Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Janusz M. Paluch, ROZMOWA Z DR JOANNĄ SUCHARDĄ-SOBCZYK

[1/2016]

 

Słyszałem, że spisała Pani swoje wspomnienia, jednak nie kwapi się Pani z ich publikacją…

Żadna tajemnica. Wspomnienia zaczęłam pisać po przejściu na emeryturę. Wcześniej nie było na to czasu. Mam rodzinę o skomplikowanych korzeniach. Pół roku spędziłam w Ossolineum, gdzie ku memu zdziwieniu znalazłam mnóstwo informacji, głównie o rodzinie Wiśniowskich – ze strony mojej mamy. A przecież połowa zbiorów Ossolińskich została we Lwowie… Wspomnienia groźnie pęczniały. Teraz jest ponad tysiąc stron tekstu. Zebrałam do tego duży materiał ikonograficzny, to znaczy zdjęcia i dokumenty. Szczególnie zdjęcia dały mi dużo zadowolenia, bowiem wszystkie nasze fotografie i dokumenty w czasie wojny uległy zniszczeniu i zagubieniu. Zatem zdjęcia, jakie posiadam, pochodzą od rodziny i przyjaciół. Na początku powstał rozdział poświęcony ojcu, matce, rodzinie, potem moje lata dziecinne i szkolne, studia, wyjazd ze Lwowa, wojna i w końcu Kraków, Wrocław, życie dorosłe, przyjaciele, czasy wrednej komuny aż po współczesność… Ostatnie rozdziały są o wnukach… Wiele miejsca poświęciłam naszym przyjaciołom, prawdziwym przyjaciołom. Teraz takich przyjaźni nie ma… Nie wiem dlaczego? Może Lwów tak wpływał na ludzi, a może czas wojny tak zbliżył ich do siebie?

Pyta pan o publikację. Przekazałam wszystkie materiały córce, która mieszka w USA. Uważałam, że utrwalenie przeżytego czasu to mój obowiązek. Nie mam takich ambicji, by wydawać książkę… Decyzje w tej sprawie pozostawiam w jej gestii. Wcześniej udało mi się opublikować kilka artykułów wspomnieniowych poświęconych memu ojcu.

 

Prof. Edward Sucharda to ważna we Lwowie postać… Skąd się wywodzi rodzina Suchardów?

Suchardowie wywodzą się z kolonistów czesko-niemieckich. Mój prapradziadek był pastorem w kościele ewangelicko-augsburskim w Dornfeld, jego syn zarządzał majątkiem w tej miejscowości, a z kolei jego potomek – to już mój dziadek – ukończył prawo na Uniwersytecie Lwowskim i pracował jako notariusz w kilku miastach kresowych i wreszcie w samym Lwowie. Zmarł młodo, w wieku 50 lat, w 1903 r. Pochowany jest na Cmentarzu Łyczakowskim.

Mój ojciec był chemikiem, naukowcem związanym z Politechniką Lwowską i gdyby nie II wojna światowa pewnie do dzisiaj mieszkałabym we Lwowie… Wszyscy wymienieni wyżej przodkowie mieli na imię Edward. Zresztą ta tradycja z krótką przerwą utrzymuje się w naszej rodzinie do dzisiaj. Podczas poszukiwań genealogicznych dotarłam do różnych Suchardów. Jeden był artystą malarzem w Czechach, ma tam nawet swoją ulicę. Natrafiłam też na takiego dziwnego Suchardę na terenie Polski, chyba jedyny o tym nazwisku spoza naszej rodziny. Wsławił się organizowaniem wyścigów samochodowych na modłę rajdów automobilowych z lat 20. ub. wieku, imienia Edwarda Suchardy – jak podawała prasa, jego dziadka. Dziadek miał czworo dzieci. Syn Aleksander (Leszek) – inżynier kolejnictwa mieszkający w Gdańsku był żonaty i miał jednego syna Andrzeja (żonaty: syn Krzysztof). Drugi brat Tadeusz (Jarek) – prawnik, żonaty, dwoje dzieci: Danuta (po mężu Kowalczyk) – lekarz (córka Małgorzata, po mężu Misterska) i syn Edward (inżynier) żonaty – dwoje dzieci: Zuzanna (architekt) po mężu Modelska i Edward mający syna Edwarda. Kolejnym synem był mój ojciec – Edward. Młodsza od niego siostra Maria (Lilka) wyszła za mąż za inżyniera Wincentego Chmielika. Była nauczycielką w Trembowli. Wywieziona do Kazachstanu w roku 1941, powróciła do Polski po wojnie i mieszkała we Wrocławiu. Jej mąż jako oficer jeniec Starobieska, wg danych wywieziony do Kaługi i ślad po nim zaginął (dzieci nie mieli).

 

Piękna jest ta tradycja w Pani rodzinie związana z imieniem Edward…

Moi rodzice jednak ją przerwali, bo memu bratu nadali imię Jerzy… Ale jak widać, jest Edward w pokoleniu moim, pokoleniu moich dzieci i jest Edward w pokoleniu moich wnuków. Brat ojca, Jarek, był większym „tradycjonalistą”.

 

Skąd wywodzi się rodzina Pani mamy?

Moja mama, Maria, urodziła się w 1897 r., w rodzinie Wiśniowskich, o dużych tradycjach patriotycznych. Jej ojciec Tadeusz Wiśniowski, geolog i petrograf, był profesorem Politechniki Lwowskiej i fundatorem Muzeum Ziemi w Warszawie. Dziadek mamy – Karol Podlewski (jego portret namalował Jan Matejko, piękne epitafium znajduje się w kościele oo. Franciszkanów w Krakowie) – był rewolucjonistą, działaczem SLP, KPN (1830 i 1846 rok). Za działalność konspiracyjną zesłany został na Sybir do Nerczyńska, gdzie przez kilka lat ciężko pracował w kopalni, znaczną część drogi odbył pieszo ze skutymi rękoma. Tam zaprzyjaźnił się z Jerzym Brynkiem, który należał do grupy powstańców wileńskich. Do Brynka przyjechała na zesłanie żona z córką, która została moją prababką (śmiech). Oboje z zesłańcem Beau­pre prowadzili tam „słynny” Dom Polski. Kopie rachunków Domu Polskiego zachowały się w zbiorach Ossolineum. Z Polski otrzymywali pieniądze, sami też zarabiali, wspomagając najsłabszych polskich zesłańców. To jest mało znana karta w dziejach zesłańców. W 1857 r. pozwolono im na powrót. Karol Podlewski wrócił do Krakowa, Brynk do Płocka. Pradziadek Karol Podlewski w Krakowie był skarbnikiem Spółdzielni „Florian” i nadal działał w konspiracji.

Bardzo dużo jest zachowanych danych o stryju mego dziadka Tadeusza – Teofilu Wiśniowskim, rewolucjoniście, emisariuszu działającym głównie na terenie zaboru austriackiego. We Lwowie został aresztowany, osądzony i stracony w 1847 r. Dla „poniżenia” go egzekucji dokonano wspólnie ze starostą z Pilzna skazanym za przestępstwa finansowe. Austriacy zrobili z tego wydarzenia wielką uroczystość. Tłumy ludzi uczestniczyły w egzekucji. Mam jego ostatnie listy adresowane do bratanków. Na Górze Stracenia we Lwowie do dziś istnieje tablica upamiętniająca to dramatyczne wydarzenie. Tablica się zachowała przypuszczalnie dlatego, że były to ofiary Austriaków, a nie Rosjan… Tak więc „komuchom” to nie przeszkadzało. Jego żona, bezdzietna i majętna, ufundowała kościół w Majdanie Górnym. Zachowała się nawet fotografia z tej uroczystości. W Rzeszowie jedno z liceów ma izbę jego pamięci. Był jeszcze jeden stryj Tadeusza – Jan Wiśniowski, który walczył w 1848 r. na Węgrzech pod dowództwem gen. Józefa Bema. Mam jego list do stryjenki – wdowy po Teofilu, który pisał podczas pobytu w Krakowie. Zastanawia się w nim, czy pozostać na Węgrzech. W końcu wyemigrował do Ameryki. Tam prowadził aptekę. Działał w organizacjach polskich.

Jedyny brat mojej mamy – Jerzy Wiśniowski w roku 1915, kiedy Lwów był pod zaborem rosyjskim, wyjechał w głąb Rosji, prawdopodobnie z jakąś tajną misją. Przebywał w Moskwie, skąd miał informować o transportach jadących w kierunku ziem polskich. Mamy informację, że w jakimś momencie wraz z przyjacielem przedzierali się z Rosji do Lwowa. Jego przyjaciel dotarł, a on zaginął. Mamusi mojej pozostała tylko jedna siostra Janina Czarnecka, która była wybitnym architektem w Poznaniu.

 

Kiedy i jak poznali się Pani rodzice?

Tatuś w 1912 r. skończył chemię na Politechnice Lwowskiej. Po studiach w latach 1912–1919, z przerwami związanymi z odbywaniem służby wojskowej, był asystentem prof. Stefana Niementowskiego. Mamusia na Uniwersytecie Lwowskim chciała studiować chemię, a były to czasy, kiedy kobiety nie miały pełnych możliwości podejmowania studiów. Któregoś dnia ojciec mamy, prof. Wiśniowski, przyprowadził ją do swego przyjaciela prof. Niementowskiego, żeby pokazać jej prawdziwe laboratoria chemiczne. Prof. Niementowski wezwał wtedy mojego ojca i powiedział: Panie asystencie, to jest panna Maria Wiśniowska, córka mojego przyjaciela, niech pan się zajmie panienką i zaprezentuje jej nasze laboratorium chemiczne. I ojciec zajął się nią tak skutecznie (była bardzo ładna!), że została jego żoną już w 1919 roku.

 

 

Edward Sucharda z córką Anną i synem Jerzym w ich mieszkaniu

 

Pani ojciec w czasie I wojny światowej aż dwa razy powoływany był do służby wojskowej…

Krótko po otrzymaniu tytułu doktora nauk technicznych w 1914 r. wybuchła I wojna światowa. Ojciec dostał powołanie do wojska, gdzie przebywał w okresie 1914–1915. Potem wrócił na uczelnię i obronił doktorat. Drugi raz przebywał w wojsku w latach 1918–1919. Skierowali go wówczas do miejscowości Blumau pod Wiedniem, gdzie pracował w fabryce materiałów wybuchowych. Jednak w listopadzie 1918 r. był już we Lwowie i zaangażował się czynnie w obronę miasta. Prowadził warsztaty saperskie i kierował kancelarią. Już wtedy był żołnierzem powstającego Wojska Polskiego. W 1919 r., już po zawarciu małżeństwa, skierowano go do Warszawy do pracy w Ministerstwie Wojny, gdzie jako chemik zajmował się materiałami wybuchowymi. Ale to był krótki epizod, bo w 1920 r. wrócił do Lwowa, do pracy naukowej. W tym samym roku habilitował się i rozpoczął pracę jako kierownik Katedry Chemii Ogólnej na Wydziale Rolniczo-Lasowym Politechniki Lwowskiej. W tym roku urodził się też mój brat – Jerzy. Tryb życia mojego ojca był bardzo nietypowy. Wstawał koło piątej rano. Robił sobie śniadanie i koło szóstej wychodził na Politechnikę. Miał taki zwyczaj, że egzaminował tylko we czwartki. Wśród studentów chodziły słuchy, że najlepiej jest do Suchardy pójść koło szóstej rano, bo wtedy jest w najlepszym humorze. I rzeczywiście, od szóstej rano pałętali się – często jeszcze w mroku, jak była zima – studenci, którzy chcieli zdawać u ojca egzamin. Pracował do godziny 13.30. Jak nie pełnił funkcji administracyjnych na uczelni, to przebywał w laboratorium. Całe lata był prodziekanem, dziekanem, potem prorektorem i rektorem. O godzinie drugiej był w domu na obiedzie. Potem sięgał po gazetę i kładł się na kwadransową drzemkę. Z dokładnością co do minuty wstawał i wychodził znowu do laboratorium, gdzie pracował do 17.00. Wracał do domu i wtedy zaczynało się życie towarzyskie, które trwało do godzin wieczornych. Ojciec nigdy nie pracował naukowo w domu. Nie miał nawet swojego biurka ani podręcznej biblioteczki.

Bardzo nietypowe było to, że chodził do swojego „labko” (u nas w domu tak nazywaliśmy jego laboratorium) także w niedziele. Wychodził koło 10 i był tam ze 3–4 godziny. Dla mnie najważniejsze, że zabierał tam ze sobą często i mnie! Ubóstwiałam te wyprawy. Gmach chemii otwierał własnym kluczem, wchodziliśmy w atmosferę dziwnego zapachu, który pamiętam do dziś. Na korytarzach było pusto… U mojego Tuśka w zakładzie zwykle ktoś był… Czasem ci współpracownicy byli dla mnie bardzo mili… (może się „podlizywali…?). Dmuchali mi bańki ze szkła, puszczali na wodę mikrokawałeczki sodu, pozwalali mi bawić się kosteczkami lodu (lodówek elektrycznych jeszcze po domach nie było), promieniami słońca przez lupę wypalali mi dziurki w czarnej kalce maszynowej(!). A ja szalałam: na pustej, „głuchej” sali wykładowej kolorowymi kredami rysowałam na tablicach, uczyłam się (i nauczyłam) pisać na maszynie (w domu nie mieliśmy jeszcze takowej!) i odkrywałam „skarby” na „pięterku”, gdzie leżały sterty kolorowych prospektów reklamowych. Raj!

 

Pani ojciec był przedostatnim rektorem Politechniki Lwowskiej…

Dwa razy był rektorem Politechniki Lwowskiej. Pierwszy raz był wybrany w roku 1937, kiedy z funkcji zrezygnował prof. Adolf Joszt. Drugi raz był w roku akademickim 1938/1939. 1 września, w dniu wybuchu wojny, przekazywał władzę rektorską nowo wybranemu rektorowi prof. Antoniemu Wereszczyńskiemu. Lata tuż przed wojną były bardzo trudne, nieprzyjemne, było mnóstwo ekscesów studenckich na tle narodowościowym. Studenci domagali się osobnych ławek dla Żydów. Było tak niebezpiecznie, że mój Tusiek otrzymał osobistą ochronę. W pewnym momencie zalecono mu kupić pistolet. Dlatego nie chciał być dłużej rektorem.

 

Gdzie Pani rodzice mieszkali we Lwowie?

Proszę pana, to cała historia! Moja matka pasjami lubiła zmieniać mieszkania, coś ulepszać, coś przemeblowywać… Po ślubie w 1919 r. mieszkali jako sublokatorzy w wynajętym pokoju przy ul. Potockiego. I dopiero koło roku 1926 w końcu zamieszkali w swym pierwszym samodzielnym mieszkaniu przy ul. Długosza 14, w pobliżu Uniwersytetu Lwowskiego i Cytadeli. To było mieszkanie trzypokojowe na parterze. Mieszkałam tam do szóstego roku życia… Po jakimś czasie przeprowadziliśmy się do mieszkania przy ul. Badenich 4, następnie na ul. Stryjską 18, i kolejne mieszkanie na ul. Obertyńskiej 39.

Moi rodzice do samej wojny uprawiali sport. Grali bardzo dobrze w tenisa. I dwa z mieszkań we Lwowie były wynajęte dlatego, że nieopodal były korty tenisowe. Zimą jeździli na narty w okolice Jaremcza z grupą przyjaciół.

W czasie wojny Niemcy nas dwa razy z mieszkania wyrzucali. Nasi przyjaciele okazali się wtedy nieprawdopodobni, udzielając nam pomocy na każdym kroku. Mamusia była już strasznie zmęczona, bardzo narzekała, a oni pocieszali ją: Marysiu, tyś się tak lubiła przeprowadzać, nie narzekaj… Kiedy nas pierwszy raz wyrzucili, dostaliśmy na przeprowadzkę 24 godziny, a drugim razem całe trzy dni. Nasze mieszkanie było duże i „zamanelone”. Proszę sobie wyobrazić, że przychodzi trzydzieści par osób z walizkami, wózkami dziecinnymi i takimi małymi drabiniastymi i przenoszą wszystkie drobne rzeczy z mieszkania do mieszkania. Potem przyjechała lora ciągniona przez konie, która przewiozła meble. Kolejne adresy to: ulica Zofii 4 i Dwernickiego 22.

Nasz dom zawsze był cudownie gwarny i ciepły. Zawdzięczałam to moim wspaniałym rodzicom. Oni lubili ludzi i życie. Mieli mnóstwo znajomych i przyjaciół, którzy wypełniali nasz dom niemal każdego dnia. Przyjęcia, brydże, wizyty w kawiarniach. Bywali też w słynnej „Szkockiej” z książką matematyków. Pierwszy stolik pod oknem po prawej stronie zajmowała grupa przyjaciół moich rodziców. Zasiadywali przy nim m.in. dyrektor Ossolineum pan Antoni Lewak – mój ukochany wujek-dziadzio, kustosz Ossolineum pan Kazimierz Tyszkowski, geolog prof. Wojciech Rogala, pani Nola Negruszowa – przyjaciółka mojej mamy (wdowa po profesorze fizyki, matka przyjaciół mego brata), i panna Lesia Ekiertówna.

Rodzice też wciąż rewizytowali przyjaciół. Gdy do tego dodamy wyjścia do kina i teatru, to często się zastanawiam, kiedy mieli czas dla nas i dla siebie… A spędzali z nami naprawdę dużo czasu… To był dom otwarty i taki naturalny! Mogłam zapraszać swoje koleżanki, a mój brat swoich kolegów. Kiedy brat zaczął zbierać stare monety, to wszyscy tworzyli jego kolekcję, podobnie było ze znaczkami pocztowymi – wszyscy wokół stawali się filatelistami!

Ojciec mój uwielbiał żarty. Pamiętam jak kiedyś przy „dużej kolacji” goście zabawiali się pokazywaniem sztuczek. Coś gdzieś chowali, co w innym miejscu zostawało odnajdywane. Mój Tusiek z powagą poprosił którąś z pań o chusteczkę. Otrzymał śliczną, z szeroką koronką. Kogoś innego poprosił o monetę – otrzymał ją. Monetę umieścił w chusteczce i poprosił o zawiązanie nitką lub sznurkiem. Następna prośba o nożyczki i… odwrót tyłem i odcięcie. Potem było rozłożenie chusteczki z potężną dziurą! Rozbrajający uśmiech i niewinne słowa: – Nie udało się… i ryk śmiechu oglądających. Pamiętam jak na śmigusa-dyngusa wywiercił w ścianie nad łóżkiem mego brata Jurka dziurę (pod obrazkiem) i wężem z łazienki podprowadził wodę, której strumieniem zalał go w łóżku… (śmiech) Ta atmosfera wspólnoty przyjacielskiej przenosiła się na wakacje…

 

Słynne lwowskie wakacje w Karpatach…

Jeździliśmy do podkarpackich wsi. Ludzie ze środowisk inteligenckich umawiali się i wynajmowali w jednej miejscowości kilka domków albo w większej posesji kilka pokoi. Mieli zawsze wspaniałe towarzystwo do wspólnych wycieczek górskich, a wieczorem zawsze i bez kłopotu można było skompletować czwórkę do brydża, a jeśli w miejscowości był kort tenisowy, to też nigdy nie był pusty. Dzieci i młodzież mogli sobie wtedy hulać po okolicy bez ograniczeń! Na dwa miesiące jechała z nami mamusia. Natomiast ojciec tylko przyjeżdżał na weekendy. Wychodziło się na dworzec i czekało na pociąg ze Lwowa, który przywoził wielu ojców… A na sierpień tato jechał sam do Truskawca. Chorował na kamienie nerkowe, a dodatkowo chciał trochę schudnąć. Mamusia natomiast sama jechała we wrześniu do Morszyna i też bardzo chciała schudnąć. Powstawały tam nowe przyjaźnie. Na wakacjach poznaliśmy profesorstwo Łopuszańskich, ich syn Jasio – późniejszy wybitny naukowiec z zakresu fizyki teoretycznej, był naszym serdecznym przyjacielem tu we Wrocławiu.

Z takich wakacji pozostała znajomość ze Staszkiem Skrowaczewskim – wybitnym, światowej sławy kompozytorem i dyrygentem. Skończył już 93 lata… Trzy miesiące temu odwiedził z koncertami Wrocław. Spotkaliśmy się po latach. Było to miłe i wzruszające spotkanie. Zostaliśmy zaproszeni na koncert. Czekałam na jego wyjście. W końcu pojawił się. Szedł sam, taki wychudzony i trzęsący się staruszek. Siedziałam wsłuchana w muzykę i cały czas z przerażeniem patrzyłam na dyrygenta. Wydawało mi się, że lada moment upadnie. A on, mimo wieku, ma taką krzepę, taką energię! Grał trudną symfonię Brucknerowską… Skrowaczewski specjalizuje się w utworach Antona Brucknera, któremu poświęcił wiele teoretycznych prac. Na bisy pojawiał się też samodzielnie. W końcu po koncercie poszliśmy do meeting room, gdzie byliśmy umówieni na spotkanie. Po jakimś czasie zjechał windą, wyszedł do nas opierając się o chodzik. Oczywiście nie poznał mnie, bo nie widzieliśmy się przez 40 lat! Ale po kilku wspomnieniach już byliśmy we wspólnym świecie…

 

Skąd nagle dopiero teraz takie spotkanie, przecież Stanisław Skrowaczewski bywał w Polsce od czasu do czasu?

Skrowaczewski napisał w USA świetną książkę autobiograficzną. W trzech pierwszych rozdziałach opisał Lwów z czasów swej młodości. Dziesięć rozdziałów poświęcił muzyce, a ostatni rozdział opowiada o podróży z synem do Lwowa. Moja córka przetłumaczyła mi te trzy rozdziały. Pochłaniałam tekst i zadziwiałam się, jak nasze życiorysy pokrywały się, choć on jest straszy ode mnie o pięć lat. Chodziliśmy we Lwowie do tej samej malusieńkiej szkoły dr. Jana Niemca. Byliśmy na tych samych wakacjach w Mizuniu Nowym, a przecież tych miejscowości, gdzie lwowianie wypoczywali było tak dużo. On miał zapędy do chemii. Jego cioteczna siostra Zofia Skrowaczewska była współpracownicą mego ojca. Kiedyś poszli razem do laboratorium, gdzie próbowali robić jakieś doświadczenia. Skończyło się na tym, że Stasio przyniósł do domu jakieś preparaty, które wybuchły. Rodzice zakazali mu eksperymentów chemicznych i wtedy zajął się muzyką, w której osiągnął szczyty. Wreszcie – w czasie wojny – pracował przy Instytucie prof. Weigla, a ja miałam fikcyjną legitymację z Instytutu, choć odbyłam tam (dla bezpieczeństwa) normalny staż w preparatorni wszy. To niesamowite zazębienie, jakie nieczęsto się zdarza, a może nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawy?

 

Zdjęcie z Truskawca

 

Wróćmy jeszcze do znajomych Pani rodziców…

Druga grupa przyjaciół moich rodziców to profesorowie Politechniki Lwowskiej. Właściwie wszyscy profesorowie chemii, a dodatkowo kilku matematyków przychodzili na spotkania do naszego mieszkania. Moim ojcem chrzestnym był prof. chemii nieorganicznej Wiktor Jakób (zwany Kubą), moją matką chrzestną – żona prof. Leśniańskiego, mego ukochanego dziadzia Wacia…

Wreszcie trzecia grupa przyjaciół to byli „nafciarze”. Mój ojciec oprócz tego, że był profesorem chemii organicznej – teoretykiem, opracowywał wiele metod analitycznych, a także zastosowań produktów z ropy naftowej – miał liczne patenty. Interesował się też ich zastosowaniem. Z „Polminem” i z nafciarzami był w dużej zażyłości. Państwo Schrammowie, Frenklowie, Wyszyńscy, Pilzerowie to byli prawdziwi biznesmeni, zamożni. Wszyscy jeździli samochodami. W tamtych czasach prawie nikt z profesorów nie miał swojego auta. Mieszkali we Lwowie w okazałych domach, np. Schrammowie w tzw. Kamienicy Szprechera, gdzie zajmowali całe piętro. Tam było dziesięć pokoi! Wszystko na wysoki połysk z pokojówkami i kamerdynerem. Mój ojciec, który był żartownisiem, kiedy przychodził do Schrammów, wyjmował chusteczkę i śmiejąc się do pani domu otwierał drzwi, usprawiedliwiając się: Czekaj, czekaj, Izeńko, przecież nie mogę zabrudzić tej arcylśniącej klamki… I śmiali się radośnie! Wojna w brutalny sposób niszczyła życie tych ludzi. Rosjanie aresztowali pana Franciszka Schramma. Kiedy Niemcy uderzyli na Rosję, wycofujący się ze Lwowa Rosjanie wymordowali niemal wszystkich więźniów aresztu na ul. Łąckiego. Pani Iza Schrammowa poszła do więzienia i szukała męża w stertach trupów. Po wielu godzinach znalazła go. Ponieważ mieszkaliśmy stosunkowo blisko więzienia, przyszła do nas. Była nieprzytomna, potwornie cuchnąca (czerwiec!). Mamusia zrobiła jej kąpiel, ubrania spaliła, tatuś zaaplikował jej jakiś środek nasenny. Położyliśmy ją spać – spała 15 godzin. Ich syn, ponieważ groziło mu też aresztowanie, uciekł za granicę, do Rumunii, gdzie spędził okres okupacji. Po wojnie zamieszkał w Krakowie. Był znanym adwokatem, podobnie jak jego i ojciec, i syn. Rodzina Frenklów musiała się ukrywać. Państwo Pilzerowie – ona była Czeszko-Niemko-Polką, mówiła trochę z charakterystycznym akcentem – borykali się z problemami. Jej mąż był Żydem. Syna, który choć miał charakterystyczny wygląd, zgłosili do Organisations Todt do pomocniczej służby wojskowej, myśląc, że tam uda mu się przeżyć. Został wysłany do pracy na lotnisku w Berlinie i tam zginął podczas jednego z nalotów. Jej mąż ukrywał się w Łodzi. Ona posyłała duże pieniądze do właścicielki mieszkania, w którym przebywał. Potem okazało się, że miał z nią romans… To były bardzo skomplikowane czasy… Te wszystkie informacje dochodziły do nas do domu.

 

Prof. Sucharda związany był z podziemiem walczącym.

Ojciec od początku działał w podziemiu. Związany był z Armią Krajową. W domu sporządzał ampułki z cyjankiem potasu. Odbierano od nas całe pudła fiolek. Był też członkiem Delegatury Rządu Londyńskiego. W domu kpiliśmy, że przychodzą do ojca „marabuty”, dwaj starsi i ponurzy panowie. Ojciec otrzymywał też z Zachodu pieniądze, które rozdzielał. Najbiedniejsi byli profesorowie humaniści. Ci politechniczni to sobie potrafili poradzić. Później uruchomiono techniczne fachkursy, gdzie wielu profesorów znalazło zatrudnienie. Najbiedniejsi byli ci, którzy przyjechali do Lwowa z Zachodu. W 1939 r., jak wybuchła wojna, był taki dziki, irracjonalny pęd ludzi z Zachodu na Wschód. Przed czym właściwie uciekali? Wybuchła wojna z Niemcami, niedługo potem okazało się, że jest też wojna z Rosją sowiecką. Nastąpił podział Polski. Przybysze, którzy zostali we Lwowie, byli zupełnie bez niczego. Moja stryjenka, żona Leszka Suchardy, przyjechała do Lwowa z wagonem rzeczy i synem. Ale ona miała tu dodatkowo rodzinę. Ci, którzy przyjeżdżali, byli bez niczego, nie mieli żadnego zaplecza materialnego… Ojciec na takich cieniutkich bibułkach do skręcania papierosów brał od obdarowanych potwierdzenia, że otrzymali określoną pomoc finansową. Mieliśmy mebel, gdzie pod szufladą była skrytka. Nie znalazło jej ani NKWD, ani gestapo. Tam ojciec przechowywał te bibułkowe potwierdzenia. Jest to jeden jedyny mebel ze Lwowa, który do tej pory posiadam, robiony na zamówienie.

 

Do jakich szkół chodziła Pani we Lwowie?

Szkół w moim życiu było bardzo wiele. Uczyło mnie 13 zespołów nauczycielskich, miałam też 13 zespołów koleżanek i kolegów! Przez rok 1934/35 chodziłam do szkoły dr. Jana Niemca. To był starszy pan z charakterystyczną bródką, który dla zachęty dawał małym dzieciom bardzo, bardzo grube ołówki. Na drugi rok mamusia przeniosła mnie do ss. Urszulanek, gdzie chodziłam do wybuchu wojny. Po wkroczeniu sowietów jedna z moich cioć powiedziała, że niebezpiecznie jest być uczniem w klasztornej szkole i przenieśli mnie do byłego prywatnego gimnazjum Olgi Filippi-Żychowiczowej. Tam chodziłam tylko przez pół roku, a potem wróciłam do Urszulanek, czyli już ówcześnie do szkoły nr 18, gdzie uczęszczałam przez cały sowiecki okres – klasa Vc i VI a. Źle wspominam ten okres, ale przez te dwa lata nauczyłam się, naprawdę nie chcąc, biegle języka rosyjskiego. Niestety i ukraińskiego też. Nie chciałam się tego języka uczyć, nie podobał mi się… Rosyjskiego uczyła mnie pani Jędrzejewska, której siostra była wybitną śpiewaczką. Potem mieszkały we Wrocławiu na Wybrzeżu Wyspiańskiego.

Z tego okresu pozostały jednak największe życiowe przyjaźnie. Zabawy, tajne komplety. Potem powychodziłyśmy za mąż, miałyśmy dzieci, ale nasza przyjaźń trwała. Teraz z naszej paczki zostałam sama… Kiedy przyszli Niemcy, wymyśliłam sobie szkołę Marii Magdaleny. To była okropna szkoła, ale tam skończyłam VII klasę. Potem nie było normalnych szkół i uczęszczałam na tajne komplety. Wtedy trafiłam też do Szkoły Przemysłu Artystycznego. Wielu późniejszych słynnych artystów w niej działało: malarz Tyski, rzeźbiarz Wnuk. Nie miałam żadnych zdolności artystycznych, najpierw poszłam na malarstwo, ale mi to wyperswadowano. Powstał dwuletni Wydział Fotografiki, który ukończyłam, bo był wspaniały. Chemii uczył prof. Duchowicz – nauczyciel z najlepszego lwowskiego męskiego gimnazjum, i to jeszcze mojego dziadka znajomy. Foto­chemii uczył dr Biernat, który potem we Wrocławiu był profesorem na uniwersytecie, języka polskiego uczył pan Woroniecki. To była naprawdę dobra kadra. A takim modus vivendi był Bronisław Kupiec, który choć po polonistyce, był znakomitej klasy fotografikiem i znakomitej klasy dydaktykiem. On nas uczył z takim nieprawdopodobnym oddaniem i zaangażowaniem. Uczył nas przy tym mnóstwa rzeczy. Po wojnie zamieszkał we Wrocławiu. Pracował w Katedrze Fototechniki na Wydziale Chemicznym Politechniki, potem przeszedł na Akademię Medyczną, gdzie był kierownikiem Pracowni Fotograficznej. Były to czasy, kiedy bardzo trudno było o materiały fotograficzne, ale dla niego nie było przeszkód. Robili tam najlepsze zdjęcia rentgenowskie, zdjęcia kolorowe, które wtedy były u nas wielkim cymesem. On zawsze, gdzie tylko pracował, robił to z wielkim zaangażowaniem. Tak więc i ja stałam się fachowcem fotografikiem… Foto­grafia była wiele lat moją pasją.

 

Proszę opowiedzieć o swoich przyjaciółkach…

To była „sielna paczka”! Była nas piątka. Hanka Pawlikowska, po mężu Czarnecka, pochodziła ze znanej rodziny. Miała trudne życie. Jej ojciec miał nieduży majątek pod Lwowem. Został aresztowany i zamordowany przez Rosjan na początku wojny. Jej matka została z dwojgiem dzieci. Hanka zamieszkała we Lwowie u ciotki Grojeckiej (rodzina znanego adwokata). Drugą była Marysia Papeé (po mężu Zbiegieni, i Bieder). Jej ojciec był lekarzem. Przedostał się z wojskiem na Zachód i dostał się do Londynu, gdzie przetrwał całą wojnę. Późno po wojnie wrócił. Żona była pielęgniarką i musiała bardzo się natrudzić, by przez czas wojny wychowywać trójkę dzieci. Wynajmowała kawałek mieszkania, brała dodatkowe dyżury… Trzecia była Wieśka Jędrzejowska (po mężu Koźmińska). Jej ojciec był przemysłowcem, mieli bardzo piękną willę na obrzeżach Lwowa. Miała brata. W czasie wojny willa zajęta została przez Niemców, a oni zamieszkali w suterenach. Czwarta była Basia Fedorowicz (po mężu Kłaczkow), jedynaczka. Jej ojciec pracował w jakimś urzędzie. No i ja…

 

Z koleżankami we Lwowie, od lewej: Marysia Papeé, Anna Sucharda, Hanka Pawlikowska, Wieśka Jędrzejowska, Lwów 1943, ul. Akademicka

 

Jak wyglądały tajne komplety?

Na tajne nauczanie chodziłyśmy m.in. do Urszulanek. Kiedy we Lwowie pojawili się Niemcy, zakonnice wróciły do swojego klasztoru. W suterenie otworzyły kuchnię dla biednych. I właśnie dlatego tam mogły odbywać się nasze zajęcia. Mogłyśmy przychodzić tam niezauważone, nie budząc podejrzeń. Uczyły nas oczywiście zakonnice – siostra Stella historii i historii Kościoła, s. Bernadetta języka francuskiego, s. Symeona geografii, s. Elżbieta języka polskiego. Chodziłyśmy tam trzy razy w tygodniu. Inne zajęcia odbywały się u państwa Grojeckich, gdzie mieszkała Hanka. Tam miałyśmy matematykę i łacinę. Dwóch profesorów, Szujski i Lewicki, uczyło nas tych przedmiotów na bardzo wysokim poziomie. Wuj Hanki miał u siebie praktykę adwokacką, co pozwalało nam się tam swobodnie i bezpiecznie spotykać. Nigdy nie było wsypy.

 

Czas okupacji był trudny dla wszystkich…

Rosyjska okupacja zaczęła się dla nas źle. Ojciec był źle notowany przez okupantów, bowiem jako rektor miał ponoć popierać nacjonalistyczne wybryki studentów. Przez długi czas nie przyjmowali go do „profspiłki”, czyli związków zawodowych. Gdyby go trwale nie przyjęli do tego związku, musielibyśmy opuścić Lwów i zamieszkać w promieniu 100 km od Lwowa! Uratowało nas to, że z Moskwy nadeszło zatwierdzenie doktoratu tatusia, w naszej strukturze była to habilitacja. Przyjęto go do „profspiłki” i zaczął już normalnie funkcjonować. „Profspiłka” obsadzona była przez studentów żydowskich i ukraińskich, nieprzyjaźnie nastawionych do Polaków. Oni czuli się pokrzywdzeni, tym, że źle byli w okresie przedwojennej Polski traktowani.

 

Pani ojciec był ważną postacią w konspiracji lwowskiej…

Ojciec w konspiracji zaczął uczestniczyć dopiero w czasie okupacji niemieckiej, Jurek – mój brat, jak tylko powstał Związek Walki Zbrojnej. Obaj działali później w Armii Krajowej. Jurek rok przed wojną zdał maturę i znalazł się w wojsku, w podchorążówce. W 1939 r. uczestniczył w wojnie obronnej, dostał się do niewoli. Uciekł z dwoma innymi żołnierzami z konwoju pod Rzeszowem. Pamiętam to jak dziś. Byliśmy bardzo niespokojni, co się z nim dzieje. To był listopad, leżałam na tapczanie, miałam widok na takie duże pole, z jednej strony była Cytadela, z drugiej korty tenisowe, i zauważyłam takie trzy dziwne postacie. Jedna trochę podobna do kogoś znajomego… Łachmaniarze zupełni. Podeszłam do okna i krzyknęłam: To Jurek! Pamiętam nazwiska obu kolegów Jurka: Sławek Lubek i Jurek Łazoryk. Przemieszkali u nas parę tygodni i zdecydowali się wyruszyć przez „zieloną granicę” do Warszawy, skąd pochodzili. Nigdy więcej się nie odezwali.

Jurek od samego początku działał w konspiracji. Najpierw był wykładowcą w podchorążówce. Za sowieckich czasów jeszcze studiował. Na chemię nie chcieli go przyjąć. Ale studiował na wydziale rolniczo-lasowym Politechniki. Jurek w pewnym momencie został oddelegowany do wywiadu i komórki likwidacyjnej. To było bardzo trudne zadanie. Pewnego dnia przyszła do nas sąsiadka z wiadomością, że się szykują aresztowania i że dobrze by było, gdyby pan Jurek mógł na jakiś czas zniknąć. I od razu wyprowadziliśmy go z domu, najpierw przyjęła go do siebie do domu mieszkająca w pobliżu sąsiadka pani Koczwarowa (matka jego kolegi, który zginął w wojnie 1939 roku). Potem zamieszkał w mieszkaniu prof. Henryka Kuczyńskiego, który sam z rodziną wyjechał ze Lwowa. W mieszkaniu pozostała pani Wanda Nowak, ciocia Zosi Kuczyńskiej, i służąca. Byłam jedynym kontaktem z Jurkiem. Uchodziłam za jego dziewczynę, miałam już 16 lat. Któregoś dnia przyszłam i służąca powiedziała mi, że pan Jurek nie wrócił na noc. Była groza i rozpacz. Mój tusiek rozpoczął poszukiwania po szpitalach, wspierany przez przyjaciela Dziadzia Wacia Leśniańskiego. W końcu zgłoszenie na policji. Skierowano ich na salę, w której leżało na stołach ponad trzydziestu martwych młodych ludzi. Byli zabici w ciągu jednej nocy przez milicjantów ukraińskich na służbie niemieckiej. W odwecie AK zorganizowało akcję Nieszpory, podczas której zaatakowali 7 komisariatów policji ukraińskiej. Zabili wtedy 17 policjantów ukraińskich. Po tej akcji definitywnie skończyły się ataki policji ukraińskiej na Polaków we Lwowie. Ale mojego brata już nie było, został zamordowany przez Ukraińców 11 marca 1944 r. Został pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim.

 

Jak Pani patrzyła na te konspiracyjne sprawy?

Miałam ciocię – Emilię Maleczyńską, która była ważnym kierownikiem jakiegoś odcinka w AK, moja mamusia też została do AK wciągnięta. Ciocia zorganizowała u nas „skrzynkę kontaktową”. Kurierzy dostarczali do nas materiały, które inni odbierali. Przychodził do nas taki pan, który podawał hasło: Mam świeże jajka do sprzedania… Myśmy kwiczeli ze śmiechu i wołaliśmy: Mamuśku, do ciebie świeże jajka!… Do mojego tatusia przychodziły „marabuty”, przychodzili faceci po pieniądze, no i te cyjankalia… No i Jurek, który trzymał w przeciwpożarowej skrzyni z piaskiem, stojącej przed mieszkaniem, swój pistolet. On swego visa rozbierał, czyścił i „pieścił”. Nauczyłam się wtedy obcować z bronią, tylko strzelać nie mogliśmy. Oczywiście wszystkie gazetki dostarczałam siostrze Bernadecie. Raz zatrzymał mnie policjant, a ja w zarękawku miałam bibułę… Grałam chojraka, ponieważ miałam legitymację Weigla. Udało się… Któregoś dnia zgłosił się do nas daleki kuzyn mamusi. Chciał się u nas zatrzymać, bo miał jakieś interesy do załatwienia we Lwowie. Mamusia się zgodziła. Wujek Stasio był dziwnym człowiekiem, pojawiał się i znikał… Ja zauważyłam, że pod jego łóżkiem leżą paczki wypełnione bibułą i to taką NSZ-towską. Powiedziałam to tatusiowi. Jak Stasio wrócił do domu, tatuś powiedział mu: Stasiu, tego się nie robi! Jeżeli przyjeżdżasz z czymś takim, to mówisz, uzgadniamy. Tego nie zrobiłeś, proszę zbieraj manatki…

 

Jak trafiliście państwo do Wrocławia?

W marcu 1944 r. zginął mój brat. Mamusia była tym załamana. We Lwowie zaczęły się naloty. 6 kwietnia był pierwszy nalot. Byliśmy w piwnicy, a jak wróciliśmy na górę, zastaliśmy zniszczone od wybuchów mieszkanie. Powybijane szyby, podarte, czarne papiery zaciemnienia. Ludzie już wtedy uciekali na Zachód. Z moich czterech przyjaciółek trzy były już poza Lwowem. W kwietniu 1944 r. wyjechałyśmy do Frysztaka. W szkole we Frysztaku pracowała siostra Zosi Skrowaczewskiej, współpracownicy mojego ojca, i jej mąż – państwo Świradowie. Był tam także nadleśniczym dawny student mego tuśka – pan Skowroński, który też oferował pomoc. Pomogli nam znaleźć pokój. W lipcu zbliżał się front. Nasze lokum mieściło się na przedpolach Frysztaka. Przed nami były pole, droga i tor kolejowy, potem Wisłok, a za naszym domem wysoko w górze było miasteczko Frysztak z górującym nad miejscowością kościołem. Rosjanie podchodzili do rzeki, a Niemcy byli na górze. Pewnego dnia, czytając książkę, zauważyłam konia zjadającego kwiatki ze skrzynki na oknie, a siedzący na nim Rosjanin zapytał: Zdies giermancow niet? Po jakimś czasie zaczął się ostrzał. Pociski przenosiło nad nami. W nocy nasza gospodyni powiedziała, że trzeba uciekać. I uciekałyśmy – ona z krową i spakowanym do worka dobytkiem, jej syn z drugą krową i workiem rzeczy, my z mamusią z idiotycznie w pośpiechu spakowanymi plecaczkami. To była gehenna… Z daleka widzieliśmy, że pali się dom, w którym mieszkałyśmy. Kiedy tam wróciłyśmy, zastałyśmy tylko zgliszcza. Nasze dwie walizki schowane w ziemiance ocalały, choć zostały splądrowane przez żołnierzy rosyjskich. Dwa tygodnie mieszkałyśmy w piwnicy u mało przyjemnego gospodarza. Nasz tusiek zamartwiał się we Lwowie o nas. Nie wiem w jaki sposób, ale przedarła się do nas Zosia Skrowaczewska. Zorganizowała nam przejazd do Strzyżowa. W tamtejszym nadleśnictwie, u przyjaciół, dostałyśmy pokoik na górze, dwa sienniki, dwie poduszki, dwa koce, a nawet ręczniki. Potem na miesiąc do Rzeszowa przeniosłyśmy się z przyjaciółmi – z pp. Krzysikami. On był nieprawdopodobnie związany z moim ojcem. Tam nawet zaczęłam chodzić do szkoły. Ale zaraz dostałyśmy list od przyjaciół, którzy zaprosili nas do Tomaszowa Lubelskiego. Byli to przyjaciele rodziców – Fela i Janusz Peterowie – lekarz i dyrektor tamtejszego szpitala, i będąca u nich Nola Negruszowa. Tam doczekałyśmy końca wojny. A mój tusiek został sam we Lwowie. Przy naszym wigilijnym stole 24 grudnia 1944 r. Fela czytała list ze Lwowa od trzeciej z sióstr, pani Janki Reichert-Tothowej. W pewnym momencie czyta: A Dziunek zachorował… Co znaczyło, że mój tato został aresztowany! Rozpacz i zupełna niemoc! Jesteśmy w Tomaszowie i nic nie wiemy, niczego nie możemy się dowiedzieć i nic nie możemy zrobić, w żaden sposób pomóc. Dopiero w maju 1945 r. dostałyśmy telegram: Jestem w Krakowie. Przyjeżdżam tak szybko, jak będę mógł. W Krakowie zaczął pracę jako kierownik laboratorium w Lasach Państwowych. Jakakolwiek posada była wtedy ważna, bo była legitymacja i przede wszystkim kartki żywnościowe. Potem został pierwszym dziekanem tworzącego się Wydziału Chemicznego na późniejszej Politechnice Krakowskiej. Ja chodziłam do liceum matematyczno-fizycznego im. Józefy Joteyko. Tatuś dostał wtedy kolejne propozycje – objęcia stanowiska dziekana na Politechnice w Gliwicach, przyszła też nominacja na Uniwersytet Jagielloński na katedrę chemii organicznej, i kuszący Wrocław, do którego zapraszał prof. Kulczyński, gdzie była też także Zofia Skrowaczewska i Henryk Kuczyński… I uległ Wrocławowi. Pojechaliśmy nad Odrę… We Wrocławiu było wtedy naprawdę „straszno”… Ale w Krakowie było nam bardzo źle. Wszyscy tam mieli wszystko, a myśmy nie mieli kompletnie nic. Brak mieszkania, brak podstawowych rzeczy, brak pieniędzy. Chodziliśmy się żywić do stołówki zorganizowanej dla „bieżeńców” na bocznej ulicy Karmelickiej. Ta stołówka była zawstydzająca. Tylko głębokie talerze, z łyżką, wszystko koloru szaroburego, to było upokarzające. A w Krakowie naprawdę mogły być talerze i płytkie, i głębokie, widelce i noże… Na ul. Karmelickiej była taka wspaniała wędliniarnia, sklep mięsny, który w 1945 r. był zawalony towarem. Moja mięsożerna mamusia oblizywała się, ale czasem kupowała sobie 10 dag mortadeli. To było wszystko trudne.

Do Wrocławia przyjechałam po maturze – 10 lipca był bal maturalny, a 11 lipca już byłyśmy we Wrocławiu. Ojciec od razu dostał mianowanie na prorektora – wtedy Uniwersytet i Politechnika działały razem. Rektorem był prof. Stanisław Kulczyński, biolog ze Lwowa. Henryk Kuczyński, który wyremontował sobie willę, odstąpił nam swoje dotychczasowe mieszkanie, w którym do dzisiejszego dnia mieszkam.

 

Profesor Sucharda nie nacieszył się długo nowym miejscem do pracy i życia…

Tatuś zmarł w 1947 roku, miał 56 lat. To był dla nas wielki cios. Przyczyniło się do tego więzienie rosyjskie. Kiedy trafił do więzienia na ul. Łąckiego we Lwowie, nie było tam żadnych łóżek. Siedział i leżał na gołym betonie, a był to okres ciężkiej zimy 1944/45. On zawsze miał kłopoty z nerkami. Powstał stan zapalny. Z antybiotyków była wtedy dostępna tylko penicylina, która nie pomagała. Przeprowadzono operację. Wykonali je najlepsi chirurdzy i urolodzy, prof. Bross i prof. Laskownicki. Tatuś zmarł… Zostałyśmy same. Mama pracowała w bibliotece chemicznej na wydziale chemicznym – miała skończone trzy lata chemii we Lwowie. Też zmarła w wieku 56 lat…

 

 

 

 

 

 

Poszła Pani w ślady rodziców – jako chemik…

Tak. Studiowałam chemię na Politechnice Wrocławskiej, potem podjęłam tam pracę. Doktorat zrobiłam na chemii farmaceutycznej u prof. Bobrańskiego – też ze Lwowa. Tylko mój mąż nie jest lwowianinem – poznaliśmy się na studiach chemicznych. Mąż, Lucjan Sobczyk, został profesorem chemii fizycznej na Uniwersytecie Wrocławskim, a ja nie dokończyłam habilitacji, gdy aresztowali mi syna w stanie wojennym. Mamy dwoje dzieci – córka Kasia mieszka w USA i jest chemikiem, a syn jest profesorem fizyki teoretycznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Wnuczka skończyła w Warszawie fizykę i informatykę – ma otwarty przewód doktorski we Wrocławiu, a wnuk jest po informatyce i matematyce…

 

Czy była Pani we Lwowie po jego opuszczeniu?

Pojechałam tam po 57 latach z córką. Byłam strasznie zdenerwowana. Bałam się, że źle będę reagować na otoczenie ukraińskie. Mój brat – jak panu wspominałam – został przez ukraińskich milicjantów zamordowany. Ale wszystko przebiegało niezwykle łagodnie. Wszyscy byli mili, chętni do pomocy. Jak wychodziliśmy ze sklepów, mówiono nam na pożegnanie: Idźcie z Bogiem… Na Politechnice Lwowskiej poszukiwałam dokumentów z czasów rektorowania tatusia. Ale niczego nie ma, wszystko „zmielone”. Przyjął mnie prorektor Politechniki, byłam u dziekana, który nas nawet kawą poczęstował. Ściągali też ode mnie wiadomości. Pan dziekan wręczył mi folder na temat Politechniki Lwowskiej, która trwa jako austriacka szkoła techniczna od 1844 r. Czasy polskie nie są tam ujęte. Jest luka i dzieje Politechniki Lwowskiej zaczynają się dopiero od 1939 i potem 1945 r. Na uczelni był też portret ojca jako rektora, ale zaginął. Może kiedyś, gdzieś zostanie jeszcze odnaleziony… Nasze uczelnie, Politechniki Wrocławska i Lwowska, współpracują i na 70-lecie uczelni do Wrocławia przyjechał dar od rektora Politechniki Lwowskiej – znakomite kopie portretów rektorów z czasów polskich. Mojego ojca tam jednak nie ma.

Po Lwowie biegałam nieprzytomnie. Wdrapałam się na górę po wertepach do szkoły Jana Niemca, byłam na wszystkich miejscach, gdzie mieszkałam, na cmentarzu Łyczakowskim, w moich szkołach. Kiedy dotarliśmy do mojego ostatniego mieszkania, bardzo chciałam tam wejść. Miałam czekoladki, myślałam, że może jakieś dzieci tam będą. Do córki powiedziałam: Ty zostań tu na dole. A ona mówi: Tu jest remont. Tyle rzeczy wyrzuconych, może coś ze swoich rzeczy jeszcze znajdziesz… Wchodzę na piętro. To była kamienica naszego dobrego znajomego prof. Płażka. Trafiliśmy tu z całym dobytkiem, kiedy nas Niemcy drugi raz wyrzucili. Zadzwoniłam do drzwi, ale to nie były te same drzwi. Wychodzi taki bradiaga w podkoszulku. Przywitałam się, przedstawiłam, że 57 lat temu tu mieszkałam, i zapytałam, czy mogłabym to miejsce raz jeszcze zobaczyć… Zachoditie, zachoditie – zaprosił do środka. Nie poznaję tego mieszkania. Przez środek biegnie korytarz, od którego odchodzą drzwi. Okazało się, że z jednego mieszkania pięciopokojowego zrobili trzy mieszkania. Idę na koniec do swojego pokoju i też nie poznaję, bo okna były takie weneckie, a tu zupełnie inne, nowocześniejsze, niepasujące do tej kamienicy. Malarz, który malował pokój, mówi do mnie: Jak chce pani zobaczyć coś swojego, to jest piec… I rzeczywiście, piękny niebieski piec kaflowy stał nienaruszony w kącie pokoju. Jaka byłam szczęśliwa, że stał tam tylko ten piękny piec. Ja się strasznie bałam, że zobaczę tam swój tapczan, swoje biurko, swoje szafki, szkło, jakieś obrazy… Tylko puste pomieszczenie z niebieskim kaflowym piecem… To wydarzenie miało jednak swój ciąg dalszy we Wrocławiu… Kilka lat temu odebrałam telefon: Jestem taksówkarzem z Nysy – przedstawił się mężczyzna. – Przywiozłem do Wrocławia takich państwa, co tu mieszkali. Czy pani ich wpuści? Ja mogę być za tłumacza… Byłam zaskoczona, ale przecież spodziewałam się, że takie zdarzenie może nastąpić. Nie „wpuszczę” – powiedziałam – ale poproszę, żeby weszli. Przyszli starsi państwo z dorosłą córką. Jaka ja byłam szczęśliwa, że Henryk Kuczyński, wyprowadzając się z tego mieszkania, zabrał całe wyposażenie! Tu była wspaniała biała sypialnia, piękny pokój stołowy z olbrzymim stołem i piękną wiszącą lampą…

 

Ale biały kaflowy piec mieli… (wskazałem na piękny stary piec)

Tak, ale na piec nie zwrócili uwagi…

 

Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę.

 

 

 

 

 

 


 

 

Dr Anna Sucharda-Sobczyk, ur. we Lwowie w 1928 r., emerytowany mgr inż. chemii, doktor farmacji, wieloletni kierownik Centralnego Laboratorium Wydziału Chemicznego Politechniki Wrocławskiej, autorka 57 prac naukowych, autorka i współautorka dwóch książek, autorka kilku opracowań życiorysowych ojca – prof. Edwarda Suchardy, autorka nieopublikowanych wspomnień m.in. o Lwowie.