Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Anna Stengl ROZMOWA Z PANIAMI EMILIĄ I ZOFIĄ FEDYK

[2/2018]

Z Paniami Emilią i Zofią Fedyk,

żołnierzami Armii Krajowej, rozmawia Anna Stengl

 

W „Biuletynie Informacyjnym Okręgu Podkarpackiego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej” z 2015/1 pod tytułem Damy Okręgu Podkarpackiego czytamy:

Awansami na stopień porucznika zostały uhonorowane dwie najstarsze damy naszego Okręgu – siostry Emilia i Zofia Fedyk. (…) Z sentymentem wracają do malowniczego Leżajska na Podkarpaciu, z którym połączyła je młodość i okupacyjna walka w szeregach Narodowej Organizacji Wojskowej – Armii Krajowej.

Obie Panie urodziły się w Bełzie – pani Emilia w 1916, pani Zofia w 1923 roku. Jak wspominają moje rozmówczynie, ojciec był urzędnikiem kolejowym, matka zajmowała się domem i pracą społeczną. Córki zostały wychowane w duchu patriotyzmu i religijności, co niewątpliwie w dużym stopniu wpłynęło na Ich późniejszą działalność i zaangażowanie w sprawy Ojczyzny, szczególnie w działalności konspiracyjnej w czasie II wojny światowej.

 

Pani Emmo, 101 lat to cały wiek, a Pani wciąż jest niezwykle sprawna umysłowo i zapewne wiele może opowiedzieć o tym, czemu zawdzięcza Pani taki hart ducha, hierarchię wartości, która kształtowała się w Pani bez mała od dziecka.

Jestem dzieckiem wojny – I wojny światowej, być może już od pierwszych dni mego życia musiałam być dzielna (uśmiech). Ale niewątpliwie zarówno w dzieciństwie, jak i w młodości, tej wcześniejszej i późniejszej, złożyło się na to wiele czynników. Przede wszystkim dom – wychowanie w duchu patriotycznym, religijnym i aktywności społecznej. To narzucało pewien tryb życia. Nasza mama, od kiedy sięgnę pamięcią, zawsze działała społecznie (szczególnie w Sokole). Tego się uczy od rodziców i to się udziela. Na mój charakter niewątpliwie wpłynęły różne czynniki. Jeśli chodzi o szkołę, ukończyłam cztery klasy szkoły podstawowej, a potem uczęszczałam do Gimnazjum Królowej Jadwigi we Lwowie. Była to ośmioletnia nauka, a maturę zdałam w 1936 roku. I tu już zaczęłam tworzyć w sobie hierarchię wartości.

 

Co najbardziej wpłynęło na późniejsze Pani działania, reakcje w trudnych sytuacjach, co zostało w Pani z czasów gimnazjalnych?

Gimnazjum było bardzo patriotycznie i bardzo społecznie nastawione i w tym duchu nas wychowywano – przede wszystkim nastawienie do drugiego człowieka, pomoc dla słabszych, uboższych, mniej zdolnych. W szkole działała tzw. pomoc koleżeńska, która jednoczyła wszystkie uczennice i uczyła współpracy z otoczeniem. Pomagałyśmy sobie nawzajem w nauce, organizowałyśmy uroczystości, krótkie przedstawienia; najważniejszy był oczywiście dzień Królowej Jadwigi. W szkole działał chór szkolny prowadzony przez nauczycielkę śpiewu, były różne koła naukowe i – co ciekawe – szczególną wagę przykładano do gimnastyki.

Niezwykłą pomocą dla uczennic było Koło Matek: panie podczas dużej przerwy wydawały śniadania, przy czym dzieci z rodzin biedniejszych dostawały posiłek za darmo. Ideą tych działań było to, żeby w szkole nie było dziecka głodnego.

Bardzo aktywnie pracowałam w Sodalicji Mariańskiej. W nowym budynku szkoły, w auli, było wyznaczone miejsce, w którym odbywały się rekolekcje, a także msze święte, w których brałyśmy udział (w niedzielę chodziło się do kościoła, do Karmelitanek). Do mnie należało organizowanie nabożeństw, miałam pod opieką ołtarz i wszystkie szaty liturgiczne. Takie zadania uczyły odpowiedzialności – to wartość, która jest bardzo ważna w życiu osobistym i społecznym.

W szkole były Polki (w przewadze), Rusinki (2) i Żydówki (5), a przekrój społeczny szeroki – córki robotników, oficerów wyższej rangi, urzędników i in., ale w klasie nie czuło się różnic, żyło się razem. Na pewno na ukształtowanie mojej osobowości bardzo wpłynęło grono pedagogiczne. Nauczyciele, prócz nauczania, przekazywali nam wiele o hierarchii wartości w życiu, uczyli patriotyzmu, społecznej aktywności, pomocy dla ludzi, którzy tego potrzebują itd. Do dziś mam wielki szacunek dla nauczycielek, które brały udział w I wojnie światowej i w walkach 1919 i1920 roku. Atmosfera w szkole była dla mnie bardzo ważna, bo ja przez 8 lat byłam poza domem rodzinnym (prócz świąt i wakacji), wychowywałam się wśród obcych ludzi, ale czułam się tam dobrze.

 

Był rok 1939, zaczął się czas niespokojny… Czy były wcześniej, jeszcze przed wybuchem wojny, jakieś sygnały dotyczące mobilizacji społeczeństwa?

Tak, w lipcu zarówno moja mama, jak i ja otrzymałyśmy pismo z powiatowej Jednostki Wojskowej, aby zgłosić się na przeszkolenie służby pomocniczej wojska w Łańcucie. Wynikało z tego, że rozpoczęły się prace nad zorganizowaniem sieci, które w razie wojny podjęłyby działania dywersyjne i sabotażowe na terenach zajętych przez wroga (Niemcy i Sowieci). Mama była odpowiedzialna za zaopatrzenie, a mnie przeznaczono do wykonywania poleceń; dotyczyło to udzielenia pierwszej pomocy w przypadku rannego, a w razie potrzeby doprowadzeniu go do lekarza. Funkcjonował też Biały Krzyż – działanie, które nadzorowała moja mama. Moim zadaniem było zajmowanie się przyjeżdżającymi żołnierzami i osobami cywilnymi, przybywającymi z różnych stron Polski. W budynku przy stacji kolejowej udostępniono pokój, w którym następował rozdział żołnierzy.

 

Jak Pani i inni ludzie przeżyli pierwsze bombardowania, jakie myśli Pani wtedy towarzyszyły?

To był szok. Przy pierwszym bombardowaniu odezwał się alarm. Była masa ludzi na stacji, wszyscy uciekali, ja też, i uświadomiłam sobie, że zapomniałam zamknąć pokój, w którym była żywność. Wróciłam z dwoma kolegami, żeby zamknąć, i w tym momencie spadła bomba, w to miejsce gdzie przed chwilą staliśmy. Opatrzność czuwała!

A kiedy byliśmy u Bernardynów, w czasie bombardowania było strasznie, każdy myślał, że to jest ostatni moment w jego życiu. Ale w zasadzie nikt się nie załamywał, ludzie nie przeżywali strachu. Dominowało w nas przeświadczenie, że musimy wrócić do niepodległości. Liczyliśmy na pomoc Zachodu, myśleliśmy, że oni nam pomogą; stało się inaczej. Po pierwszych bombardowaniach nie zdawaliśmy sobie sprawy, że to tak długo będą Niemcy. Wejście Niemców było wielkim przeżyciem i obawą, że nie damy sobie rady.

 

Nastała okupacja, okres trudny dla wszystkich. Czym był ten czas dla Pani, jak radziła sobie Pani i Pani bliscy w tej rzeczywistości?

Okupacja odmieniła całe moje życie – musiałam iść pracować, nie miałam się w co ubrać, dom rozbity, wszystko wykradzione… Ani pieniędzy, ani zapasów, ani ubrania, ale mimo to nie załamałyśmy się, nikt w domu się nie załamał. Ksiądz ulokował nas u pani, która zajęła się nami i nas żywiła. Wrócił ojciec, wróciliśmy do zrujnowanego domu. W połowie roku dostałam pracę w spółdzielni jajczarskiej, ojciec też dostał zajęcie – ci, którzy nie mieli pracy, ładowali jajka. W pracy dostawałam tzw. stłuczki i przydział na cukier, pierwsze pieniądze były ode mnie. Później ojciec i siostra dostali pracę w spółdzielni, były już trzy „pensje”, ale niewiele można było kupić, bo trzeba było pomagać ludziom.

 

Z naszej rozmowy wynika, że zawsze była Pani bardzo zaangażowana we wszelkie działania. Przypuszczam, co graniczy z pewnością, że i w czasie okupacji nie stała Pani „z boku”.

W czerwcu 1940 roku z mamusią i siostrą zostałyśmy zaprzysiężone w Narodowej Organizacji Wojskowej (NOW) ze świadomością, że to jest naszym obowiązkiem. Jeśli jest organizacja, która będzie walczyć o wyzwolenie kraju, to ja muszę w niej być. Ja muszę pracować dla Polski – we mnie był duch patriotyczny – dla nas Polska to było wszystko! Wówczas przyjęłam pseudonim „Zalewska”.

 

I od tego momentu zaczęła Pani działać w konspiracji. Ciekawi mnie, jakie zadania Pani przydzielono? Można by sądzić, że kobieta tak drobnej postury niewiele może zdziałać w warunkach wojennych, a jednak …

Pracowałam jako łączniczka przy komendzie placówki w Leżajsku, przewoziłam dokumenty, meldunki, rozkazy na wyższy stopień dowodzenia. Czasem trzeba było kogoś schować, kogo przeprowadzałam. Aby pogłębić swoją wiedzę, uczestniczyłam też w szkoleniach, przede wszystkim jak wzmacniać innych, jak rozmawiać. Przejęłam opiekę nad młodzieżą i kobietami, przyjmowałam przysięgi, przekazywałam wiadomości tym, którzy się ukrywali. Po połączeniu NOW z AK pracowałam w tym samym pionie konspiracyjnym. Funkcji przybywało, ale wiedziałam, że ta praca ma sens. Pilotowałam żołnierzy spoza Leżajska na odprawy, rozprowadzałam na kwatery „spalonych” i ukrywających się żołnierzy podziemia, ukończyłam kurs sanitarny dla instruktorów, wizytowałam i szkoliłam patrole sanitarne w kilku miejscowościach należących do tego samego pionu… Trochę tego było… W czasie akcji „Burza” organizowałam sieć łączności między walczącymi oddziałami, odpowiadałam także za zaopatrzenie.

 

Czy podczas swojej działalności zdarzyły się sytuacje, w których obawiała się Pani o swój los, może nawet i życie?

Tak naprawdę wiadomo, że cały czas było niebezpiecznie, ale człowiek nie zastanawiał się nad tym, co mu grozi. Owszem, było takie zdarzenie, które do dziś pamiętam. Ukrywał się pewien człowiek wysokiej rangi. Dostałam zadanie, aby przewieźć dla niego radiostację krótkofalową z Leżajska do Racławic k. Niska. Przyjechałam do tej miejscowości, rozejrzałam się, czy można iść, wydawało się, że bezpiecznie, a przed skrętem na most na Sanie zobaczyłam Niemców kontrolujących kupców wracających z targu. Zamarłam! Szłam powoli. Kiedy byłam już 20 m przed nimi, zajechała furmanka. Niemcy rzucili się na tę furmankę, a ja przeszłam spokojnie obok. Doszłam do wsi, oddałam radiostację. Kiedy doszłam do celu, chwilę odetchnęłam, a potem udałam się w drogę na punkt. Byłam tak zdrętwiała, że nie mogłam wsiąść do pociągu, musiałam pojechać następnym. Psychicznie to było straszne przeżycie.

Po pewnym czasie dostaję polecenie – mam zgłosić się na punkt, po drodze musiałam jeszcze coś załatwić i wobec tego zatrzymać się tam na noc. Polecono mi przewiezienie broni do pewnej miejscowości i oddanie jej w sklepiku. Prócz tego miałam paczkę żywnością dla pana, który ukrywał się, wykonywał kenkarty i różne inne dokumenty; miałam ją zostawić w gajówce. Ale jak przemycić broń? Był dzień targowy; kazałam kupić dużą kapustę, wydrążyłam ją i ukryłam rewolwer. No i w drogę… Idę i słyszę – jadą z gestapo; weszłam na pole, położyłam się na miedzy, przeczekałam. Jak odjechali, wyszłam i poszłam do gajówki. Tam przyjechało trzech Niemców. – A ty co tutaj robisz? – Ponieważ było tam dwóch młodych ludzi, odpowiedziałam: – Przyjechałam tu do swojego chłopca. – Jeden z nich uspokoił mnie, że Niemcy przyje­chali po bimber, schowali mnie do szopy, tam przenocowałam i dopiero rano pojechałam do domu.

 

Jakie jeszcze czynności należały do Pani?

Dla kobiet przeprowadzałam musztry, inspekcje, egzaminowałam, byłam sanitariuszką, kontrole, trzeba było jeździć, chodzić, odprowadzać na miejsce pobytu, wykonywać polecenia od szarży, poza tym miałam ciągle do czynienia z wyższymi władzami. I jeszcze jedno – świetnie umiałam podpisywać nazwisko starosty na fałszowanych kenkartach – fantastycznie!

 

Jak z perspektywy czasu ocenia Pani zachowania poszczególnych ludzi w tym trudnym okresie?

Przede wszystkim parę słów o kobietach. Rola kobiet w tych strasznych czasach była nie do przecenienia. Przede wszystkim wzmacniały działania mężczyzn. Młode kobiety działały z wielkim entuzjazmem. Kobiety nauczyły się myśleć, były odważne, mężne i działały wspierająco.

Część ludzi nauczyła się pomocy bezinteresownej i delikatnej, dyskretnej pomocy potrzebującym. Jednak było też dużo pazerności, izolacji, chęci korzyści. Ja nauczyłam się w tym czasie bardzo wiele, a przede wszystkim nabyłam umiejętność poznawania ludzi. To zostało mi na całe życie.

 

Jak potoczyły się Pani losy po zakończeniu II wojny światowej?

Po 1945 roku zwinęłam chorągiewkę i wyjechałam z rodziną do Krakowa. Zapisałam się na Wydział Prawa UJ. W Bratniej Pomocy zajęłam się administracją domu akademickiego i Komisji Zaopatrzenia. Było łatwiej, bo miałam już wyżywienie, mogłam przynosić siostrze obiady, które mi przysługiwały, były dary …

 

Na koniec naszej rozmowy, choć wiem, że mogłybyśmy jeszcze długo… chciałam Panią zapytać o to, co zostało w Pani z czasów „kresowych”. Nie wątpię, że tęskni Pani za tymi swoimi stronami, ale też jakie są Pani refleksje po tym jakże trudnym, pełnym przeżyć czasie, przecież wiem, że jest Pani osobą dzielną, ale jakże wrażliwą.

Hm! My ciągle tymi Kresami żyjemy; były naszym środowiskiem, duchem, całym życiem. Jestem wciąż zafascynowana Kresami. Wszystko co dobre skończyło się na Kresach, potem były już tylko konieczność i obowiązek. A co jest we mnie? Dwa sprzeczne uczucia. Z jednej strony świadomość, że spełniłam obowiązek i zrobiłam to bezinteresownie, a z drugiej strony wielki żal, żal, że taka masa ludzi w Polsce nie zrozumiała tego wielkiego poświęcenia tylu młodych istnień; szli, aby odzyskać Polskę, wolność… O tych ludziach się zapomniało.

 

Zapewne jeszcze wiele miałaby Pani do opowiedzenia, przecież to był okres kilku lat niecodziennej aktywności, odpowiedzialności… Bardzo dziękuję, Pani Emmo, za rozmowę.

A teraz poproszę Panią Zofię o Jej wspomnienia.

Pani Zofio, co zadecydowało o tym, że w tak młodym wieku podjęła Pani tak trudne wyzwania, które stanęły przed Panią wraz z wybuchem II wojny światowej?

Na pewno dom, szkoła i zaangażowanie, jakie obserwowałam u mojej mamy i siostry. Swoją naukę rozpoczęłam w Bełzie, w szkole powszechnej, prowadzonej przez Siostry Felicjanki, które były nastawione patriotycznie; już jako dziecko nauczyłam się tam patriotycznych piosenek i wierszyków, do których często potem wracałam. Przez krótki czas chodziłam do szkoły w Rawie Ruskiej, a potem już we Lwowie, najpierw skończyłam szkołę podstawową, a w 1935 roku zdałam egzamin do gimnazjum im. Królowej Jadwigi we Lwowie. Nauczyciele w gimnazjum byli na wysokim poziomie, wychowywali nas w duchu patriotycznym na dobrych obywateli państwa polskiego, należałam do harcerstwa, słowem to był czas kształtowania się mego charakteru i systemu wartości.

 

Wiem, że razem z mamą i siostrą podjęła Pani swoje pierwsze działania w organizacji konspiracyjnej. Była Pani przecież bardzo młodą dziewczyną.

Tak, miałam wtedy 16 lat. Wybuch wojny zastał mnie w szkole w Leżajsku, gdzie przenieśli się z nami rodzice w 1937 roku. Gdy wojna wybuchła, my uczennice jako słuchaczki przysposobienia wojskowego przywdziałyśmy mundury i zaczęłyśmy działać. Poza tym pomagałam w Białym Krzyżu. Początkowo należałam do NOW, gdzie zlecano mi drobne zajęcia – wraz z innymi osobami rozdawałam na stacjach kolejowych żywność, napoje, papierosy, słodycze dla wojska udającego się na front, poza tym porządkowałam dokumenty. Byłyśmy pełne wiary, że wojna będzie trwała krótko, ale po pierwszym bombardowaniu pojawiły się obawy, nasz zapał trochę ostygł – wiadomości były bardzo niepokojące, dotknęło to nas i bliską Ojczyznę naszą. Wszyscy zorientowaliśmy się, że tracimy naszą niepodległość. Było niespokojnie, tatuś poszedł z innymi panami na wschód do Lwowa (wrócił w październiku), a my musiałyśmy się kryć, a to w uprawach ziemniaków, a to w wąwozie. Niemcy zajęli nasz dom, był rozbity, okradziony, co sprawiło, że z dnia na dzień z zamożnej rodziny staliśmy się biedni.

 

I zaczął się trudny czas okupacji!

Tak. Wojsko zajęło 3 pokoje, zima 1939/40 była chłodna i głodna, a to był dopiero początek wojny. Ale przynajmniej miałyśmy za to parę marek. Można było coś kupić.

 

Jak wobec tego można było reagować, jak ratować się, żeby przetrwać?

Wobec tak trudnej sytuacji po pewnym czasie wszyscy zaczęli pracować, dawano przydziały żywności. Szkoły były nieczynne. We wrześniu w Leżajsku zaczęło funkcjonować gimnazjum, które trwało dwa tygodnie. Przed 11 listopada Niemcy pozamykali profesorów, gimnazjum zlikwidowano, była tylko szkoła powszechna. Jeden z profesorów, który znał naszą rodzinę, udzielał mi lekcji z fizyki i matematyki, umożliwiło mi to ukończenie 2 klas licealnych i indywidualne zdawanie matury. Prócz tego profesora przygotowywali nas także inni profesorowie, ale oczywiście nauka odbywała się w konspiracji. To była pierwsza tajna matura w Leżajsku. Zdawałyśmy pisemnie polski i łacinę w Giedlarowej na plebanii. Tam spotkałam jeszcze dwie moje koleżanki. Zdawałyśmy też matematykę, którą pisałyśmy u nas w domu. Wobec dobrych wyników z matury pisemnej, ustnie zdawałam tylko z historii. Dopiero po wojnie wiadomo było, kto zdawał, przy czym wtedy dowiedziałyśmy się, że w podobny sposób maturę uzys­kali jeszcze trzej „panowie”. A nikt o tym nie wiedział. Koniec wojny miał być pomyślny dla Polaków, ale nie był, aczkolwiek to, że matury zostały uznane, było istotne, bowiem w przyszłości można było starać się o przyjęcie na wyższą uczelnię.

 

Jak zaczęły się Pani działania w konspiracji? Przecież to były niezwykłe wyzwania, które Pani podjęła. Zapewne ktoś musiał Panią wprowadzić, za Panią poręczyć.

W czerwcu 1940 roku syn znajomego profesora, o pseudonimie Kuba, który też działał, zapytał mnie, czy pracowałabym w konspiracyjnym wywiadzie. Naturalnie zgodziłam się, chciałam działać konkretnie, to była naturalna potrzeba, wiedziałam, że muszę pracować dla Polski. Cały czas przyświecała mi idea – duch patriotyczny wyniesiony z domu, ze szkoły, z kościoła. Notabene z Kubą, który był moim zwierzchnikiem, pracowałam od 1940 do 1944 roku, w którym to został, właściwie przez przypadek, aresztowany przez Niemców.

 

Jakie były konkretne konspiracyjne zadania przeznaczone dla Pani? Przyjęła Pani pseudonim, prawda?

Miałam pseudonim Roma. Prowadziłam wywiad gospodarczy – np. co i ile wysyła się dla Niemców. Po przejściu przeszkolenia w zakresie szyfrowania zajmowałam się kodowaniem meldunków, wywiadem, odbierałam przysięgi, prowadziłam pogadanki okolicznościowe na odprawach w różnych miejscach, rozprowadzałam prasę. Działałam w Referacie Rozpoznania i Informacji. Był cały system zapisywania prowadzonych przeze mnie wywiadów. Powiedziano mi, jak mam się zachowywać, a kontaktowałam się tylko z tymi, których polecił mi Kuba. Po połączeniu NOW i AK, w ramach AK pozostałam w swoim referacie jako kierownik sekcji.

 

Zajęć było sporo, a wszystko trzeba było wykonywać w wielkim napięciu i ogromnej ostrożności. A wojna trwała… i trzeba było w miarę normalnie żyć. Jak poukładały się sprawy domowe?

Niemcy mieli u nas kwaterę, zabierali dwa, czasem trzy pokoje. W jednym pokoju mieszkał oficer SA. Spokojny, niekłopotliwy. Do nas należało umycie naczyń i posprzątanie pokoju. Miało to jedną dobrą stronę; przy tej okazji można było przejrzeć papiery, które nie były schowane, to zwykle należało do mojej siostry Emmy, która świetnie władała językiem niemieckim, a potem mnie przekazywała te wiadomości. Byłam, w pewnym sensie, na bieżąco… W pozostałych pokojach mieszkali żołnierze, którzy mieli tam stację ładowania akumulatorów. A nasze domowe życie? Mama żywiła różnych ludzi, którzy byli głodni, najczęściej sama nie jadła, bo już dla niej nie wystarczało. Ratowało się ludzi, przyjmowało się tyle osób, ile się zmieściło. Ukrywał się u nas pan przez 9 miesięcy, odbył 9 pierwszych piątków! A nasza Mama zawsze mówiła: – Ocalenie jednego człowieka jest więcej warte niż pieniądze i całe złoto świata.

 

Jak psychicznie radziła sobie Pani z wojenną rzeczywistością? Była Pani bardzo młoda, na pewno bardzo mądra i odważna, ale jednak to musiało być trudne.

Bałam się dopiero w ostatnich miesiącach okupacji niemieckiej. Kiedy słyszałam tupot butów pod naszym domem, zamierałam, ucisk w gardle mijał dopiero, jak przeszli. I ta myśl: przejdą czy nie przejdą? I widok ludzi po pacyfikacji – prowadzonych przez Niemców, którzy ograniczali ich z obu stron… przechodzili koło naszego domu, za 20 min salwa i tych doprowadzonych rozstrzeliwano. Dużo naszych znajomych wtedy zginęło. To było straszne i okrutne.

Te wszystkie przeżycia we mnie zostały, do dziś jeszcze czasem zrywam się w nocy krzycząc. Ale to co koi, to świadomość, że choć trochę mogłam pomóc naszej kochanej Ojczyźnie, działając w tak wspaniałej organizacji, jaką była Armia Krajowa. I tego mi nikt nie odbierze!

 

Pani Zofio, jak ułożyły się Pani losy po zakończeniu wojny? Miała Pani mimo warunków, jakie niósł czas wojny, zdaną maturę, mogła Pani iść na studia.

I poszłam! Po przyjeździe do Krakowa dowiedziałam się, że są zapisy na politechnikę; chciałam studiować architekturę, a poza tym, w uzupełnieniu, historię sztuki, tym bardziej że tu zajęcia już odbywały się normalnie, politechnika dopiero się organizowała. Założyliśmy komitet organizacyjny, przyjmowaliśmy tych, którzy przyjeżdżali do Krakowa. Byli to i młodzi ludzie, którzy ­chcieli studiować, ale także profesorowie, którzy chcieli pracować na uczelniach. Role nasze były podzielone, jedni przyjmowali zapisy, a dwóch studentów razem z profesorem Stellą-Sawickim pisali memoriały. Szu­kali kogoś, kto umiał pisać na maszynie; ja zgłosiłam się do tej pracy i tak „trwałam” od lutego do maja, kiedy to powstał Wydział Inżynierii i Wydział Komunikacji. Architektura zaczęła działać dopiero w grudniu. Oczywiście wszelką pracę przy organizacji uczelni traktowałam jako działania społeczne.

Muszę powiedzieć, że w tym powojennym czasie miałam wiele koleżanek i kolegów, którzy nie wyobrażali sobie życia bez pracy. Jesteśmy młodzi i mamy pracować!

I tak zaczęło się nasze życie po przejściach wojennych.

 

Pani Zosiu, dziękuję bardzo za rozmowę i mam świadomość, że powrót do tamtych przeżyć nie jest łatwy, a jednak chciała mi Pani o tym opowiedzieć.

Dla nas ważne jest to, że zostałyśmy docenione przez Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej, otrzymałyśmy liczne odznaczenia, a ostatnio, na wniosek Okręgu Podkarpackiego, Medal Pro Patria, który jest przyznawany za szczególne zasługi w kultywowaniu pamięci o walce o niepodległość Rzeczypospolitej Polskiej.

 

 

Małgorzata Goździk, absolwentka Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, swoją pracę magisterską obroniła krótkim filmem dokumentalnym Tort, którego bohaterkami są Panie Emilia i Zofia Fedyk. Opowiada on o ich 3-dniowym wyzwaniu, którym jest przygotowanie tortu orzechowego.