Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Natalia Tarkowska, ROZMOWA Z MARIĄ KORZINEK

[3/2017]

Można było płakać,

to były ostatnie ­wakacje życia

Z Marią Korzinek z domu Żurowską,

urodzoną we Lwowie,

rozmawia Natalia Tarkowska

 

Pani Mario, zgodziła się Pani opowiedzieć o swoich ostatnich wakacjach na Kresach. Trzyma Pani w rękach piękny huculski album.

Nic nie przywiozłam ze Lwowa, żadnych fortepianów, meble i wszystko zostało. Zabrałam tylko albumy ze zdjęciami. Siedemnaście lat mam na tych zdjęciach. Rok przed maturą we Lwowie. Skończyłam prywatne gimnazjum sióstr Nazaretanek. Byłam taką ładną dziewczyną, zupełnie jak modelka. Miałam długie ładne nogi i długie bardzo ładne zęby. Kochałam sport, kochałam wycieczki. Grałam w siatkówkę, jeździłam na nartach i łyżwach. Moje ostatnie wakacje były w 1939 roku. I my z mamą tydzień przed wrześniem wracamy ze wspaniałych dwumiesięcznych wakacji w Kutach. W ogóle nie myślimy o Hitlerze, o wojnie. Jesteśmy na naszych cudownych corocznych wczasach. Mama mówiła: wszyscy się już pakują, robią nie wiadomo co. A my tydzień przed wojną przyjeżdżamy do Lwowa do domu. To były ostatnie wakacje.

 

Jak wyglądała Wasza podróż do Kut?

Jeździliśmy pociągiem ze Lwowa do Kołomyi, która była ostatnią stacją. W Kutach był mały domek, tam wszystkie domki są małe i piękne. Myśmy przyjeżdżali na lato. Mama brała olbrzymi kosz, ładowała do niego rzeczy i jechaliśmy do Kut. Zaraz po przyjeździe zakochaliśmy się w tych Kutach i w tym Kosowie. W Kutach wynajmowaliśmy domek w pobliżu plaży, u gospodyni Hucułki. Rano robiło się w domu śniadanie i szło się na plażę, a potem stamtąd na obiady do restauracji na rynku.

 

Patrząc na fotografie można sądzić, że większość czasu spędzaliście na plaży nad Czeremoszem. Jakie są Pani wspomnienia z tych chwil?

Co to był Czeremosz? Najpiękniejsza rzeka, taka czysta woda, że można było pić herbatę. Nadzwyczajna woda. Tuśmy się wszyscy kąpali, pływali. To było cudo, to była taka cudowna rzeka, taka rwąca i niebezpieczna. Trzeba było mieć silne nogi, żeby tu pływać i nie dać się utopić. Tu brałam pierwsze lekcje pływania. Poszłam z chłopakami nad rzekę i o mało się nie utopiłam. Czeremosz ma takie kotły, ale oni w trójkę mnie uratowali. Cały dzień plażowaliśmy na kamienistej plaży ze stolikami i ławeczkami. Miałam czerwony kostium z napisem S.O.S. To było radosne, piękne słońce i wspaniała roślinność. Zbierałam rumianki na bukiety. Tutaj spływały tratwy Hucułów. Na tratwy można było siadać, ale rodzice nam nie pozwalali.

 

Jak zapamiętała Pani Kuty?

Rynek w Kutach… mogę o tym mówić dzień i noc. Na górze w rynku była restauracja i budynek Sokoła. W tym Sokole my, młodzież, spotykaliśmy się na popołudniowych potańcówkach. Z rodzicami chodziło się na plażę, a w tygodniu po południu były tańce dla wczasowiczów. Młodzież umiała się bawić. Wakacje cudo. Niedziela zaczynała się w kościółku, stamtąd się wychodziło i robiło pamiątkowe zdjęcia. Na rynku był targ i rano wszyscy przyjeżdżali furami konnymi, nie było tam samochodów i taksówek. Były konie i wozy drabiniaste. Przywozili różne arbuzy. Te arbuzy rzucali na ziemię, nie było żadnych stołów, sprzedawali od razu do ręki. Zawsze rano jechało się na rynek, kupować owoce i kupować pyszne arbuzy i stąd ja kocham arbuzy i umiem kupować, bo trzeba było pukać w nie placem i wtedy słyszało się, czy jest dojrzały. I to były moje przeżycia.

 

W ciągu dwóch miesięcy wakacji odwiedzaliście również inne miejsca.

W Kutach wsiadało się w pociąg do Rumunii, który stał przed mostem. Wsiadało się, płaciło się urzędnikowi Rumunowi, który mówił: Proszę siadajcie, siadajcie. Siadaliśmy na jedną stację i już było się w Rumunii. Wysiadało się i kupowało się całe skrzynki winogron i win rumuńskich. Nie trzeba było mieć żadnych kart ani paszportów. Wskakiwało się w ciuchcię tratatata… wysiadało i było się już w Rumunii, na stacji kupowało się owoce i co dusza pragnie i ciach, ciach, ciach… przyjeżdżasz do domu.

 

W Pani albumie znajdują się również fotografie z Kosowa, który znajduje się nieopodal Kut. Ma Pani także wspaniałe drewniane inkrustowane pamiątki, takie jak album i pudełeczko.

Żeby jechać do Kosowa, wsiadaliśmy w dorożkę z konikami – mama, ciocia i my. Jechaliśmy spędzić dzień w Kosowie, gdzie zwiedzaliśmy wszystkie zakłady pracy, w których robiono ceramikę. W każdym domu stały pracownie, nie było podłogi, jeszcze były klepiska, ale wszędzie stały warsztaty tkackie. Wyrabiali przepiękne kilimy, była też robota w drewnie z koralikami. Byli bardzo utalentowani, pracowici, mieli dużo artyzmu. Kupiliśmy takie piękne flakony, które niestety przez okres wojny wszystkie się rozeszły. Szliśmy też na spacer nad wodospad Huk i siadaliśmy na skałkach.

 

Kuty i Kosów to miasteczka podgórskie. Czy chodziliście na górskie wycieczki?

To były piękne tereny, przepiękne. Szło się całą drogę wśród gór. Połoniny karpackie to jest już wysoko w górach. Idziesz i są łąki, same łąki i przepiękne powietrze. Były tam szałasy huculskie. Tam Huculi dawali nam kwaśne mleko – huślankę, którą jedliśmy łyżkami, oraz kaszę, którą jedliśmy z jednej miski. Wszędzie były owce i sianokosy. My mamy górali w Zakopanem, a Hucułów mieliśmy tu. Mam zdjęcie, na którym jestem ubrana w strój huculski. To były górskie wakacje, coś pięknego. Można było płakać, to były ostatnie wakacje życia. A potem trzeba było siedzieć, była wojna, Hitler i prześladowania.

 

Jak wyglądało Pani życie w czasie wojny i tuż po niej?

Po maturze zaczęłam studia weterynaryjne. Po roku przyszli Niemcy, za Niemców nie było studiów wyższych, powiedzieli: macie mieć tylko szkołę podstawową, nic więcej. Brali do roboty do fabryk, wywozili młodzież do obozów. Ja dostałam pracę w fabryce sztucznego miodu, który szedł dla wojska niemieckiego. Robiliśmy miód w kosteczkach. Potem przyszli Sowieci i powiedzieli: macie młodzież, to się uczcie, wszystkie uniwersytety otworzyli. Od razu zmieniłam studia i po roku weterynarii poszłam na farmację. Przyjechałam do Krakowa, skończyłam farmację na UJ i otrzymałam dyplom.

 

Dziękuję Pani za rozmowę.