Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Janusz M. Paluch, ROZMOWA Z JANEM WINGRALKIEM

[1/2018]

Od dłuższego czasu szukałem kontaktu z Panem. Wszyscy kierowali mnie do Warszawy. Tymczasem opuścił Pan stolicę dla Beskidu Żywieckiego…

Na emeryturze chciałem zamieszkać daleko od zgiełku miasta. Po 50 latach wspólnego życia w stolicy zdecydowaliśmy z żoną o wyjeździe. Tu jest pięknie o każdej porze roku, podobnie jak w rodzinnej Sądecczyźnie.

 

Chciałem rozmawiać o Pana pracy przy ratowaniu Cmentarza Orląt Lwowskich…

Na szczęście całą dokumentację mojej pracy na rzecz Cmentarza Orląt udało mi się zgromadzić i opublikować. Dwie książki, które ukazały się w latach 1993–1995 nakładem Instytutu Lwowskiego. To jest mój pamiętnik, inżyniera budowlańca, który pisałem na gorąco w tamtych dniach, od serca. A do tego album wydany w nakładzie 3000 egzemplarzy, który rozszedł się błyskawicznie. Opisałem w nich wszystko, co tam we Lwowie robiliśmy, jak odgruzowaliśmy i odbudowaliśmy Cmentarz Orląt Lwowskich. Teraz, chociaż jestem już schorowany, mam trudności z poruszaniem się, jeżdżę po okolicznych bibliotekach i domach kultury, spotykam się z młodzieżą i opowiadam im o Lwowie, o bohaterskich dziewczętach i chłopcach, którzy 100 lat temu, w listopadzie 1918 roku, postawili na szali swe życie w obronie polskości miasta Lwowa.

 

Z dzisiejszej perspektywy opowiada Pan o tamtych czasach z uśmiechem. Ale przecież to nie było takie proste…

Rzeczywiście, nie było tak kolorowo. Przecież działaliśmy w obcym państwie. Wielokrotnie byłem wzywany do prokuratora i poddawany przesłuchaniom. Nie było to najmilsze, choć wiedziałem, że bronić mnie będzie konsulat generalny RP.

 

Budził Pan Lwowskie Orlęta. Jak Pan trafił do Lwowa?

Pracowałem w Energopolu. Jeszcze nie było kontraktów podpisanych, a ja już tam pojechałem na umowę międzyrządową. Wtedy było jeszcze ZSRR. Byłem zatrudniony jako inżynier. Wcześniej byłem w innych miejscach Związku Radzieckiego, na innych budowach, na przykład na budowie smoleńskiej elektrowni atomowej w Diesnogorsku. Te pobyty przepłaciłem zdrowiem – zawał, bajpasy… A do Lwowa pojechałem na budowę rurociągu przechodzącego przez Lwów. Ale to było tylko hasło, wielkie oszustwo. Tak naprawdę budowaliśmy szkoły, przedszkola, budynki mieszkalne, wznosiliśmy różne obiekty na potrzeby tego rurociągu. Wtedy poznałem pana Józefa Bobrowskiego z Krakowa. Pracowaliśmy razem. Byłem na budowie jego zastępcą. To był wspaniały człowiek. Kiedy przyjechałem do Lwowa i zameldowałem się u niego do pracy, zapytał mnie, skąd jestem. Z Nowego Sącza – mówię. Bardzo się ucieszył. – To już wiem, że na pana mogę liczyć! – powiedział radośnie. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, o co chodzi. W krótkim czasie poznał mnie z takimi ludźmi we Lwowie, o których nie można nigdy zapominać. Pani Janina Zamojska, niesamowicie sympatyczna i ciepła kobieta mieszkająca w niezwykłym domu. Zaszczyciła mnie swą przyjaźnią, a ja do dziś jestem dumny, że byłem przyjacielem jej domu. To była wielka osoba! Tak walczyła o zwroty kościołów we Lwowie. Ileż pracy włożyła, by kościół Marii Magdaleny ponownie został świątynią i wrócił do kościoła rzymskokatolickiego. Niestety, nie do końca jej się to udało. Walczyła też o obecność języka polskiego w katedrze i w kościołach rzymskokatolickich. Mieszkała w domu, który na wskroś był polski, czułem się tam jak w muzeum. W jej mieszkaniu zachowała się atmosfera lat przedwojennych. Kiedyś odwiedziliśmy ją z państwem Bobrowskimi. Pani Janina miała oswojoną papużkę o imieniu Kubuś. Papużka żyła na wolności i fruwała sobie po całym mieszkaniu. Siedzieliśmy przy stole, nakrytym piękną i bogatą zastawą – jak w jakimś pałacu arystokratycznym. Kiedy jedliśmy obiad, papużka uparcie przysiadała na głowie pani Krystyny Bobrowskiej. Pani Krystyna bardzo się bała Kubusia i za każdym razem wznosiła okrzyki grozy, które wywoływały przy stole salwy śmiechu. A Kubuś wystraszony okrzykiem uciekał, po to by za chwilę znowu podjąć próbę usadowienia się na głowie pani Krystyny. (śmiech). Poznał mnie też z późniejszym biskupem o. Rafałem Kiernickim. Przeurocza postać, człowiek legenda. Pierwszy raz widziałem go w czasie mszy świętej w katedrze. W końcu podczas zwiedzania z panem Bobrowskim katedry poznałem osobiście o. Rafała. On zawsze był zajęty, ale tego dnia tylko dlatego, że był z nami pan Bobrowski, oprowadzał nas po katedrze. Mówił o historii kościoła. Potem spotykałem go częściej. Kiedy go odwiedzaliśmy, robił nam wykłady z historii Lwowa, historii katedry. Mówił szybko i niewyraźnie. Trzeba było się skupiać, by nie uronić słowa. Był świadom tego, że mówi szybko… Śmiał się z tego i zawsze obiecywał, że będzie opowiadał wolniej. Ale rzadko mu się to udawało. Pamiętam też msze święte na przełomie lat 80. i 90. XX wieku organizowane 1 listopada na Cmentarzu Orląt. Budowaliśmy ołtarz polowy, przy którym ks. kardynał Marian Jaworski i o. Rafał Kiernicki odprawiali msze święte. Potem odbywała się procesja na cmentarz Łyczakowski do czterech mogił Świętych Polaków. Do o. Rafała woziliśmy też różnego rodzaju sprzęty dla potrzeb Kościoła i Polaków we Lwowie: a to papier, kserokopiarki czy różne sprzęty elektroniczne dostarczane przez stowarzyszenia działające na rzecz Kresów w Polsce. Wpadłem też wtedy na pomysł, by w katedrze zrobić stoisko ze sprzedażą pocztówek i obrazków malowanych przez tamtejszych Polaków. We Lwowie mieszkało wtedy mnóstwo zdolnych ludzi. Trwało to może dwa–trzy tygodnie. Potem miejscowe władze zakazały tej działalności. A ja chciałem, żeby miejscowi Polacy mogli zarabiać. Przecież tam była tak ogromna bieda. Chodziło też o to, by dać im „wędkę”, a nie pieniądze, jak jałmużnę.

 

Skoro wspomina Pan lwowskie postaci związane z Cmentarzem Orląt, nie można pominąć państwa Cydzików.

Oczywiście, w końcu poznałem też państwa Cydzików – strażników Cmentarza Orląt Lwowskich. To byli bardzo zacni ludzie! To oni uczyli nie tylko mnie historii Lwowa i Polski. Dzięki nim poznałem wtedy historię cmentarza Łyczakowskiego i zasypanego śmieciami Cmentarza Orląt Lwowskich. Pani Cydzikowa była bardzo przyjaźnie do nas nastawiona. Ale jak jej się coś nie podobało, to nie odpuszczała! Nie było wtedy sentymentów. Kiedy nasi ludzie na polecenie Andrzeja Przewoźnika musieli zdemontować mosiężne litery z odnowionej mogiły Nieznanego Żołnierza, wpadła do naszego biura cała trzęsąca się ze zdenerwowania i krzyczała: Jak tak można! Panie inżynierze, tak nie może być! Proszę mi oddać te litery! Ja je muszę mieć! Na drugi dzień znalazłem te litery u któregoś z brygadzistów, zapakowałem i osobiście odwiozłem i oddałem pani Cydzikowej. Prosiłem ją, by niepotrzebnie nie wprowadzała takiej niemiłej atmosfery, bo przecież to nie od nas zależało usunięcie tego napisu, że musieliśmy wykonać żądanie Ukraińców. Potem zresztą trwały z władzami Lwowa negocjacje dotyczące tego napisu przez 5–6 lat. Napis zmieniano zresztą kilka razy. Walka o Cmentarz Orląt trwa do dzisiaj. O każdy szczegół, każdy element negocjacje, targi… We Lwowie na każdym kroku, na każdym szczeblu, począwszy od władz miejskich po władze Cmentarza Łyczakowskiego, napotykaliśmy na problemy. Praca z Cydzikami wywołała u mnie wielką miłość do Lwowa, co doprowadziło do tego, że w 1997 r. przystąpiłem z Energopolem do przetargu na odbudowę Cmentarza Orląt we Lwowie, który wygraliśmy, i pojechałem tam ponownie. Dzisiaj stan zdrowia nie pozwala mi bywać w tym moim ukochanym mieście.

 

Kiedy Pan poznał tych ludzi, Cmentarz Orląt był rumowiskiem, śmietniskiem. Tam były tylko ruiny Pomnika Chwały, zbezczeszczona kaplica i budynki warsztatów samochodowych w miejscu katakumb…

Rzeczywiście tak wyglądało to miejsce – lwowskie campo santo. Pobojowisko zarośnięte krzakami, zdewastowane, gdzie wałęsały się bezdomne psy, a miejscowi pijacy mieli swe meliny, choć teren był ogrodzony i niby nikogo nie wpuszczano. Myśmy się zaprzyjaźniali z tymi ludźmi i psami. Wchodziliśmy na cmentarz ich ścieżkami, przez dziurę w murze. Ukraińcy bramę na Cmentarz Orląt, od strony cmentarza Łyczakowskiego, zamurowali cegłami. Główna brama, od strony Pohulanki, nie została do 1939 roku skończona. Działaliśmy nieformalnie na terenie obcego państwa. Ale wtedy nie było tam innych możliwości. W końcu zaprzyjaźniliśmy się z głównym dyrektorem tego cmentarnego kombinatu budowlano-pogrzebowego. No co tu będę ukrywał… Wypiliśmy z nimi morze wódki, woziliśmy im z Polski różne ciuchy dżinsowe. W końcu, chcieli, żebyśmy im „zorganizowali” adresy osób w Polsce, którzy mieli grobowce rodzinne na cmentarzu Łyczakowskim. Chcieli otrzymać zrzeczenie się praw do grobowców. To był niesamowity handel! Powiedziałem o tym panu Bobrowskiemu. On trochę się przeraził, że za daleko sprawy zaszły, ale wiedział, że inną drogą niczego nie wskóramy. Powiedział tylko: Ostrożnie panie Janie, żebyśmy nie przekroczyli granicy bezpieczeństwa. Milicja u nich czuwa… Podaliśmy im jakieś lipne adresy – oczywiście sprawdzone. Musieliśmy przecież zdobywać ich zaufanie. To była naprawdę trudna i niebezpieczna gra. Jak bardzo, okazało się, kiedy walczyliśmy o szczegóły dotyczące Cmentarza Orląt. W końcu zostali obłaskawieni. Wewnętrznie wyznaczyliśmy sobie termin wejścia ze sprzętem na Cmentarz Orląt. Pamiętam jak dziś, powiedzieliśmy: dwudziesty maja. Oni się zgodzili. Powiedzieli jednak: Tylko mało róbcie, jakieś ścieżki tylko, dojścia… Miała przyjechać na Cmentarz Orląt jakaś ważna delegacja radziecko-polska, która miała ocenić sytuację. Ścieżki, które mieliśmy wykonać, miały pokazać, że oni nie są takimi barbarzyńcami, skoro można na cmentarz jednak dojść. Wykorzystaliśmy tę poufną, cichą zgodę dyrektora kombinatu cmentarza Łyczakowskiego. Wszystkie ustalenia były trzymane w największej tajemnicy. Musieliśmy przygotować sprzęt, narzędzia, wtajemniczyć ludzi. To było najtrudniejsze, bo nikomu, kto nie powinien o tych działaniach wiedzieć, nie mogliśmy mówić. Bardzo baliśmy się prowokacji. W sobotę 20 maja 1989 r. po pracy 52 ochotników wsiadło do autobusu i pojechaliśmy. Za nami jechały koparka, spychacz, ładowarka i wywrotki. Na Cmentarzu Orląt wylądowaliśmy o 17.50. Jak myśmy tam wjechali ze sprzętem, jak spod ziemi wyrośli lwowiacy! Polacy. Trzeba było widzieć ich twarze, łzy płynące z ich roziskrzonych oczu. Zabrali się za pracę gołymi rękami! Jak tylko spychacz odkrył jakiś grób, rozlegał się rzewny szloch i płacz. Myśmy byli dumni! I wtedy zaczęło się nasze dochodzenie, bo przecież skądś musieli się dowiedzieć o naszych jednak tajnych planach. Okazało się, że lwowiacy mieli wszędzie swoich ludzi. Był tam też pan Cydzik, którego znałem, ale o naszych zamiarach z nim nie rozmawiałem. Gołymi rękami wyrywali krzaki, chwasty, usuwali kamienie i gruzy. Przychodzili codziennie całymi rodzinami. Starzy, młodzi i dzieci. Przynosili pierogi, kanapki, kompoty, by nie tracić czasu na chodzenie do domu na posiłki. Wiedzieli, że trzeba robić jak najszybciej, zanim rozmyśli się miejscowa władza, zapewne zszokowana tym, co się dzieje. Harowali od świtu do nocy! Lwowiakami, oczywiście w porozumieniu z nami, kierował pan Cydzik. To, co robiliśmy, oficjalnie nazywało się porządkami ogólnymi. Odsłanialiśmy spod gruzów i śmieci ramy grobów. Przerwaliśmy unicestwianie Cmentarza Orląt z 2959 mogiłami! Cydzikom należy się za to osobny hołd! Przecież oni byli strażnikami tego miejsca. Pani Cydzikowa była plastyczką, robiła lampiony i kwiaty. Ludzie przychodzili po kryjomu. Przecież jawnie nie było można! Pamię­tali o wszystkich rocznicach, nie tylko o święcie zmarłych, ale o lotnikach amerykańskich w dniu ich święta narodowego. Czy o piechurach francuskich. Wieszali wianki w barwach narodowych flag. Narażali się. Nikt z ambasady amerykańskiej czy francuskiej nigdy w to zapuszczone miejsce nie przyjechał. Bali się naruszenia protokołu dyplomatycznego. Oczywiście, to składanie wianków odbywało się dzień–dwa przed lub po święcie, by nie narazić się na aresztowanie…

 

Jak długo trwało wywożenie śmieci?

Długo! Jeszcze wtedy, gdy trwały prace porządkowe na cmentarzu, wygraliśmy oficjalny przetarg. Przecież ten półkolisty stok południowy, gdzie pochowanych jest tysiąc żołnierzy, przed Pomnikiem Chwały i kolumnadą, tam nieustająco trwały przecież prace przygotowujące grunt pod odtworzenie cmentarza. Wie pan, że jak opowiadam o tym młodzieży, to nadal przeżywam to cholernie. Do dziś tkwią we mnie niesamowite emocje…

 

Skąd pomysł, by zabrać się za odgruzowanie Cmentarz Orląt?

To był impuls, który wyszedł od pana Józefa Bobrowskiego. Nasz papież Jan Paweł II dużo w tamtych czasach mówił o Polakach żyjących poza granicami kraju, o rodakach żyjących na Kresach. Słowa Ojca Świętego podtrzymywały nas na duchu. Bobrowski do nas mówił: Chłopcy, pamiętajcie, że o tym, że budujecie tutaj tę kotłownię czy te budynki i domy mieszkalne, to ludzie szybko zapomną. Ale jak przerwiecie unicestwianie Cmentarza Orląt, to wszyscy wam to zapamiętają. Jak skończycie to dzieło, wszyscy nam to na wieki będą pamiętać. Niestety, coraz mniej ludzi wie i pamięta o tej przełomowej dacie, to jest 20 maja 1989 roku. Ale wiedzą, że dzieło odzyskiwania Cmentarza Orląt my rozpoczynaliśmy, że robił to Energopol. W tym czasie poznałem i zaprzyjaźniłem się z wieloma lwowiakami. Między innymi z Andrzejem Chlipalskim, Adamem Lewickim z Tarnowa, Jerzym Masiorem z Nowego Sącza, Januszem Wasylkowskim z Warszawy.

 

Pamiętają, pamiętają… Choć pewnie w pamięci zapadła data otwarcia Cmentarza Orląt Lwowskich…

Nie należy mówić o otwarciu Cmentarza Orląt! Otwiera się most, linie kolejowe, autostrady i inne obiekty publiczne. To była uroczystość oddania i poświęcenia odnowionego Cmentarza! I to nie odbudowanego, a w części odbudowanego Cmentarza – to trzeba podkreślać! Dokładnie opisałem, co tam jest zachowane w oryginale, a gdzie dopuszczono się kłamstw i fałszerstwa historii. Choćby przy pomnikach lotników amerykańskich i piechurów francuskich, przy grobie nieznanego żołnierza… Były to wymuszone negocjacje treści napisów w tamtych miejscach. To było okropne! Zresztą ostrzegali nas lwowiacy: Nie umawiajcie się z tymi władzami. To są komuniści. A w polskim konsulacie też rządzą komuniści! Znałem tych ludzi osobiście, piłem z nimi wódkę. Proszę się nie oburzać, tam bez wódki niczego nie można załatwić. To byli przecież ludzie tamtego systemu. Przewracali wszystko, co ustaliliśmy. Przecież na mnie doniesiono do prokuratury!

 

Przecież działaliście w zgodzie z prawem i z ustaleniami. A że po fakcie oni zmieniali ustalenia, to raczej ich powinien ścigać prokurator…

Oni byli u siebie…(śmiech) Ze mną zrobiono tak chytrze, że wezwali mnie od razu do prokuratury wojewódzkiej. A to dlatego, że od jej postanowień mogłem się odwoływać tylko do krajowej prokuratury w Kijowie. Pominęli jeden szczebel… Podczas przesłuchania tak się zdenerwowałem, że myślałem, że zaraz pobiję kogoś! Wszystko trwało ponad cztery godziny i w efekcie postawiono mi zarzut dotyczący zniszczenia płaskorzeźb sześciu aniołów umieszczonych w katakumbach. Jak to usłyszałem, że niby ja je zniszczyłem, to myślałem, że mnie coś trafi! Donos na mnie napisał jeden z szefów cmentarza Łyczakowskiego, Hawryszkiewicz. To był wyjątkowy, w najgorszym tego słowa znaczeniu, „komsomolec”. Inne zarzuty to wjazd z transportem na teren cmentarza – takie dotyczące wszystkiego, byle tylko się do mnie przyczepić. Głównym był jednak ten, że dokonałem wandalizmu na figurach aniołów. A anioły miałem schowane w bazie w Pasiekach, bo były przecież wykonane i przywiezione z Polski i na zamontowanie czekały w Pasiekach dwa lata! Pewnego dnia na budowę przyszedł prokurator – ten sam, wojewódzki – i zaczął mnie przesłuchiwać. Ja się temu sprzeciwiłem i powiedziałem, że muszę natychmiast powiadomić konsula generalnego RP o postępowaniu prokuratorskim przeciwko mnie. A on do mnie wtedy: Panie Janeczku, po co to robić? Parę chwil panu tylko zajmę. Ustalimy tylko drobiazgi… Został ze mną mój zastępca, pan Balcerzak, jako świadek. Ta chwileczka trwała półtorej godziny! Właściwie to codziennie miałem takie niespodziewane kwiatki w pracy. To była nerwówka, po której każdego dnia długo dochodziłem do siebie. Kiedyś byłem świadkiem, jak ten Hawryszkiewicz szarpał naszego projektanta, pana Skrzypczyka z Warszawy – spokojnego i przeuroczego człowieka. Won stąd, tu nie wolno tego robić! – wrzeszczał. Czuł się tak pewnie, bo przyszedł w asyście milicji municypalnej i wszystkich, całą polską ekipę, wygonili wtedy z cmentarza. Nie da się mówić o tym spokojnie, mimo że tyle lat już upłynęło…

 

Jak się skończyła sprawa w prokuraturze? Umorzyli?

A skąd! Przesłuchiwali mnie trzykrotnie. Wyjaśniałem wszystko na piśmie. Oni to przyjmowali. Próbowali oszukiwać mnie, przesuwali daty przesłuchań wstecz lub do przodu, jak było im wygodnie. Czasem przeinaczali moje zeznania. Ja zawsze szczegółowo czytałem swoje zeznania. I jeśli tylko znalazłem jakieś uchybienie, doprecyzowywałem protokół.

 

Atmosfera takich przesłuchiwań musiała być zastraszająca. Chcieli pewnie pana zastraszyć, żeby pan zostawił budowę i wyjechał.

Tak, nawet stawiali takie żądania, ci z OUN i władz miejskich, żeby wyrzucić stamtąd niektórych Polaków. Wymieniali nazwiska Przewoźnika, Wingralka i jednego z konsulów – już nie pamiętam którego. Ponieważ byłem najsłabiej ustawiony w tej hierarchii urzędniczej, to musiałem wyjechać ze Lwowa, a mój szef w Warszawie powiedział mi wtedy: Panie Janie, wpadł pan w tryby wielkiej polityki. To był 1999 rok. Pana Przewoźnika nie ma już między nami, więc nie chciałbym go oceniać. Kiedy miałem wyjechać ze Lwowa, też mi powiedział, że stałem się ofiarą wielkiej polityki.

 

Serdecznie dziękuję Panu za rozmowę.