformalne kontakty ze środowiskiem historyków i konserwatorów lwowskich. Najdłużej współpracuję z Andriejem Salukiem z Towarzystwa Miłośników Starego Lwowa. Od wielu lat omawiamy najważniejsze sprawy konserwatorskie we Lwowie. Oczywiście wszystko na gruncie prywatnym, bo Andriej Saluk nie pełni żadnych funkcji urzędowych w tamtejszej rzeczywistości konserwatorskiej. Ale jest bardzo wyczulony i inteligentny i doskonale wyznaje się na wszystkich sprawach w zakresie konserwacji zabytków. Znam również panią Lilię Onyszczenko, konserwatora zabytków miasta Lwowa, która przyjeżdża zwykle na spotkania na tę stronę, także do Krakowa. To z nią przez lata omawiałem sprawę cukierni przy ul. Akademickiej 10 (obecnie prospekt Szewczenki), gdzie znajdowała się cukiernia mojego ojca – Władysława Zalewskiego. Przez wiele lat działała tam ukraińska firma cukiernicza „Switocz”, której główna siedziba mieściła się w Kijowie. Starałem się też przez konsulat polski utrzymywać kontakt z tymi, którzy zarządzali tą cukiernią. I zawsze były to bardzo miłe i uprzejme relacje. Nawet panie, które pracowały w tej cukierni, wiedziały kim jestem i dlaczego ciągle przychodzę do tej właśnie cukierni, dlaczego tak bardzo interesuję się tym miejscem. Przez lata, zarówno za czasów ZSRR, jak i Ukrainy, nie zrobiono żadnych zmian w cukierni, które zasadniczo zmieniłyby jej wystrój w stylu art deco. Nadal zachowana jest w dobrym stanie piękna opuszczana zewnętrzna krata wystawy oraz elementy wnętrza. Niestety firma Switocz trzy lata temu sprzedała sklep, co było według mnie wielkim błędem. Sklep stał co najmniej przez dwa lata nieużywany, ponieważ pani konserwator, dzięki moim namowom, chcącym go wynająć podmiotom stawiała zasadniczy warunek: nie można zabytkowego wnętrza przerabiać, musi być utrzymany styl art deco. Uzasadnienie nie było trudne, bo przecież te słynne kraty wystawiennicze przez lata stały się symbolem w ukraińskich wydawnictwach traktujących o lwowskim art deco. W końcu znalazła się jakaś firma, która zgodziła się uwzględnić stawiane przez konserwatora zabytków warunki. Udało się do dzisiaj zachować te symboliczne kraty wystaw, stiukowe dekoracje wnętrz oraz – najważniejsze – bardzo ozdobny sufit z kryształowymi szybkami. Ale tylko to... Nie udało się utrzymać lad sklepowych. Te dawne były mosiężne, z kryształowymi szybami. W ich miejsce postawiono nowe lady, restauracyjne. Zapewniano mnie, że zabytkowe lady zostały zdemontowane i bezpiecznie zmagazynowane. Ale ja ich nie widziałem, więc nie mam pewności, czy rzeczywiście nie przepadły.

 

Cukiernia Zalewskiego wieczorem

 

Cukiernia Zalewskiego owiana jest legendą. Wspominają o niej pamiętnikarze, o wspaniałych wystawach i smaku słodyczy z tej cukierni. A przecież to nie była jedyna cukiernia we Lwowie w tamtych czasach...

Nie była jedyna, ale po latach okazało się, że niepowtarzalna! Pewnie tej legendzie pomogła filia cukierni, jaką ojciec założył w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu, ale nade wszystko pamięć lwowiaków wypędzonych z rodzinnego miasta i tęskniących do niego poprzez zapamiętane obrazy, smaki i zapachy. A cukiernia ojca miała swój styl, zmieniające się wystawy przyciągały dzieciarnię z rodzicami, a produkowane przez ojca czekolady, marcepany, torty... Takich słodyczy pan nigdzie na świecie nie spotka. Wiem, co mówię, bo po szkole często przesiadywałem w cukierni i fabryce czekolady, gdzie podjadałem słodycze – oczywiście wbrew zakazom ojca... Styl art deco panował wówczas we wszystkich lwowskich kamienicach, wystroju wnętrz, widoczny w wyposażeniach – zwłaszcza sklepowych. Ojciec także dbał o to w sposób szczególny. Sam miał zacięcie artystyczne. Jego ojciec, założyciel firmy, Ludwik Zalewski, zapisał go na kurs malarstwa do pracowni słynnego we Lwowie artysty malarza Stanisława Kaczor-Batowskiego. We Lwowie nie było wówczas uczelni kształcącej artystów plastyków czy konserwatorów sztuki, a Stanisław Batowski prowadził w swojej willi przy ul. Królowej Zofii kursy malarstwa i rysunku. Z tamtych czasów posiadam dwa obrazy namalowane przez ojca – jeden przedstawia gotycki zaułek, którego nie udało mi się zidentyfikować, drugi pokazuje dworzec kolejowy. Oczywiście obrazów namalowanych przez ojca było wiele więcej, ale ja uważam te dwa za najlepsze. Te obrazy przyjechały z nami ze Lwowa w 1947 r. Moja matka, Katarzyna de domo Nowakowska, niesłychanie dbała o pamiątki rodzinne i potrafiła – mimo niezwykle trudnych warunków – wywieźć je ze Lwowa do Krakowa w czasie naszej ekspatriacji. Moja babcia ze strony mamy pochodziła z Krakowa… Mój ojciec, będąc wrażliwym na sprawy sztuki, zakładając swoją cukiernię przy ul. Akademickiej 10 w początkach lat 30. XX w., nawiązał współpracę z Krystyną Petry-Przybylską, lwowską malarką i graficzką. Znana była z projektów wnętrz i plakatów przygotowywanych na potrzeby słynnych lwowskich Targów Wschodnich. Natomiast architektem, który wykonywał prace budowlane w cukierni, był niejaki Piotrowski.

 

Także słynna Kawiarnia Ludwika Zalewskiego powstała znacznie wcześniej, też przy ul. Akademickiej...

Kawiarnia była przy ul. Akademickiej 22, założona przed I wojną światową przez mego dziadka Ludwika. Od niej zaczęła się budowa przez ojca fabryki czekolady, która miała siedzibę przy ul. Zimorowicza – boczna od ul. Akademickiej. Fabryka zajmowała całą oficynę. Tam ustawione były sprowadzone ze Szwajcarii urządzenia do wyrobu czekolady oraz pracownie do konstrukcji tortów. Przy produkcji zatrudnionych było około 60 cukierników różnej klasy. Jedni robili torty, drudzy produkowali rozmaite gatunki czekolad. Produkty trafiały na Akademicką 10, gdzie w podwórzu znajdowała się pakowalnia. Przy pakowaniu, zawijaniu stanioli, wkładaniu do pudełek zatrudniona była kilkunastoosobowa obsługa. Strona plastyczna opakowań opracowana była właśnie przez panią Krystynę Petry-Przybylską. Przy Akademickiej 10 było też biuro, w którym nie było, jak za czasów socjalistycznych, wielkiej kadry urzędniczej. Pracowali tam miła pani sekretarka i pan buchalter. Buchalter prowadził całą księgowość, a sekretarka załatwiała wszystkie urzędowe sprawy firmy – korespondencję, sprawy kadrowe etc. Kiedy ojciec był w dobrym humorze i miał czas, przywoził mnie ze szkoły do cukierni i mogłem sobie chodzić i oglądać pakowalnię, być częstowanym czekoladkami, przyglądać się pracy pana buchaltera, który siedział na pięterku i miał oko na wszystko, co się dzieje w pakowalni, być podejmowanym herbatą i słodyczami przez panią sekretarkę. Wskutek tego dobrze pamiętam urządzenie sklepu i zaplecza. Mój ojciec Władysław poświęcał swojej pracy bardzo wiele czasu; wytwórnia cukiernicza, kawiarnia, sklepy we Lwowie i Warszawie nie pozostawiały mu wiele czasu dla rodziny. Dlatego tak bardzo ceniliśmy my – dzieci możliwość spędzenia krótkich wakacji czy wyjazdów autem na niedzielne wycieczki.

  Ludwik Zalewski z synem ­Władysławem

 

Panie Profesorze, skoro Pański tato pobierał lekcje malarstwa u dość znamienitego artysty malarza, to musiał być zamysł dalszego kształcenia w tym kierunku. Co się stało, że jednak został cukiernikiem?

Musimy zatem przenieść się do czasów młodości Ludwika Zalewskiego – mojego dziadka, przełomu XIX i XX w., do Krakowa. Dziadek przesiąkł artystyczną atmosferą Krakowa, pracował bowiem w cukierni u Michalika przy ul. Floriańskiej, gdzie królował wtedy kabaret „Zielony Balonik”. Jestem w posiadaniu świadectwa pięknie wypisanego przez Jana Michalika, polecającego zdolnego cukiernika Ludwika Zalewskiego: Świadectwo, mocą którego stwierdzam, że pan Ludwik Zalewski pozostawał u mnie jako współpracownik, to jest od 15 sierpnia 1895 do 24 grudnia 1900, przez cały przeciąg tego czasu sumiennym spełnianiem obowiązków i pracowitością zasłużył sobie na moje uznanie. Kraków 24 grudnia 1900. Podpisy: Jan Michalik właściciel Cukierni Lwowskiej. A dokument potwierdzony jest przez wiceprezydenta miasta Krakowa. To świadectwo dziadek przedłożył władzom Lwowa, kiedy starał się o założenie kawiarni we Lwowie. Wiemy, czym była cukiernia Michalika dla świata artystycznego w Krakowie, więc dziadek, przesiąknięty tym, chciał go przenieść do Lwowa. Dziadek myślał, że w kawiarni przy ul. Akademickiej 22 stworzy miejsce spotkań ludzi z artystycznego świata Lwowa. W jego otoczeniu znajdowali się artyści, wspominany Kaczor-Batowski oraz Sichulski. Wśród rodzinnych pamiątek mam dwa rysunki Kaczor-Batowskiego, projekty bonów, które projektował po I wojnie światowej, jakie wydawały firmy wskutek dewaluacji pieniędzy. Te bony były w tamtych czasach stabilniejszą walutą niż ówczesna marka polska. Pierwszy projekt o nominale jednej korony przedstawia kwadrygę, a drugi, który nigdy nie został wprowadzony do obiegu, przedstawia Obrońców Lwowa z 1918 r. Jest też rysunek na papierze pakunkowym, przedstawiający dziadka, narysowany przez Sichulskiego oraz jego obraz Zuzanna w kąpieli. W praktyce stało się inaczej... Nie udało się przyciągnąć do kawiarni świata artystycznego. Kawiarnia dziadka – mam też reklamy nowo otwieranej cukierni Ludwika Zalewskiego – stała się miejscem spotkań profesorów Uniwersytetu Jana Kazimierza. Ja znałem tylko jedną osobę ze środowiska uniwersytetu lwowskiego. Była to pani prof. Karolina Lanckorońska, której byłem stypendystą, już w latach końca XX w., w Rzymie. A ojciec został powołany do armii austriackiej, przeszedł m.in. przez włoski front, potem było wojsko polskie i wojna polsko-bolszewicka, m.in. zdobywał Kijów pod wodzą Śmigłego-Rydza. Kiedy wyszedł z wojska po 1920 r. zajął się pracą w kawiarni ojca i został cukiernikiem i przedsiębiorcą.

 

Panie Profesorze – muszę w tym miejscu zapytać o Pańską drogę zawodową... Czy gdyby nie ta tragiczna II wojna światowa, poszedłby Pan w ślady swego dziadka i ojca i zostałby Pan cukiernikiem? Przecież Zalewski to była firma znana nie tylko we Lwowie, ale i w Warszawie, a legenda tworzyła prawdziwą cukierniczą markę!

Jadwiga, Halina, Władysław z matką Ewą Zalewską, żoną Ludwika

 

Oczywiście ojciec zaplanował moją karierę zawodową... Mój starszy brat, który nosił, jak dziadek, imię Ludwik, od dziecka interesował się chemią. Już w gimnazjum uznawano go za przyszłego chemika. A z chwilą, gdy produkując w domu proch strzelniczy wysadził zwieńczenie kredensu w kuchni, ojciec poruszony tym wypadkiem powiedział do mnie tak: Ty poprowadzisz cukiernię, bo Ludwik to będzie chemikiem! (śmiech) Więc miałem taką perspektywę przed sobą, która się skończyła w 1939 r. Miałem zainteresowania plastyczne, lubiłem rysować. Często były to karykatury. M.in. przyjazd do Krakowa w 1947 r. nastąpił wskutek tego, że w szkole radzieckiej znaleziono rysunki, wprawdzie nie moje, ale mnie posądzono o ich autorstwo, bo wszyscy wiedzieli, że ja namiętnie rysuję. Tymczasem narysował je kolega, który napisał także wywrotowy wierszyk: Buł ja na seli, tam ja pasał byki, a teper u Lwowi komysar weliki. Była satyra na sowietów. Nauczycielka, Ukrainka, dała znać do NKWD. Zaczęli wzywać nas, uczniów i rodziców na przesłuchania. Moja mama została także wezwana do dyrektora szkoły, gdzie powiedziano jej, że to ja jestem autorem wywrotowych materiałów. Matka tak się tego przeraziła, że z miejsca zarejestrowała się na wyjazd do Polski, mimo że ojciec jeszcze żył na Syberii. Matka chciała być we Lwowie, bo łudziła się nadzieją, że wróci... Ojciec nie wrócił, zmarł na Syberii. Jego śladów szukał mój syn Paweł… A ten incydent przyspieszył nasz wyjazd!

 

 

Pozwolili wam wyjechać w trakcie prowadzonego śledztwa?

Pozwolili. W tym przypadku chyba nie było żadnego powiązania, bo przecież dążyli do tego, żeby Polacy jak najszybciej wyjechali ze Lwowa. Kto się zarejestrował, mógł wyjechać.

 

Znaleźli twórcę wywrotowego wiersza i rysunku?

Był nim nasz kolega, nazywał się Homola. Jego ojciec był lekarzem. Synowi załatwił świadectwo niepoczytalności. Wiedział, że jest wielu podejrzanych, między innymi ja. Stawił się na NKWD, ujawniając syna starał się ratować innych. Bardzo odważnie postąpił. I nikomu nic się nie stało.

 

Wspomniał Pan Profesor spotkania z prof. Karoliną Lanckorońską. Czy mógłby Pan o nich opowiedzieć?

To była niezwykła kobieta! Zajmowała się wszystkimi historykami i historykami sztuki z Polski, którym fundowała stypendia. Sama była z wykształcenia historykiem i historykiem sztuki. I jako docent prowadziła te przedmioty na UJK we Lwowie. Pamiętała czasy, kiedy w towarzystwie profesorów uniwersytetu bywała w kawiarni przy Akademickiej. Podczas ostatniego z nią spotkania dużo mówiła o lwowskich czasach. Będąc na stypendium mieszkałem w pokojach gościnnych Institutum Historicum Polonicum Romae. Pani Profesor często zapraszała mnie na kolacje, podczas których omawialiśmy różne sprawy polskie. Były to czasy PRL-u, więc rozmowy dotyczyły nie tylko historii. Jej zaufana służąca, która była ważną osobą w Instytucie Historii, przygotowywała zawsze kolacje, które pani profesor podgrzewała, częstowała nas piwem albo dobrym winem... Najczęściej wspominała prof. Lecha Kalinowskiego, swego ucznia, który po wojnie został profesorem na UJ. Głównie rozmawialiśmy o sztuce włoskiej. Ona była wielbicielką Michała Anioła. Z niezwykłą precyzją ustawiała mnie, kiedy, gdzie i co mam zobaczyć – z lornetką, a co bez lornetki. Dotyczyło to także Kaplicy Sykstyńskiej, w której podjęto wówczas wielką konserwację. Dzięki niej poznałem włoskich konserwatorów, którzy dopuszczali mnie na rusztowania. Oczywiście robili to za pozwoleniem kardynałów, którzy zajmowali się sztuką na Watykanie, a ci kardynałowie byli zaprzyjaźnieni z panią profesor. Stąd te możliwości oglądania przeze mnie i mojego kolegę prof. Andrzeja Tomaszewskiego z bliska wielkiego dzieła Michała Anioła. Prof. Tomaszewski, późniejszy główny konserwator w zabytków Warszawie i profesor Politechniki Warszawskiej, dyrektor instytutu ICROM w Rzymie, z którym poznałem się w Wiślicy w czasie prac konserwatorskich, również był stypendystą prof. Karoliny Lanckorońskiej. Co ciekawe – jechaliśmy na stypendia Karoliny Lanckorońskiej, ale to nie ona przysyłała zaproszenia. Zaproszenia wysyłała pani Umiastowska, która była tolerowana przez władze PRL-owskie. I choć finansowo wszystko załatwiała pani prof. Lanckorońska, to oficjalnie byłem stypendystą pani Umiastowskiej. Warto przypominać i podkreślać, że wielu profesorów UJ, Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu czy Uniwersytetu Warszawskiego – historyków i historyków sztuki, tylko dzięki prof. Lanckorońskiej miała możliwość wyjazdów poza granice Polski. Ja byłem jednym z tych, których nigdy nie wypuszczano za granicę, mimo że pracowałem na uczelni i powinienem wyjeżdżać. Nigdy nie dostałem stypendium ministerialnego, mimo że mi obiecywali i starałem się o to przez dziesiątki lat! W końcu, po latach, powiedzieli mi w ministerstwie z dużą ulgą: Pan przekroczył limit wieku, by na stypendia jeździć. Najbliższym współpracownikiem pani prof. Karoliny Lanckorońskiej w Polsce był najsłynniejszy profesor UJ, historyk sztuki prof. Lech Kalinowski. To on organizował w Polsce wszystkie stypendia. A ja się uważam za jego ucznia, mino że nie kończyłem studiów uniwersyteckich, a na ASP, ale prof. Kalinowski opiekował się naszym wydziałem konserwacji pod względem naukowym. Ściśle współpracował z prof. Jóżefem Edwardem Dutkiewiczem, który przyczynił się do powołania Wydziału Konserwacji na krakowskiej ASP po II wojnie światowej. Był kontynuatorem dzieła rozpoczętego przed II wojną przez prof. Wiesława Zarzyckiego, wieloletniego dyrektora Państwowej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego przy ul. Mickiewicza 5 w Krakowie, a w 1947 r. założycielem Studium Konserwacji Zabytków przy Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych, oraz Juliusza Makarewicza, który był najsławniejszym XIX-wiecznym polskim konserwatorem. Dzięki temu powstała tzw. polska szkoła konserwatorska. A prof. Kalinowski, będąc we Lwowie uczniem pani prof. Karoliny Lanckorońskiej, był naukowcem o światowym poziomie jako historyk sztuki średniowiecza zarówno w Polsce, jak i w Stanach Zjednoczonych.

 

Pan Profesor opuścił Lwów w wieku prawie szesnastu lat w 1947 r., do Lwowa powrócił pan po kolejnych 16 latach jako przedstawiciel delegacji krakowskiej ASP. Jak Pan zapamiętał ten pobyt?

Pojechaliśmy wtedy do Lwowa z prof. Dutkiewiczem i historykami sztuki, którzy zorganizowali wtedy jedną z pierwszych wycieczek do Lwowa. Moje spojrzenie na Lwów jest może nietypowe. Lwów utkwił mi w pamięci już z okresu powojennego, jak został „wyzwolony” przez Armię Czerwoną. To był chyba największy upadek miasta na przestrzeni wieków. Nastąpiło to w okresie, które pamiętam jako chłopiec. Wszystkie sklepy były pozamykane, spuszczone rolety wystaw, wszędzie wystające kominy piecyków, tzw. kóz, w których palono meblami, wokół przerażająca nędza, rozbite bruki, walające się śmieci. Pamiętając ten widok z lat 1944–1947, z chwilą gdy przyjechałem w 1963 r. do Lwowa, dziwiłem się, że są trawniki, naprawione chodniki, wydawało się że to miasto doprowadzono do porządku. Więc dla mnie miasto, które oglądałem w 1963 r., wydawało się miastem sielankowym, w porównaniu z tym co zapadło mi w pamięci. Nasze miasto okupowane przez sowietów w latach 1939–1940 r. było jeszcze atrakcyjnym miejscem, z przedwojennymi domami, ulicami, a nawet do pewnego stopnia sklepami, w których pozostały jeszcze sprzed września 1939 r. resztki towarów. Sowieci, którzy przyjeżdżali do Lwowa jako urzędnicy, pełniący jakieś funkcje okupacyjne, czuli się szczególnie wyróżnieni tym, że zostali wysłani do takiego raju, w porównaniu z poziomem kulturowym, jaki prezentował wtedy Związek Radziecki, wszystko jedno czy republiki ukraińskiej, białoruskiej czy Rosji. Tam od pierwszej wojny światowej panowała skrajna nędza. Mieszkaliśmy wtedy w dużym mieszkaniu na ulicy Stryjskiej, naprzeciwko Parku Stryjskiego. Wszystkie kamienice natychmiast zostały ujęte w tzw. uprawliajuszczij dom, czyli biuro zajmujące się kontaktami z NKWD, a przy okazji zarządzaniem tymi budynkami. Zarządzanie polegało przede wszystkim na tym, by znaleźć mieszkania dla czy to oficerów sowieckich, czy urzędników przybywających z Rosji. U nas mieszkali dwaj lejtnanci. W Armii Czerwonej zawsze było dwóch oficerów – dowodzący i oficer politruk. Ten politruk często nie miał decydującego głosu, ale pilnował oficera dowodzącego. I właśnie w małżeńskich łóżkach moich rodziców, które zostały odebrane nam z pokojami frontowymi, spali dwaj oficerowie – lejtnant i lejtnant politruk. Nie wiem, jak długo by mieszkali z nami, ale oni nadużywali, widocznie we wspólnym porozumieniu, alkoholu. Pewnego dnia urządzili, jak to określono – maleńką pieriestriełkę. Po prostu nagle zaczęli strzelać! Byli na tyle nietrzeźwi, że strzelali do mebli, luster, sufitu. My schowaliśmy się w kuchni. Byliśmy przerażeni, czy oni nie zechcą również nas potraktować jako cel. Po jakimś czasie zastukano do drzwi kuchni. Otworzyliśmy, w drzwiach pojawił się jeden z lejtnantów, szeroko uśmiechnięty, z prośbą, żeby mu pożyczyć zmiotkę i śmieciarkę, ponieważ, jak oświadczył, urządzili małą pierestrełkę i się naśmieciło. Tak humorystycznie i łagodnie dla nas zakończyła się ta pierestriełka... Ale uprawliajuszczyj domu, kiedy mu doniesiono o tym, co się działo, przyszedł sprawdzić, czy rzeczywiście doszło do strzelaniny. Po jakimś czasie obaj oficerowie nagle znikli z naszego mieszkania i wprowadzili się cywilni wysocy urzędnicy z Moskwy. Zajmowali się przejmowaniem zakładów Baczewskiego, czyli byli to ministrowie – czy jak ich tam nazywać – od goriłki. Najpierw przyjechał z Moskwy Cygankow i starał się być bardzo kulturalny i elegancki. Przychodził do nas na kolacje i uprzejmie rozmawiał, a pytania jego były mniej więcej takie, jak w klozecie spuszczać wodę itp. Widać było, że nawet w Moskwie mimo wysokiej rangi, jaką zajmował, nie miał w mieszkaniu takich urządzeń. Różnie zatem bywało... Dla niego największą atrakcją było radio. Mieliśmy radioodbiornik kupiony przed wojną – duży telefunken z magicznym okiem i podświetlaną szybą z zaznaczonymi stacjami radiowymi na całym świecie. Zarówno on, jak i jego koledzy, niżsi rangą urzędnicy, ale ważni, bo z Moskwy, prosili pozwolenie na posiedzenie przy radiu i prosili ojca o nastawienie a to Paryża, Rzymu itp. Dla nich była to ogromna atrakcja. Kiedy ci wyjechali, zamieszkali u nas dyrektorzy spirotrestu we Lwowie. Niektórzy z nich byli dla nas niezwykle życzliwi i komenderowali moimi rodzicami. Mówili: Macie iść na wybory! Spróbujcie nie pójść, ja was poprowadzę pod lokal wyborczy! Były to wybory, które miały zdecydować o przyłączeniu Lwowa do Ukrainy. Oni znając system sowiecki starali się nas chronić przed popełnieniem błędu, np. niepójścia na wybory, bo wiedzieli, co nas za to może spotkać. Na nasz temat udzielali informacji do uprawdomu itd. Ostrzegali nas przed wieloma niebezpieczeństwami. W 1940 r., kiedy przyjechała do Lwowa do jednego z nich w odwiedziny kuzynka, w wieczornej rozmowie przy zgaszonym świetle, powiedziała: Myśmy zjadali własne dzieci. Potraktowaliśmy ją jako trochę nienormalną, wtedy nie wiedzieliśmy, że ona opowiada o swoim normalnym życiu w tamtych czasach na Ukrainie. Tamte czasy wspominam jako bardzo nerwowe, ponieważ bez przerwy szły wywózki Polaków na wschód. Zajeżdżała ciężarówka i całą rodzinę wywozili do pociągu, który wiózł ich potem tygodniami w nieznane na Syberię. Nasza rodzina tego uniknęła, jak wielu innych ludzi, dzięki wojnie Hitlera przeciw Rosji. Proszę sobie wyobrazić, z jaką ulgą sąsiadka mówiła o wojnie. Zobaczyłem niemieckie samoloty pikujące na radzieckie jednostki, które były postawione natychmiast w stan najwyższej gotowości bojowej. Widok wycofujących się Sowietów był przerażający. Na ul. Stryjskiej, która była dosyć stroma, utknęły czołgi sowieckie. I ten moment zaskoczenia – wkroczenie niemieckich żołnierzy. Była to dywizja tyrolska. Mieli czapki z szarotką. Byli witani kwiatami na ulicach! Taki był terror sowiecki! Zarówno Ukraińcy, jak i Polacy witali tych żołnierzy jako tych, którzy nie pozwolą wywieźć ich na Sybir! Widać było, że Niemcy byli zaskoczeni, ponieważ wszędzie wkraczali jako znienawidzeni zdobywcy. A tutaj nagle tak ich witają! W porównaniu z sowieckimi żołnierzami, którzy byli obdarci, wyglądali niezwykle elegancko. Czyste mundury i na karabinach zatknięte kwiaty! Euforia szybko minęła. Kilka miesięcy później na Wzgórzach Wuleckich Niemcy rozstrzelali profesorów uczelni lwowskich…

 

Artystka malarka Wanda Macedońska, żona prof. W. Zalewskiego

 

W Krakowie podjął Pan naukę w szkole średniej...

Tak, było to Liceum Ogólnokształcące im. Nowodworskiego. A potem studia na Akademii Sztuk Pięknych. Ale to nie było też takie proste. To, że się znalazłem na studiach, zawdzięczam lwowskiemu malarzowi Antoniemu Bartkowskiemu. Mam piękny portret na tle mojego Lwowa namalowany przez niego w czasie wojny. Po wojnie Antoni Bartkowski znalazł się też w Krakowie. Kiedy nastał realizm socjalistyczny, on wyróżniał się tym, że malował przodowników nauki. W Krakowie był uważany za pozytywnego socjalistycznego artystę. Kiedy zdałem maturę, mama chciała mnie posłać na architekturę, ale ja zapisałem się na ASP. Oczywiście była ogromna liczba kandydatów i ja odpadłem... Jak się o tym dowiedział Bartkowski, wziął mnie i zaprowadził na ASP na Plac Matejki, wszedł do rektora, którym był prof. Zygmunt Radnicki, który przed wojną był nauczycielem rysunku we Lwowie i uczył mojego brata, i powiedział: To jest niezwykle zdolny mój uczeń Zalewski. Trzeba go przyjąć! I Radnicki mnie przyjął! (śmiech) Tak się zaczęła moja kariera na ASP. W Krakowie poznałem swą żonę, Wandę Macedońską, również pochodzącą ze Lwowa, siostrę Adama Macedońskiego. Po uzyskaniu dyplomu na Wydziale Konserwacji wybrała ona inną drogę twórczą. Stała się artystką malarką, której prace były prezentowane na licznych wystawach krajowych i zagranicznych, zyskując duże uznanie. W Krakowie znalazły się też po wojnie siostry mojego ojca. Młodsza z nich – Halina Zalewska przed II wojną światową mieszkała w Warszawie, gdzie była znanym fotografikiem. Portretowała wszystkich znanych aktorów. Jeśli sięgnie pan po prasę przedwojenną – „Film” czy „Kino” – to niemal wszystkie okładki były jej autorstwa. Ona była dziewczyną Mieczysława Cybulskiego – znanego przedwojennego aktora amanta... Mam piękne fotografie ciotki Haliny i Cybulskiego we wspaniałym kabriolecie mercedesa... Moja babka i cała rodzina były tym oburzone! W Warszawie mieszkała aż do powstania warszawskiego. Niemcy zabrali ją do obozu w Pruszkowie, skąd wywieziona została do obozu w Ravensbruck. Tam spotkała prof. Karolinę Lanckorońską i dzięki niej została skierowana do pracy w fabryce. To uratowało jej życie. Po powrocie do Krakowa udzielała lekcji języka angielskiego i pracowała jako aktorka w Teatrze Młodego Widza. Zmarła w 1997 r. Starsza – Jadwiga Mroczek, miała dwóch synów i męża oficera rezerwy, który zginął w 1939 r., nie wiadomo gdzie. Mieszkała we Lwowie, a potem do końca życia w Krakowie. Jeden z synów – Jerzy, zginął w czasie bombardowania dworca kolejowego we Lwowie, a drugi – Tadeusz przyjechał z nią do Krakowa i był tu aktorem w Teatrze Młodego Widza. Pracowali razem z ciotką Haliną. Potem wyjechał z Krakowa i pracował w wielu teatrach polskich. Życie zakończył w Koszalinie.

 

Co się stało z bratem Pana Profesora – Ludwikiem, chemikiem?

Brat wcielony został do wojska jeszcze przed wywiezieniem ojca na Sybir. Ludwik był wtedy studentem Politechniki Lwowskiej. Pewnego dnia na uczelnię przyszedł sowiecki patrol wojskowy, zebrał wszystkich polskich studentów i zamknęli ich. Ale nie w celach prześladowań politycznych, czego się wszyscy obawiali, ale w celu skierowania ich do – na szczęście – wojska polskiego. Mogli skierować ich do Armii Czerwonej. Brat skierowany został do Jarosławia. Kiedy wojna się skończyła, wyglądało to tak, jakby armia się po prostu rozlazła. Cała grupa uciekła na Śląsk. Ludwik zapisał się na Politechnikę Śląską, na chemię. Po studiach budował zakłady chemiczne w Oświęcimiu, gdzie był kierownikiem działu katalizatorów. Zrealizował oczekiwania taty.

 

Serdecznie dziękuję Panu za rozmowę.