Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Zbigniew Wawszczak, ROZMOWA Z EMILIĄ KLUK

[3/2017]

Z Emilią Kluk

lwowianką – działaczką ­społeczną z Rzeszowa, ­

rozmawia Zbigniew Wawszczak

 

Pani Emilio, proszę przypomnieć sobie, gdzie w pięknym Lwowie znajdowała się ulica Bukowa? Zajrzałem do kilku współczesnych przewodników, niestety, nie trafiłem na ulicę, która odegrała ważną rolę w Pani życiu.

Urodziłam się we Lwowie w 1934 r. Moi rodzice mieszkali przy ul. Bukowej 32A – to boczna ul. Łyczakowskiej w pobliżu ul. Pasiecznej, tam gdzie teraz jest nowy dworzec autobusowy (w pobliżu Rogatki Łyczakowskiej). Nazwa ulicy pozostała, domu naszego nie ma. To tylko pusta działka zarośnięta chaszczami.

 

Proszę przybliżyć nam ulicę, opowiedzieć, jak wyglądał dom rodzinny. Kto oprócz rodziny Kluków mieszkał na Bukowej? Krakowski lekarz Przemysław Włodek od wielu lat zajmuje się zbieraniem adresów, nazwisk i zawodów ludzi zamieszkujących domy, kamienice i pałace Lwowa tuż przed wypędzeniem Polaków po II wojnie światowej. Dotychczas ukazało się kilkanaście tomików obejmujących poszczególne dzielnice polskiego Lwowa. W tym roku dr Włodek rozpoczął publikacje nowych informacji na łamach kwartalnika Cracovia-Leo­polis” pod tytułem Słownik miast i ulic. Czy mogłaby Pani uzupełnić poszukiwania cierpliwego doktora nazwiskami z ul. Bukowej?

Na zakręcie ul. Bukowej znajdowały się cztery domy, a pozostałe oddalone od siebie, bo tam były ogrody i sady. Często przychodziłam na Pohulankę zbierać leśne owoce. Wyglądało to tak jak na rysunku. Mieszkała tu rodzina, której nazwiska nie znam. Stąd pochodziła nasza niania Bazylesia – tak zwracaliśmy się do niej. Możliwe, że nazywała się Bazyleska, bo takie nazwy też słyszałam. Bawiłam się z dziećmi z tego domu, tam też nieraz nocowałam. Jednak tych ludzi nazwiska nie pamiętam. Tuż za wysokim parkanem przy naszym domu mieszkała rodzina Ormian – małżeństwo i ich dwie córki. Z ich drugą córeczką, a moją przyjaciółką Polą Binasiewicz bawiłyśmy się. Od tyłu naszej posesji – poniżej (bo nasz dom stał na wzgórku nad Debrą) mieszkała rodzina ukraińska Podłypnych. Pan był z wykształcenia muzykiem – nauczycielem gry na skrzypcach w szkole muzycznej, żona krawcową. Ich jedyna córka była starsza ode mnie o dwa lata. Bardzo chętnie przebywałam u nich w domu podczas nauki gry na skrzypcach z córeczką. Cieszyłam się też, kiedy mogłam być z Niusią i bawić się. Matka Hanusi życie nam uratowała – ale to już inna historia… Po drugiej stronie ulicy mieszkała rodzina, której nazwiska nie pamiętam. Tu wszyscy sąsiedzi byli zaprzyjaźnieni i chętnie się wspierali. Te moje noclegi poza domem spowodowane były zdarzającymi się napadami ze strony nacjonalistów ukraińskich. Państwo Kaliczyńscy z rodziną naszą byli w bliskim kontakcie. Dalej mieszkali rodzice starszej koleżanki Hanki, byli bardzo zaprzyjaźnieni z nami – szczególnie ojciec mój z ojcem Hanki. Był pedagogiem i pomagał nam w nauce. Kiedy Sowieci wywieźli mojego ojca, byłam pod stałą opieką rodziny Schmidtów. Przypominam sobie, ich dom był duży, długi, z ogrodem i wysoko położonym tarasem. Stąd był doskonały widok na Pohulankę. Pewnego razu wraz z ciężką metalową ławką spadłam z tarasu. Znalazłam się w szpitalu z wstrząsem mózgu i rękami w gipsie. Ścieżką przez ogródki, w stronę koszar Pułku Ułanów Jazłowieckich, chodziłam do zaprzyjaźnionej z nami rodziny Gromadowskich. Ja i ich syn Jurek byliśmy w sobie zakochani. Piękna czysta miłość małolatków! Biegaliśmy razem do zagajnika na Jałowiec zbierać leśne owoce i grzyby, strzelać z procy. A zimą na Pohulankę, na sanki. Do szkoły nie mogliśmy razem dojeżdżać tramwajem, gdyż inny był rozkład zajęć. Były dwie szkoły w pobliżu: męska – powszechna i żeńska im. św. Antoniego przy placu tego samego imienia jak kościół. Mój braciszek Ludwik, dwa lata młodszy, na wakacjach w 1943 r. zrobił nam niespodziankę, marzył, abyśmy byli z Jurkiem małżeństwem i tak się stało. Ludwiś przebrał się za księdza (bo obiecał sobie, że jak dorośnie będzie kapłanem). Zorganizował uroczystość „ślub” pod studnią, z której korzystali mieszkańcy. Świadków nie brakowało. Byliśmy: ja – Mićka (tak mnie nazywano), w białej sukni, z bukietem, w welonie i odpowiednio też ubrany Jurek Gromadowski. Złożyliśmy sobie przysięgę. Potem ugościła nas i jego rodzinę moja babcia Katarzyna, matka mego ojca. W naszym domu odbyło się „wesele”. A teraz opowiem jak wyglądał nasz dom. Część była budowana dla dziadków Kluków, a drugą dobudowano dla jedynaka syna Józefa Kluka i jego żony Janiny i ich dzieci: Emilii, Ludwika, Stanisława.

 

Z opowieści Pani zapamiętałem, że dom Kluków otaczał spory i piękny ogród, którym zajmował się związany z rodziną ogrodnik, przed rewolucją bolszewicką zatrudniony w ogrodach carskich w Petersburgu.

Istotnie, ogrodnik miał szczęście, że uciekł z Rosji i powrócił do Lwowa. Ożenił się z owdowiałą babcią Kluk. Drugi mąż babci Katarzyny, Eliasz Ponczyj, był kawalerem, człowiekiem wykształconym, z zawodu bankowcem. Pracował w Miejskiej Komunalnej Kasie Oszczędności przy ul. Wałowej, koło Halickiej. Często tam zaglądałam. Jak ja go pamiętam? Był elegancki i po pracy wracał do domu. Pielęgnował ogród pełen kwiatów i bardzo dużych słoneczników. Druga część to był ogródek warzywny. Było też miejsce na wypasanie kóz. Ogrodnika wszyscy podziwiali, gdy strzygł trawę w pozycji leżącej (tak jak u cara), aby była równa. Wieczorami dużo czytał. Kołysał się na bujaku. Palił fajkę i nie odmawiał sobie alaszu (likieru kminkowego). Z grupą pracowników bankowych wyjeżdżał grać w krykieta. Obydwoje, babcia Katarzyna i jej mąż Eliasz, zginęli w pożarze domu, spowodowanym przez banderowców w maju 1944r. Tak mieliśmy zginąć wszyscy. Sąsiadka Podlipna nas uratowała. Słyszałam, jak powiedziała do mamy: „Wychodźcie pojedynczo, bo wy zitra do wyrizania”. Dziadkowie nie zgodzili się, aby zostawić dorobek życia – zginęli w pożarze wraz z całym dobytkiem. Co zostało na Bukowej 32 A? Można zobaczyć w internecie: pusta działka zarośnięta chaszczami. A dziadkowie bez grobu. Cześć ich pamięci! Zapamiętałam, jak obydwie moje babcie – mama taty Katarzyna Kluk-Ponczyj i Franciszka z domu Zając – Pszon – mama mojej mamy, wspominały, jak straciły mężów. W 1915 r. wojska carskiej Rosji zajęły Lwów. Deportowano wielu znanych Polaków na Syberię. Ludwik Kluk – mój dziadek nie dał się wywieźć na katorgę, sam sprawę załatwił: popełnił sepuku (wtedy nie rozumiałam, co to znaczy) i spoczął na cmentarzu Łyczakowskim… Babcia Franciszka została z dwójką dzieci – Janiną ur. w 1911 r. i Stanisławą ur. w 1914 r., bo podczas walki z bolszewikami o Lwów zginął jej mąż, Jan Pszon.

 

Dom w Bukowej

 

Jak trafiła pani do Rzeszowa?

Droga moja do Rzeszowa była długa, prowadziła przez Świętoniową, Przeworsk, Jarosław, Kraków, Jagniątków i Wrocław. W tych miejscowościach moi krewni mają mieszkania i groby.

 

Wspominała pani o rodzinach, które mieszkały na ul. Bukowej. Może byli wśród nich znani lwowianie?

Być może, ale byłam wtedy za mała, aby się tym interesować. Mam paszport (dowód osobisty ojca) – Józef Kluk zubnyj wracz – Politechnika Lwowska – pisany po rosyjsku. Nie miałam o tym pojęcia. Myślałam, że był artystą malarzem, bo w domu malował obrazy olejne. Ojciec miał małe laboratorium, robił jakieś badania chemiczne. Na skutek nieostrożności w wypadku zginął mój brat Ludwik po wypiciu kwasu solnego (ojca już nie było, Sowieci go wywieźli), operowany przez znanego lwowskiego chirurga prof. dr. Adama Grucę – nie przeżył. W czasie okupacji niemieckiej mój drugi dwuletni brat przebywający w szpitalu z podejrzeniem udaru słonecznego nie przeżył z powodu przetoczenia krwi od niego dla żołnierza niemieckiego. Widziała to moja ciocia. Była tam pielęgniarka, ale nie mogła temu zapobiec. Była to dla mnie wielka trauma.

 

Czy można określić rodziców pani mianem ludzi dosyć zamożnych? Obydwoje pracowali, co przed wojną należało do rzadkości. Ojciec zatrudniony był na Politechnice, a mama prowadziła pracownię gorseciarską; to były czasy, kiedy gorset stanowił niezbędną część damskiego ubioru, nie tylko eleganckich kobiet, a takich przecież we Lwowie nie brakowało.

Tak, rodzice z jednej, jak i z drugiej strony otrzymali dobre wiano, a i sami na to zapracowali.

 

Oczywiście wszystko zmieniło się radykalnie po wybuchu II wojny światowej w 1939 r., po zajęciu miasta „zawsze wiernego” przez armię czerwoną rozpoczęły się szeroko zakrojone prześladowania Polaków. Więzienia zapełniły się aresztowanymi. Niestety represje nie ominęły również rodziny Kluków. Pewnego dnia w 1940 r. w domu na Bukowej pojawiło się NKWD i zabrało ojca. Czy pani (wówczas sześciolatka) zapamiętała tę groźną wizytę?

Po południu przyszło pięciu NKWDzistów. Niby to miało być miło. Wzięli nas na kolana, poczęstowali cukierkami. Przepytali w zrozumiałym dla nas języku, tylko jednak z akcentem rosyjskim, m.in: „radio u was jeśc”. Tak przemądrzały Ludwiś pokazał. „o trzeba podnieść deskę od podłogi”. Ja z kolei, nieuświadomiona, nie rozumiałam, dlaczego naszą nianię położyli na podłodze i tak jeden po drugim skakali po niej. Kiedy pojawił się tato, NKWDziści skuli go i wyprowadzili. Mamy jeszcze nie było, z pracy zawsze wracała później od ojca. Młoda niania Bazylesia brzytwą poprzecinała sobie żyły, krew wylewała się na podłogę. Ja byłam bezradna, a brat wystraszony uciekł na Pohulankę, schował się w Lasku. Gdzie byli dziadek z babcią, nie pamiętam, a pies Miśko – bernardyn spał. Zostałam sama, bardzo wystraszona. Kiedy pojawiła się mama, niania nie żyła. Sąsiedzi pomagali, odnaleźli brata Ludwisia. Czekałam tylko, kiedy zobaczę znów ojca, bo byłam przyzwyczajona, że na dobranockę był z nami.

 

Trudno było się pogodzić z nieobecnością taty. Wtedy jeszcze rodzina nie wyobrażała sobie, że głowa rodziny już nigdy nie wróci do domu. Na pewno mama i inni członkowie rodziny starali się ustalić, w którym z lwowskich więzień osadzono ojca, jakie postawiono mu zarzuty?

Podjęte przez ciocię poszukiwania w lwowskich więzieniach nie dały rezultatu. Prawdopodobnie ojciec niedługo po aresztowaniu został wywieziony ze Lwowa, tak jak tysiące innych więźniów. Tato przepadł bez śladu. Nigdy już nie zobaczyłyśmy go. Mama niechętnie (już po opuszczeniu Lwowa) wspominała o tych wydarzeniach. Wiele razy w życiu spotykały nas szykany. Jednak po zamieszkaniu w Rzeszowie wszystko się dobrze ułożyło.

 

W czasie okupacji sowieckiej, a także niemieckiej rodzina przeżywała rozmaite trudności związane z zaopatrzeniem w żywność. W związku z tym wzrosło znaczenie własnego ogrodu.

Tak było, nie wystarczało mieć tylko pieniądze. Mieliśmy rodzinę ze strony babci Franciszki Zając-Pszon w miejscowości Borszczów, która prowadziła gospodarstwo rolne. Oni nam pomagali. Tam też pomieszkiwaliśmy w wolnym czasie. To, co się udało uprawiać we własnym ogrodzie, musiało wystarczyć. Tak mieli wszyscy mieszkańcy przy ul. Bukowej – bo to nie było Śródmieście. Hodowało się dwie kozy i kury. Porcje żywieniowe były ograniczone. Z przydziału na kartki należała się tylko jedna kromka chleba razowego na dobę, za to wszyscy mieliśmy smukłe sylwetki. W tym czasie babcia Kluk-Panczyj dokarmiała dwu ukrywających się żydowskich chłopców. Byłam za mała, żeby wszystko o tym wiedzieć, a dorośli mieli swoje tajemnice. To już tajemnica bardzo ważna – moja. Dokładnej daty nie pamiętam. Przypominam sobie takie zdarzenie. Był rok szkolny, ciepła pora, wiosną, za okupacji niemieckiej. Wracając ze szkoły św. Antoniego tramwajem, uratowałam się przypadkowo. Był duży tłok. Mój pomysł. A niech to licho! Co to znaczy? Tam ma być tyle miejsca. Bo tylko „nurfirdojcze”? Przeszłam i usiadłam. Tu nie było nikogo. Na ostatnim przystanku umundurowani Niemcy otworzyli drzwi i wszystkich wygarnęli do samochodów. Ja i tramwajarz (kierowca) zostaliśmy. Potem, jak uciekałam, ochlapałam atramentem z kałamarza mundurek szkolny.

 

Proszę przypomnieć, jakie zdarzenia poprzedziły wyjazd rodziny ze Lwowa. Coraz częściej mówiło się o zbliżającym się froncie i trzeba było się spodziewać, że wojska sowieckie ponownie zajmą Lwów. Czy w związku z tymi pogłoskami w domu przygotowywano się do tego bolesnego kroku, czy też decyzja zapadła nagle, w ciągu paru dni?

Stało się to z dnia na dzień. Mama podjęła przygotowania, o których nie wiedziałam. Wyjechaliśmy ze Lwowa na zachód.

 

 

 Mieczysław Opałek, Emilia Kluk i o. Hieronim Warachim

 

Kiedy po ucieczce z ul. Bukowej i schronieniu się u babci wyjechałyście ze Lwowa?

Po przespaniu kilku nocy. Babcia Franciszka Pszon z siostrą mojej mamy, Stanisławą Pszon, mieszkały na ul. Królowej Jadwigi (to boczna Gródeckiej). Bezpośrednio po lekcjach, na polecenie mamy, jechałam do nich. Ja często pozwalałam sobie spacerować po Lwowie. Po drodze ze szkoły prawie codziennie chodziłam na cmentarz Łyczakowski, pod pomnik Marii Konopnickiej. Mama przyszła po pracy, a wcześniej sąsiedzi z ul. Bukowej dowieźli przechowywane bagaże. Rano przed mieszkaniem babci czekał wóz drabiniasty rodziny z Borszczowa. Był zaprzężony w dwa konie i tak wyjechałyśmy, a wszystko zostało u dziadków pod kluczem na ul. Bukowej. Mama zostawiła zakład gorseciarski pod opieką trzech pań, które były tam zatrudnione. Mama liczyła, że wyjeżdżamy na krótko. W pierwszą noc po naszej ucieczce do babci wszystko zostało spalone przez banderowców. Mieliśmy zginąć, tak jak dziadkowie Katarzyna i Eliasz, którzy pozostali.

 

Bez wątpienia pani wtedy jako dziesięcioletnia dziewczynka nie zdawała sobie sprawy ze znaczenia opuszczenia miasta i rodzinnego domu.

Tęskniłam za babcią i dziadkiem, także za koleżankami. Z drugiej strony bardzo mi się na wsi podobało, nie było gruzów – była wiosna, dużo zieleni. Był spokój.

 

W życiu rodziny Kluków, podobnie jak w życiu milionów Polaków zamieszkałych na ziemiach kresowych, zaczynał się nowy rozdział.

Dla mnie to były wielkie zmiany, niemal każdego roku. Tliła się nadzieja, że powrócimy na swoje. Tak, trudno było sobie wyobrazić, by mogło być inaczej.

 

Wraz z mamą, ciocią i babcią zatrzymałyście się we wsi Świętoniowa koło Przeworska, bo tam byli znajomi. Zamieszkałyście w wynajętym pokoju u jednego z rolników. Tutaj na wsi wszystko wyglądało inaczej. Jak oceniła to nowe otoczenie dziesięciolatka ze Lwowa? Proszę o przypomnienie, jak dostosowałyście się do nowych, niełatwych warunków życia? Jak było z edukacją? Naukę rozpoczęła Pani jeszcze we Lwowie i trzeba ją było kontynuować w nowych warunkach.

Mieszkałyśmy na Zakręciu u Józefa Muchy. To „kmieć” mówili złośliwi. Miał żonę Katarzynę, dwóch synów i dwie córki, Stefanię i Marię w moim wieku. Wynajęta izba była mniejsza, ale miałyśmy dostęp do gościnnej. Były umeblowane. W naszej znajdowały się dwa szlabanki. Ja spałam na zapiecku – było mi zawsze ciepło. Umeblowanie uzupełniały: kredens, szafki i kufer z walizkami oraz maszyna do szycia – najbardziej przydatna. Były przywiezione ze Lwowa i przydawały się do przechowywania odzieży, materiałów, biżuterii i dokumentów. Musiałyśmy pracować, aby zdobyć pożywienie. Te „wałkowane” (ewakuowane) dziady – tak z ironią mówiono o nas – „za złote pierścionki chcieliby mieć wszystko”? Musiałam pracować. Do moich obowiązków należało wypasanie krów i zbieranie na taczki odchodów przeznaczonych do nawożenia. Im więcej zebrałam, tym więcej dostawałam jedzenia. A mama za pracę krawcowej otrzymywała worek kartofli, pszenicy lub inne warzywa i owoce. Singer (maszyna) służył mamie do końca żywota, do 2002 r. Teraz służy mnie (po dorobieniu blatu) jako stolik pod telewizor. Jeszcze jak byłyśmy w Świętoniowej, pan Mucha zmarł nagle. Babcia Franciszka na zawsze w Świętoniowej pozostała, teraz łączy nas na przykład Dzień Wszystkich Świętych. Wieś jest już niepodobna do tamtej. Koleżanek mi tam nie brakowało, jednak czasu na wspólne zabawy było mało, a w niedzielę po mszy świętej już się grządek nie plewiło. Można było czytać zadane lektury. W tym dniu na drodze w wyznaczonych godzinach tłok był duży w obie strony. Do kościoła w swojej parafii lub na odpust do Grodziska każdy szedł wystrojony. Kobiety boso niosły swoje kapcie dla oszczędności. Rodziny liczniejsze dojeżdżały furmankami. Dom, w którym mieszkałyśmy, stał pośrodku bardzo rozciągniętej wsi. Lubiłam przechodzić te kilometry na bosaka – trzewiki były potrzebne na zimę według tamtej mody. Codzienna taka edukacja miała dla mnie duże znaczenie: to był w moich oczach piękny krajobraz od wiosny do zimy. Domy zbudowane były z drewna, nawet kościół parafialny był drewniany. We wsi znajdował się tartak, którego właścicielem był ks. proboszcz. Tylko szkoła była murowana. Trudno mi było zrozumieć i pogodzić się z przyjętymi w niej zwyczajami. Na początku byłam wyśmiewana przez kolegów z klasy, nie tylko dlatego, że sukieneczkę miałam mini, a nie po kostki, ale że pod nią miałam bieliznę. Jakoś sobie z tym poradziłam, mama sukieneczki przedłużyła falbankami, a ja po drodze do szkoły drugiej części garderoby pozbywałam się, zostawiając ją czasowo w łanie pszenicy. Kiedy sprawdzali mnie rówieśnicy z klasy, byłam w porządku, jak inne dziewczyny. W szkole nieposłuszni otrzymywali razy linijką po rękach (zostały mi krzywe palce). Bardziej cierpiałam, kiedy całą lekcję musiałam klęczeć z rękami podniesionymi do góry. A raz stało się tak: ksiądz na lekcji religii chciał dać chłopcom za dobry przykład dziewczynki, które były pilniejsze w odrabianiu zadań. Nakazał nam nauczyć się ministrantury. Wtedy pomyślałam: a po co? Do mszy świętej służyć nie będę mogła (nawet za balaski nam nie wolno było wejść). Za to zostałam ukarana. Poprawczaka nie było, zastępowała go tzw. koza – ciemne pomieszczenie, w którym zamyka się dziecko za przewinienie na cały dzień. To było przeżycie, szczególnie dla mamy, kiedy ta jej „niegrzeczna Micia” po lekcjach nie wróciła do chaty. Pod wieczór odebrała mnie mama. Czytać, pisać i liczyć według programu umiałam, mimo że pod ławką ciągle coś rysowałam.

 

Tymczasem zakończyła się wojna. Jesień 1944 roku powitała państwo polskie pozostające pod kuratelą Związku Sowieckiego, kierowane przez komunistów. Dorastała pani w rodzinie, którą bardzo dotknęły prześladowania ze strony władzy sowieckiej. W rodzinie Kluków niechętnie, z wielką rezerwą odnoszono się do nowych porządków zaprowadzanych przez władze komunistycznej Polski. Wypędzeni ze Lwowa byli przekonani, że wszystko się jeszcze zmieni… wybuchnie III wojna światowa, która zmieni komunistyczny ład, a Polska odzyska niepodległość i Kresy.

Jeszcze byłyśmy w Świętoniowej, jak wkroczyła sowiecka armia wyzwoleńcza. Wiele osób w to wierzyło, że nas wyzwolono. To, że przeżyli, byli szczęśliwi. W naszej wsi, na dużym pastwisku niedaleko szkoły, znajdowało się polowe lotnisko. Chodziłam tam zainteresowana, jak skonstruowane są (nazwę znałam) kukuruźniki, popularne dwupłatowe samoloty. Kiedyś pilot zaprosił mnie do środka, wsiadłam, odlecieliśmy. Było to dla mnie nieoczekiwane, radosne przeżycie. Z tego też „wyciągnęłam” wniosek (bo nic mi się nie stało), że nie wszyscy są źli. Do dziś zapamiętałam słowa pilota: „Bywaj, no posmatri na mienia, kakoje moje charoszyje głaza… kak u karowy”. Nie od razu powiedziałam o tym mamie. Jestem pewna, że dostałabym wielkie lanie… Na zimę przeprowadziłyśmy się do wynajętego mieszkania w Przeworsku, na Błoniu Browarnym, a po dwóch latach na ul. Bernardyńską. Mieszkało tam też w różnych miejscach wiele osób z Kresów – osobiście mi znany dr Opałek, Hrycek, Frey, Wygoda, wszyscy mieli wyższe wykształcenie pedagogiczne, medyczne, inżynierskie. Mama im usługiwała – prowadziła pracownię krawiecko-gorseciarską i mogła zdobywać w ten sposób środki na utrzymanie. Pracowała do ostatnich dni swojego życia. Miała w 2002 r. 91 lat. Szkołę ukończyłam w Przeworsku. Nauczyciele skierowali mnie do Liceum Pedagogicznego w Rzeszowie. Dowiedziałam się o rekrutacji do Liceum Plastycznego w Jarosławiu. Zdałam egzamin i zamieszkałam w internacie. Ale do zmiany szkoły przyznałam się dopiero, jak mama miała przyjechać na wywiadówkę. Zawsze sama podejmowałam ważne dla mnie decyzje. Byłam także przez pięć lat uczestniczką znanego nie tylko w Jarosławiu Zespołu Pieśni i Tańca Lidii Nartowskiej.

 

Krytyczny stosunek do peerelowskiej rzeczywistości, publiczne wyrażanie swoich poglądów tworzyło wokół przekornej nastolatki określoną aurę, co stało się przyczyną poważnych kłopotów i zaciążyło na życiu mojej rozmówczyni.

Tuż przed maturą zmarł towarzysz Stalin – i ktoś na moje konto w jego portrecie wydłubał oczy. Ponieważ z koleżanką zawsze najdłużej uczyłyśmy się w świetlicy, na nas padło podejrzenie. Byłyśmy przesłuchiwane, nie pomogły zapewnienia „nie, to nie ja”. Za karę miałam nie zdawać matury, ale profesor i dyrektor obronili mnie, zdałam egzamin maturalny, zdałam też egzamin i zostałam przyjęta na Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Uczęszczałam na wszystkie zajęcia w pierwszym semestrze, aż do czasu kiedy przystąpiłam do egzaminu z wiedzy o Polsce współczesnej (był taki przedmiot). Podałam nazwisko Kluk. Do profesora podszedł nieznany mężczyzna i nakazał mnie skreślić z listy studentów, podając jako powód „element szkodliwy społecznie”. Nie wiem, kto się o to postarał…

 

Życie Emilii Kluk mogło potoczyć się zupełnie inaczej. Odebrano Pani możliwość ukończenia wymarzonej uczelni. Był to dotkliwy cios, z którym jednak musiała się Pani pogodzić.

Dostałam nakaz pracy do Domu Wczasów Dziecięcych (dla sierot) w Jagniątkowie koło Karpacza. Po roku jednak, chociaż byłam bardzo zadowolona, zwolniono mnie z pracy z bardzo złym świadectwem. Padały uwagi: „Jak wychowa te dzieci? Rano i wieczorem paciorek, jakieś nabożeństwa”. Blisko mi było do Wrocławia. Wybrałam się tam, bo mieszkała tam siostra mojej mamy, ciocia Stanisława Pszon-Węgrzyńska. Posiadała na tyle duże mieszkanie, że mogłam pozostać.

 

Jak to było we Wrocławiu?

Podjęłam pracę w Teatrze Lalki i Aktora. W pracowni projektowej wykonywałam kukiełki. Po roku zrezygnowałam, bo nadarzyła się okazja. Państwowe Przedsiębiorstwo Wydawnictw Kartograficznych (dawna Książnica Atlas ze Lwowa) poszukiwała rysownika kartograficznego, przygotowującego mapy do druku w technice offsetowej. Wszystko trzeba było wykonać ręcznie. Na wstępie odbył się egzamin i ja go właśnie wygrałam. Bardzo na tym zyskałam finansowo. Praca była na akord.

 

W tym czasie wychodzi pani za mąż. Jak poznała pani męża?

Moim mężem został Ignacy Wołoszyn. Znaliśmy się już w Liceum Plastycznym w Jarosławiu. Pochodził z wielodzietnej rodziny (był dziesiątym synem). Rok młodszy ode mnie – byliśmy w liceum plastycznym w tej samej klasie. Zdolny, dobry uczeń, pomagał mi ogarnąć matematykę, z którą zawsze miałam kłopoty. Mieszkał we Wrocławiu z rodziną brata: Julian był profesorem na Politechnice, Ignacy tam ukończył studia na Wydziale Architektury wraz z Konserwacją Zabytków. Otrzymał pracę w niewielkim zespole specjalistów. Pobraliśmy się, pojawiły się dzieci, którymi sama musiałam się zajmować ze względu na ciągłe wyjazdy męża do pracy w terenie. Z tą sytuacją się godziłam. Była wielka miłość, małżeństwo pewnie przetrwałoby próbę czasu, gdyby nie charakter pracy i nadużywanie alkoholu. Mąż zerwał rodzinny kontakt przed urodzeniem się syna – nie spotkali się nigdy. Nie płacił alimentów. Tak samo traktował pozostałe swoje dzieci.

 

Sytuacja młodej matki z dwojgiem małych dzieci nie była do pozazdroszczenia.

Były mąż od lat już nie żyje. Niestety, myśląc o tym, co się działo, żal mi było męża – ojca naszych dzieci, że tak nieodpowiedzialnie postępował. Jako młody kawaler całkiem inaczej się zapowiadał. Boleli nad tym wszyscy. Nie myślałam tylko o sobie. Dzieciom byłam potrzebna podwójnie, by ofiarować to, czego im brakowało – miłości i pełnej rodziny. Dzieci nie mogły tej sytuacji zrozumieć, toteż syn, będąc małym chłopcem, mówił, że chce być dobrym ojcem, żeby wszystkim było dobrze.

 

Niespodziewanie pojawia się nadzieja na lepsze warunki życia, poprawę sytuacji materialnej. Na drugim końcu Polski, w Rzeszowie, wybudowano dwa zakłady graficzne. Rzeszów potrzebuje fachowców, by nowoczesne zakłady mogły rozwinąć skrzydła, oferują rozmaite zachęty. Wśród nich najważniejsze to mieszkania dla specjalistów, którzy zdecydują się podjąć pracę w nowym przedsiębiorstwie. Postanawia się Pani przenieść do Rzeszowa.

Początkowo stosunki w PPWK we Wrocławiu były sympatyczne. Nie było organizacji partyjnych, jednak nowy dyrektor postanowił ją założyć. Warunek był taki: wszyscy mieli obowiązek wypełnić deklaracje. Lwowiacy nie potrzebowali tego w pracy. Jak ktoś nie wyraził zgody, nie zwalniali, ale trzeba było złożyć wymówienie na własną prośbę. Ja podjęłam taką decyzję. W 1969 r. wyjechałam do Rzeszowa z tego względu, że było mi bliżej do mamy, która mieszkała w Przeworsku. Przyjechali inni.

 

I to będzie ostatnia przeprowadzka w życiu młodej lwowianki z ul. Bukowej. Osiadła Pani na stałe w Rzeszowie, wychowała dzieci. Stopniowo wrasta w nowe środowisko. Staje się lokalną patriotką.

Okazało się, że nie ma dla mnie pracy w Zakładach Graficznych. Ale jako rysownik kartograficzny otrzymałam etat w Biurze Geodezji i Kartografii, robiłam to samo co w PPWK we Wrocławiu na lepszych warunkach płatniczych… na akord… i dobrze mi tu było i jest na emeryturze. Na spacerze widzę jakby klimat Lwowa.

 

Kiedy pod koniec PRL, w 1989 roku, powstaje również w Rzeszowie Oddział Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, jest Pani jedną z pierwszych, która do niego wstępuje. W pierwszych miesiącach do rzeszowskiego TMLiKPW zgłosiło akces kilkaset osób. Daje się Pani poznać z tego, że między innymi na zebraniach, uroczystościach podejmowanych przez TMLiKPW i nie tylko tu, przychodzi z blokiem i pisakiem wypełnionym tuszem – portretuje uczestników. Szkicowane na gorąco trafiają do rąk portretowanych, pojawiają się w publikacjach. Dzięki nim siwa pani o regularnych rysach stała się osobą rozpoznawalną i popularną.

Nie można nie zauważyć białogłowy. Kiedy już przysiądzie, nie potrafi być bezczynna, ponieważ z tego, co słyszy, do Kroniki nie wpisuje, to, co widzi, rysuje. Będą miały wnuczki niemało makulatury do wyrzucenia „O nie, my będziemy sprzedawać te autografy, które babcia zbiera”… Co do TMLiKPW – to że jestem z nimi, napisałam do Kroniki:

Ja pochodzę ze Lwowa.

Dziadunio z Gródeckiej, babcia z Łyczakowa.

Nasz adres – ulica Bukowa 32A.

I czego ja mogę chcieć – ha?

Oj, chciałabym, chciała pohulać na Pohulankę!

Z pędzlem i farbami, bo tak mnie mami

krajobraz serdeczny swoimi barwami

Co pozwala mi żyć i śnić

bo kocham Cię, Lwowie, i kocham Was.

Na mój wiek to mało możliwe, a jednak wygrałam „kasting” do reklamy. To był długi filmik „Serek babuni”, nagrany na zamówienie w Agencji Reklamowej BODZIO.

 

Zatrzymajmy się na chwilkę przy Pani rodzinie. Postawiła pani wysoko poprzeczkę i dzieci muszą kończyć wyższe studia, zdobyć solidne zawody, by łatwiej było iść przez życie.

Pensja musiała wystarczyć. W każdym miesiącu trzeba było oszczędzać. Wszystko się unormowało w Rzeszowie. Wraz z pracą otrzymałam mieszkanie, które wykupiłam na własność. Byliśmy całkowicie na swoim. Dzieci dorastały w dobrych warunkach. Niczego im nie nakazywałam. Miały tylko wiedzieć, jak wybrać między tym co dobre, a co się nie godzi. Dorosłe swoje życie sami planowali. Zaakceptowałam to, niczego nie zabraniając, bo też nie było takiej potrzeby. Córka ukończyła studia magisterskie na kierunku matematyka w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Rzeszowie. Krótko pracowała w szkole podstawowej. Otrzymała propozycję pracy na uczelni, na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Rzeszowskiego. Miała okazję, bo tak wybrała, ukończyć studia podyplomowe z informatyki. Na tej samej uczelni pracuje 35 lat… Syn też sam wybrał, czym był zainteresowany – studia na Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie. Był to kierunek trenerski, poza tym na Akademii im. Leona Koźmińskiego w Warszawie. To były studia podyplomowe zarządzania… Obydwoje w wybranych zawodach się spełniają. Jest bardzo dobrze. Mają dobrą pracę i wiele obowiązków. Są bardzo zajęci – z tym sobie radę dają.

 

Proszę jeszcze parę zdań o wnukach i prawnukach. Jest pani szczęśliwą mamą, babcią i prababcią, dumną ze swojej licznej rodziny. Nie każdemu małżeństwu żyjącemu w znacznie lepszych warunkach udaje się stworzyć trzypokoleniową wspólnotę rodzinną.

Jeżeli chodzi o dużą wspólnotę rodzinną, to należałoby zaliczyć tę ze strony synowej, jak i zięcia. Wszyscy są sobie bardzo bliscy. Córka swojego męża poznała na uczelni, kiedy tam pracowała – czcigodnego prof. dr. Michała Lorensa – matematyka. W 1988 r. on oświadczył się: „Pierwiastku mój, Mantyso moja Najdroższa, uwielbiam Cię wprost proporcjonalnie do kwadratu odległości sumy Twoich ząbków, cosinus Twoich nóżek, parabolę Twojego ciała. Przyznaj się, moja kochana, czy byłaś kiedyś logarytmowana? Jeśli jesteś tak idealna jak punkt geometryczny, pozwól, abyśmy się stali ciałem algebraicznym, gdzie Ty będziesz licznikiem, a ja mianownikiem, mama Twoja, czyli moja teściowa, będzie jak kreska ułamkowa…”

 

Cóż za wspaniałe oświadczyny!

Na to Ona na nas spojrzała i „TAK”! rzekła mu Marysia.

Syn z synową pobrali się, jak mieli zaliczony staż pracy. Medycynę nie wystarczy tylko studiować. A kiedy już chodziło o wspólne życie, wszystko trzeba było dobrze zaplanować. Po ślubie, jeżeli chodzi o dzieci, też się nie spieszyli. Było tak, jak Bóg dał. Babcia przeszła na emeryturę, kiedy wnuczki nie mogły być samodzielne. Z pomocą spieszyła również druga babcia Joanna Szela… Tak też się wszystkie bardzo kochały. ­Wnuczki to Kasia i Basia, córeczki synowej Aliny i syna Jarosława. Od małego spragnione wiedzy na temat świata, znały lepiej miasta różnych krajów niż ja Lwów czy Rzeszów. Naukę pobierały w szkole według programu, a języków uczyły się prywatnie. Na zajęciach malowały z babcią obrazy. Nie było czasu na nudę. Kiedy się już z babcią Emilią pożegnały i rodziców opuściły – obydwie dorosłe, na studia wyjechały do Krakowa – to na stałe tam zostały. Kraków nie chciał się przenieść do Rzeszowa. Jesteśmy wszyscy w bardzo dobrym kontakcie. Tak Katarzyna, jak i Barbara ukończyły studia na Akademii Ekonomicznej – Wydział Stosunki Międzynarodowe, specjalność handel zagraniczny. Odbywały w tym samym czasie bezpłatny staż w firmie i od razu bardzo dobrze przygotowane otrzymały pracę, taką, jaką lubią. Latają na końce świata zadowolone z międzynarodowych wypraw. Mają dobre wyniki. Barbara 1 lipca 2017 wyszła za mąż. Babcia na weselu podskakiwała ze szczęścia. Mężowie moich wnuczek to koledzy z tej samej branży, więc jak można by się nie rozumieć? Cieszyć się można, że nie ma przeszkód, to będą dzieci. U pierwszej wnuczki Piotruś już 3 latka ukończył. Rodzice Piotrusia w każdej potrzebie mają wsparcie od wspaniałej rodziny, która się rozrasta. U drugiej wnuczki będzie jak Bóg da, biorąc pod uwagę zwyczaje panujące po obydwu stronach rodziny. Nie tylko Eros tu się liczy. 500 + im się nie należy. Wszystko już mają.

 

Czy babci i mamie udało się przekazać swoim następcom zainteresowanie i miłość do Ziem Utraconych, a w szczególności do wspaniałego niezapomnianego grodu, jakim był Polski Lwów.

Od małego słuchały jak pięknej bajki i rosły z nich mole książkowe, a ci, którzy w bliskiej rodzinie nie mają korzeni kresowych, są zainteresowani historią. Bo miłość Ojczyzny naszym prawem – amor patriae nostra lex.

 

Chociaż od dziesięcioleci Pani miastem jest Rzeszów, który bardzo wypiękniał w ostatnim dziesięcioleciu i zbiera pochwały przybyszów z dużych metropolii – udaje się pani utrzymać stały, serdeczny kontakt z dziećmi, wnukami, prawnukiem osiadłym w podwawelskim grodzie.

To tak, jak już wcześniej napisałam: jesteśmy jak kochająca się rodzina i nie może być inaczej. Nikt nikomu nowych zasad nie dyktuje – robi to, co od serca czuje. Ale też liczy się czas, kto go ma więcej, to w tę lub w tamtą stronę wędruje.

 

Wiem, że jest Pani osobą bardzo ruchliwą, przedsiębiorczą i towarzyską, czemu sprzyja dobry stan zdrowia. Wiem także, że jest Pani zaangażowana w wielu organizacjach społecznych. O Towarzystwie Miłośników Lwowa już wspominaliśmy, ale tych organizacji jest podobno około dziesięciu. Nie dokucza Pani samotność. Nie zdarzyło się, by narzekała Pani, chociaż w życiu nie brakło trudnych zdarzeń i chwil. Zaraża Pani optymizmem, pogodą ducha. Swoich znajomych prosi Pani, by dzwonili po godz. 20, bo dopiero wieczorem wraca do swojego mieszkania. Co chyba jest regułą, bo musi Pani mieć czas na swoją twórczość plastyczną, na ilustrowanie tomików poetów, z którymi się przyjaźni. Sporo czasu pochłaniają spotkania, zebrania, udział w rozmaitych imprezach organizowanych przez stowarzyszenia twórcze. Jak się wydaje, szczególnie bliskie jest Pani stowarzyszenie plastyków amatorów przy Wojewódzkim Domu Kultury.

W każdym stowarzyszeniu według planów na cały rok trzeba wiele czasu poświęcić dla satysfakcji, bo tylko to się z tego ma, jak się uda komuś pomóc. Regionalne Stowarzyszenie Twórców Kultury przy WDK podzielone jest na wiele współpracujących ze sobą sekcji: Literacka, Muzyczna, Teatralna, Plastyczna. Chociaż zebranie organizacyjne odbywa się raz w miesiącu – w pierwsze poniedziałki, to na co dzień według planu spotykamy się na różnych imprezach. Mnie, w sekcji plastycznej, w której przez cały czas byłam od początku 2007 r. kierowniczką, nie zabrakło współpracy szczególnie z sekcją poetycko-literacką. Oni wydają wiele tomików – wena ich nie opuszcza, a ja mam to przeczytać, żeby zilustrować (już dużo tego było). Mamy też swoje wystawy obrazów, rzeźb. Również poza Rzeszowem. Odbywa się to w domach kultury, urzędach, bibliotekach, także z dziećmi w rzeszowskim Młodzieżowym Domu Kultury. Jeszcze więcej wystaw jest organizowanych w klubie plastyka amatora przy WDK. Pierwsze czwartki miesiąca są poświęcone pracy twórczej. Z klubu co roku wyjeżdżamy na plenery. Korzystamy też z zaproszeń Gminnych Ośrodków Kultury. Biorę udział w wystawach i konkursach ogólnopolskich. Otrzymałam wiele nagród. Jestem też członkiem Klubów Seniora – przy Osiedlowym Domu Kultury na os. 1000-lecia i PTTK, gdzie już z braku czasu i zasobów finansowych nie jestem w stanie codziennie korzystać z wyjazdów na wycieczki. Nie ma takiego obowiązku. Każdy sam decyduje, co gdzie i kiedy odwiedzi. Raz w miesiącu spotykamy się na wykładzie z historykami sztuki, globtroterami, oglądamy filmy z podróży. W Osiedlowym Domu Kultury jesteśmy bardzo zaangażowani. Przez cały rok spotykamy się nie tylko raz w tygodniu – z urozmaiconym programem. Jest organizowanych wiele wycieczek i cotygodniowe zabawy, wieczory poetyckie, rocznicowe, wystawy plastyczne. Najbliżsi są mi Kresowiacy, tak przez moje zainteresowania Klub Plastyczny – kiedyś też istniał przy Civitas Christiana, gdzie jestem członkiem – wszędzie, średnio od pół wieku. Od 8 lat przekazuję obrazy na aukcje dla hospicjum dla dzieci. Po wystawie w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej są sprzedawane. Za te działania otrzymałam złotą odznakę na jubileuszu RSTK od Ministra Kultury, a w kwietniu 2017 wręczono mi Złoty Krzyż Zasługi od Prezydenta RP. Przyszłość jest nieprzewidywalna, nie wiem, co jeszcze może się przydarzyć.

 

Słyszałem, że jedna z przyjaciółek z RSTK pisze o pani książkę. Zapewne mieszkając w Rzeszowie (stąd blisko do Lwowa) niejeden raz odwiedziła Pani rodzinne strony. Czy dotarła pani na ul. Bukową, do miejsca gdzie stał dom otoczony „pięknym ogrodem”? Mówię „stał” w czasie przeszłym, bo to gniazdo rodzinne, otulone ciepłymi wspomnieniami od dawna nie istnieje…

Wspomnienia są też tragiczne – o czym już mówiliśmy. Wielokrotnie odwiedzałam Lwów z wycieczkami dla wspomnień historycznych tego miasta i kultury. Bywało się w teatrze. Co roku z Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich wyjeżdżamy na zaproszenie ks. Piotra Smolki, proboszcza przy kościele św. Piotra i Pawła w Przemyślanach, na odpust 30 czerwca. Zabieramy ze sobą dary na pomoc dla potrzebujących. W tym celu namalowałam dla kościoła dwa obrazy: św. św. Piotra i Pawła oraz „Jezu, ufam Tobie”. Jednak jadąc przez Lwów w obie strony nie udało mi się dotrzeć do ul. Bukowej. Miałam za mało czasu. Jak to tam teraz wygląda, oglądałam w internecie. Nic mi to nie zwróci… oprócz wspomnień – sielskiego dzieciństwa oraz przykrych lat wojny, związanych z tym drogim dla mnie miejscem. Z rodzin kochanych osób też nikogo już nie ma, żyją jedynie w pamięci.

 

Czego należy życzyć osobie wyjątkowej, ruchliwej, pogodnej i stale się gdzieś śpieszącej, która imponuje niezwykłą żywotnością? Porusza się po ulicach Rzeszowa z wdziękiem dwudziestolatki.

Aby pamięć nie zawodziła, „bo co w tym wieku mogę chcieć” – tak mi powiedział mój lekarz pierwszego kontaktu. Robię wszystko to, co muszę i do tego lubię, aby pomagać innym, na ile mnie stać. Tylko i wyłącznie swoją pracą – poświęceniem.

 

Dziękuję Pani za rozmowę.