Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2022
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Janusz M. Paluch, Rozmowa z MARKIEM A. KOPROWSKIM

[3/2022]

Mieszkasz na skraju miasta, gdzie cisza i spokój… Od lat jednak, jako pisarz, zajmujesz się tematyką choć historyczną, to hałaśliwą i spędzającą sen z powiek, bardzo trudną i – szczególnie dla Polaków – bolesną… Ludobójstwo Polaków na Ukrainie w czasie II wojny światowej. To przecież jak praca chirurga na wciąż otwartej ranie i często bez znieczulenia… Jak sobie z tym radzisz przez lata, słuchając relacji ocalonych, czytając raporty z setek, tysięcy miejsc zbrodni na Polakach…

Tak jak każdy uczciwy człowiek, nie jestem w stanie traktować tych spraw obojętnie. Każde spotkanie z ocalałymi pozostawia ślad w słuchaczu, którym jestem. Trudno obojętnie traktować relacje człowieka, który jako szesnastoletni chłopak widział, jak jego matkę ukraińscy zbrodniarze rżnęli piłą do drewna! A pracując nad tekstem, słuchając nagranej relacji tego człowieka, po raz kolejny przeżywam jego tragedię. Oczywiście trzeba sobie z tym jakoś radzić, bo inaczej można by zwariować… W każdym razie uważam, że tych bolesnych spraw nie wolno omijać ani o nich zapominać, bo na tym korzystają tylko zbrodniarze i ich sukcesorzy, chodzący w aureoli bohaterów narodowych. W swojej działalności pisarskiej i dziennikarskiej, bo pracą publicystyczną nadal się także zajmuję, postanowiłem, że będę się starał głosy tych, którzy przeżyli zbrodnie ukraińskie, dokonane przez nacjonalistów z OUN-UPA, a raczej na ich wezwanie i pod ich nadzorem, nieść dalej. Właściwie są to głosy tych, którzy byli bestialsko przez Ukraińców mordowani… Opowiadał mi kiedyś jeden już stary Ukrainiec, uczciwy człowiek, bo rozumiejący bestialstwo tego, co zrobiono Polakom. Gdy jego ziomkowie mordowali w sąsiedniej wsi Polaków, to słyszał ich przeraźliwy skowyt, który trwał dotąd, aż nie został zarżnięty ostatni Polak. Mówił mi, że wciąż słyszy ten przeraźliwy jęk co wieczór, gdy zapada zmrok. Był wtedy dzieckiem i bardzo to przeżył. Ten skowyt mordowanych nie powinien umilknąć, musi być wciąż słyszalny. „Jeśli zapomnę o Nich – ty Boże na niebie zapomnij o mnie!” – nie na darmo krzyczał w Dziadach Adam Mickiewicz… Robię więc wszystko, by ich głos był obecny. Każdy, kto sięgnie po moje książki o tematyce ukraińskiej, może się o tym przekonać.

 

 

 Zdjęcie z lat czterdziestych. Ojciec Serafin w Korcu z trzema dziewczynkami,
które przystąpiły do I Komunii

 

Przypomnij swą pierwszą podróż reporterską i pierwszy tekst związany z Kresami.

Pierwszą podróż na Kresy odbyłem w 1988 roku na Białoruś. Pracowałem wtedy w tygodniku Stowarzyszenia PAX „Katolik”. Istniał jeszcze padający Związek Radziecki, ale było widać, że era komunizmu zbliża się ku końcowi. By w tamtych czasach przekroczyć granicę wschodnią, wystarczyło mieć w paszporcie stempel AB… Ktoś pamięta jeszcze te procedury? Z kolegą z Białej Podlaskiej, który był wtedy szefem Oddziału Stowarzyszenia PAX, Szczepanem Kalinowskim, jego służbowym samochodem w październiku 1988 roku wyruszyliśmy do Brześcia. Później co miesiąc jechaliśmy, obierając za cel kolejną miejscowość. Wtedy pojechaliśmy też na Litwę, która dramatycznie zaczęła wybijać się na niepodległość. Plonem tamtych wypraw była książka Białoruś. Uparte trwanie polskości. A swój pierwszy reportaż z Kresów poświęciłem odradzaniu się społeczności polskiej i Kościoła rzymskokatolickiego w Brześciu.

 

Pamiętasz, jak żyło się wtedy Polakom na Kresach?

Polakom żyło się wtedy źle. Poza Republiką Litewską, gdzie na Wileńszczyźnie tworzyli zwarte skupisko, a w samym Wilnie mieszkało ich ponad sto tysięcy i mieli oni polskie szkoły, a także zespoły folklorystyczne, teatr amatorski itp., to w innych republikach ZSRR mieli bardzo ograniczone możliwości pielęgnowania tożsamości narodowej. Tylko we Lwowie istniały dwie polskie szkoły, i to w zasadzie wszystko. Żadnych form organizacyjnych Polacy w ZSRR nie mieli. Najgorzej było na Białorusi, bo tam Polacy nie mieli żadnych form pielęgnowania swojej tożsamości narodowej, mimo iż było ich tam najwięcej. Na Grodzieńszczyźnie stanowili połowę ludności tworzącej zwarte skupisko, przylegające do granicy z Polską i Litwą. Nawet obecnie mówi się nieoficjalnie, że na Białorusi mieszka około miliona Polaków, czy może raczej osób o polskich korzeniach. Jeżdżąc po Grodzieńszczyźnie na przełomie lat 80. i 90., spotykało się jeszcze chutory czy wioski, w których żyli sami Polacy. Starałem się dociec, jak to się stało, że przetrwali, że ich nie wysiedlono do Polski itp. Bardzo szybko zorientowałem się, że praktycznie każda z polskich rodzin ma krewnych, i to bliskich, w Polsce. Okazało się, że po 1945 r., gdy przesiedlano, czy jak kto woli – ekspatriowano tutejszych Polaków, to rodziny, zwłaszcza wielodzietne, rzadko wyjeżdżały w komplecie. Jeżeli w rodzinie było trzech braci, to dwóch wyjeżdżało do Polski, a jeden, często z rodzicami lub częściej dziadkami, zostawał na miejscu, by pilnować swojego gospodarstwa. Wszyscy wyjeżdżający na Ziemie Odzyskane zakładali bowiem, że ich pobyt tam nie będzie trwały. Liczyli, że kiedyś wrócą. Historia jednak tak się potoczyła, że nie wrócili. Aż do początku lat sześćdziesiątych ci, którzy pozostali na ojcowiźnie, musieli pracować w kołchozach, z których nie wolno im było wyjechać. Nie mieli paszportów. Jeżeli oni lub ich dzieci chcieli opuścić miejscowość, mogli wyjechać tylko na sztandarowe budowy komunizmu, gdzie brakowało rąk do pracy. Spotykałem bardzo wiele skupisk tych pochodzących z Białorusi Polaków na całym obszarze Rosji od Kaliningradu po Władywostok. Ci, których spotkałem, byli z reguły już dziećmi tych, którzy wyjechali w latach pięćdziesiątych, chociaż jednego czerstwego staruszka, liczącego 103 lata, spotkałem także w Tambowie. Mieli oni poczucie, że są Polakami, choć formalnie w statystykach narodowościowych zapisani byli jako Białorusini, bo tylko jako Białorusini ich przodkowie mogli wyjechać z Białorusi i porzucić kołchoz. W każdym razie ci Polacy, którzy zdecydowali się wyjechać do Rosji, starali się zawsze do czegoś dojść. Byli kierownikami, dyrektorami, oficerami w wojsku, nauczycielami, naukowcami. Wielu to się udało. Oczywiście nie wszyscy Polacy żyli w rodzinach czysto polskich, ale w mieszanych, lecz świadomość swych korzeni zachowali. W Moskwie spotkałem np. potomków autora wiersza Kto ty jesteś – Polak mały Władysława Bełzy. Mocno wrośli oni w tamtejszą intelektualną twórczą elitę rosyjskiej stolicy. Takie przykłady można by mnożyć! Białoruskie Kresy karmiły i -nasycały Polakami cały ZSRR. Ukraińskie też, ale nie te sięgające do Zbrucza, które zostały oczyszczone przez repatriacje i ukraińskie mordy, tylko te dalsze w rejonie Szarogrodu, Murafy, Gródka Podolskiego, Chmielnickiego czy okolic tzw. Marchlewszczyzny, czyli dawnego rejonu autonomicznego. Polakom na Kresach żyło się generalnie nie najgorzej od strony rzecz biorąc ekonomicznej. Brakowało im jednak możliwości pielęgnowania tożsamości narodowej. Nie mogli oficjalnie występować jako polska mniejszość. Władze nie ukrywały, że dążą do ich całkowitego wynarodowienia i asymilacji. Dopiero gorbaczowowska pierestrojka zaczęła zmieniać ten stan rzeczy.

 

To był też czas powstawania różnych polskich stowarzyszeń na Kresach. W Kijowie powstała nawet Federacja Organizacji Polskich na Ukrainie. I oczywiście prasa w języku polskim.

Wszelkie stowarzyszenia, skupiające Polaków na Kresach, były i są potrzebne. Bez nich proces odradzania narodowego Polaków nie nabrałby takiego tempa i takich rozmiarów. Największy sukces odniósł niewątpliwie Związek Polaków na Litwie, który twardo bronił i broni praw polskiej mniejszości na Litwie. Gdyby nie on, to polskiej mniejszości na Litwie już by nie było. Zostałaby przez Litwinów wynarodowiona. Jeśli chodzi o Federację Organizacji Polskich na Ukrainie, to jej powstanie, jak mi się wydaje, było koniecznością służącą zintegrowaniu działania różnych niewielkich organizacji polskich, które powstawały na Ukrainie. Federacja miała też służyć dla nich jako pomost do łączności z krajem, przekazywania ich postulatów do Warszawy, itp. Federacja miała też występować wobec władz ukraińskich w ich imieniu. Polskiej prasie na Kresach generalnie brakuje środków i dziennikarzy. Może ukazywać się tylko dzięki wsparciu z kraju. To jednak wiąże się z pewnym uzależnieniem, co negatywnie przekłada się na treść. Czytając niektóre tytuły, odnoszę wrażenie, że są one redagowane z myślą o czytelnikach w kraju, a nie na Kresach.

 

Kresy to wielonarodowość i wielowyznaniowość. O Lwowie mówi się, że był przykładem wielowyznaniowości, wszak oprócz trzech katedr – rzymskokatolickiej, grekokatolickiej i ormiańskiej, były świątynie żydowskie… Chciałbym nawiązać do przypadku braci Szeptyckich, którym poświęciłeś sporo miejsca w swych książkach… Ocenisz Szeptyckich?

Kwestia rodziny Szeptyckich jest dość złożona. Takich rodzin na całych Kresach nie tylko ukraińskich, ale i białoruskich czy litewskich było więcej. Często bywało tak, że jeden brat wybierał opcję polską, drugi litewską, a trzeci białoruską. Z Szeptyckim było podobnie. Jan Kanty Szeptycki, polski właściciel ziemski, wywodził się ze starego ruskiego rodu. Jego przodkami byli m.in. Atanazy i Ludwik Szeptyccy, ruscy metropolici kijowscy w XVIII w. Rodzina Szeptyckich była spokrewniona z Wiśniowieckimi i Ledóchowskimi. W końcu XIX w. rodzina Szeptyckich była jednak uważana za polską rodzinę hrabiowską. Ojciec braci Szeptyckich, Piotr Paweł Leopold Szeptycki z Przyłbic, ożenił się z córką polskiego komediopisarza Aleksandra Fredry Zofią, z którą miał siedmiu synów. Dwaj zmarli w dzieciństwie. Z pozostałych dwaj zostali ziemianami, byli to: Aleksander Maria Dominik Szeptycki i Leon Józef Maria Szeptycki. Kolejny – Stanisław Maria Jan Szeptycki wybrał karierę wojskowego, dochodząc do stopnia generała w armii austro-węgierskiej i w Wojsku Polskim. Cała ta trójka, podobnie jak rodzice, uważała się za Polaków i byli wyznania rzymskokatolickiego. Dwaj bracia natomiast zostali zakonnikami. Roman Aleksander Maria porzucił świeckie życie i wstąpił do klasztoru bazylianów w Dobromilu koło Sambora, przyjmując imię zakonne Andrej, co było równoznaczne z przyjęciem opcji ukraińskiej. Podobnie uczynił Kazimierz Maria Szeptycki, który porzucił tradycję łacińską i wstąpił do zakonu studytów, przyjmując imię Klemens, deklarując się po stronie Kościoła greckokatolickiego, w którym w tym czasie jego brat Andrej bardzo dynamicznie i skutecznie sprawował najwyższe stanowisko. Bracia rzecz jasna się wspierali. Andrej został metropolitą galicyjsko-lwowskim w wieku zaledwie 35 lat. Z jego awansem więcej nadziei wiązali Polacy niż Ukraińcy. W polskich środowiskach ziemiańsko-konserwatywnych liczono na jego pochodzenie społeczne i polski rodowód, dające pewną gwarancję zachowania dominacji politycznej i ekonomicznej tych warstw oświeconych w Galicji. Koła wiedeńskie uważały Szeptyckiego za lojalistę, dwukrotnie został odznaczony przez rząd austriacki, był członkiem wiedeńskiej Izby Panów, a także tajnym radcą dworu. Pełnił też funkcję wicemarszałka galicyjskiego Sejmu Krajowego. Wiedeń liczył, że Szeptycki, stawszy się duchowym przywódcą Ukraińców, pomoże mu spacyfikować emancypacyjne dążenia Ukraińców i opanować rodzący się ukraiński ruch nacjonalistyczny. Sami Ukraińcy przyjmowali Szeptyckiego niechętnie, a nawet wrogo. Ukraińscy „narodowcy” na każdym kroku wytykali mu polskie arystokratyczne pochodzenie. Redaktor „Diła” ks. Cehelśkyj pisał o Szeptyckim te słowa: „Przed nami czużeniec, nadęty tradycjami wallenrodyzmu, człowiek wrogiej nam społeczności, który wdarł się na ruski metropolitalny tron chyba tylko po to, żeby wewnątrz samej ruskiej społeczności zaszczepić truciznę rozdarcia, osłabić jego odporną siłę wobec wrogiego narodu”.

Andrej Szeptycki, podobnie jak jego brat, zwiódł wszystkich. Z tym że Ukraińców w pozytywnym sensie. Nie spełnił nadziei Polaków i Wiednia, ale zaskoczył ich całkowicie, stając się wybitnym ukraińskim patriotą, ojcem duchowym i największym autorytetem moralnym dla ukraińskich separatystów. Gdy Polska wybijała się na niepodległość, na każdym kroku manifestował swą ukraińskość i opowiadał się za budowaniem niezależnego państwa ukraińskiego. Orędował za tym bardzo gorliwie, nie ukrywając, że stanowi to jeden z jego celów życia. Jego brat – Klemens Szeptycki – wiernie mu sekundował. Polacy byli tym całkowicie zaskoczeni. Odbierali bowiem działania rodziny Szeptyckich przez pryzmat postępowania generała Stanisława Szeptyckiego, wielkiego polskiego patrioty. Myślę, że osoby bardziej zainteresowane Szeptyckimi powinny sięgnąć po moją książkę Narodziny Ukraińskiego Nacjonalizmu. Bandera, Szeptycki, OUN, a także do dwóch następnych tomów tej trylogii. Ich lektura pozwoli czytelnikom na własną ocenę Szeptyckich. Zawarte w niej dokumenty, listy pasterskie, a także materiały operacyjne sowieckich służb specjalnych znakomicie im to ułatwią.

 

 

 Zdjęcie z tego okresu. Ojciec Serafin z całą swoją korzecką trzódką, która po wojnie nie wyjechała do Polski

 

Skupmy się na Kościele rzymskokatolickim na Kresach. Gdyby nie Polacy żyjący na Kresach, Kościół raczej by nie przetrwał… I vice versa… Dzięki Kościołowi, jego kapłanom działającym z wielkim oddaniem za czasów ZSRR na Kresach, przetrwała polskość. Czy to twierdzenie jest uzasadnione?

Jak najbardziej jest uzasadnione. Bez Kościoła rzymskokatolickiego, a raczej nielicznych księży rzymskokatolickich, którzy zdecydowali się pozostać na Kresach, narażając się na sowieckie represje. Bez nich nie byłoby Kościoła, czy raczej kilkunastu parafii na Ukrainie, głównie tej leżącej za dawną polską granicą. Powstały one w miejscowościach, a raczej w rejonach, w których Polacy stanowili jeżeli nie większość, to znaczny odsetek mieszkańców, i twardo domagali się otwarcia zamkniętych kościołów. Sami księża bez wiernych nic by nie zrobili. Oni praktycznie nie mieli żadnych praw. Gospodarzem parafii zawsze formalnie był Komitet Kościelny. Ksiądz był tylko Sługą Kultu. Kościół, w którym księża używali języka polskiego, pielęgnował też wśród wiernych poczucie polskości. Przypominał im, że są Polakami. Bez parafii rzymskokatolickich wszyscy byliby szybko wynarodowieni. Podobna sytuacja jak na Ukrainie byłaby na Białorusi, zwłaszcza na Grodnieńszczyźnie i na Pińszczyźnie. Księża katoliccy działali też na obszarze dzisiejszej Rosji, Kazachstanu i innych krajów Azji Średniej i Kaukazu. Ich najbardziej znanym przedstawicielem jest związany także z Krakowem błogosławiony ks. Władysław Bukowiński, „Apostoł Kazachstanu”. Głęboko wierzę, że to właśnie on zaprosił mnie na kresowe szlaki. Nigdy go nie poznałem osobiście. Jeszcze na studiach przeczytałem jego wspomnienia wydane na powielaczu, poza cenzurą. Zafascynowała mnie jego postać. Wtedy jednak nawet nie przypuszczałem, że kiedykolwiek trafię na wytyczone przez niego duszpasterskie szlaki. Wielokrotnie byłem w Łucku i w Kazachstanie, z którym tak bardzo był związany. W 1999 r. w Karagandzie chodziłem po jego śladach, rozmawiałem z ludźmi, którzy go znali, a także z tymi, których ochrzcił. Byłem też na jego grobie – zmarł 3 grudnia 1974 roku w szpitalu w Karagandzie – na cmentarzu poza Karagandą. Dzisiaj jego szczątki przeniesione w latach 90. XX w. spoczywają w krypcie katedry Matki Bożej Fatimskiej Matki Wszystkich Narodów w Karagandzie. Uroczyście zostały złożone w specjalnej krypcie 9 września 2016 roku. Na południu Kazachstanu spotkałem starszego pana Franciszka Paluszkiewicza, który jako chłopak wiózł na furze ks. Bukowińskiego do swojej miejscowości, do Żanaszaru, w której mieszkało wielu Polaków. W Kazachstanie wędrowałem też śladami innych wielkich apostołów tej ziemi, m.in. o. Serafina Kaszuby i ks. Józefa Kuczyńskiego. Poświęciłem im i innym księżom, którzy posługiwali wiernym, książkę Przez stepy Kazachstanu. Ślady działalności ojca Kaszuby spotkałem też na Dalekim Wschodzie Rosji. W Nachodce, portowym mieście nad Morzem Wschodnio-chińskim, spotkałem należącą do tamtejszej – tworzącej się wówczas parafii kobietę, którą ochrzcił o. Kaszuba. Sporo śladów działalności pozostawił również na Wołyniu, między innymi w Ostrogu, gdzie miał jedną ze swoich baz duszpasterskich. W Korcu, niedaleko od Ostroga, spotkałem rodzinę, w której mieszkaniu zatrzymywał się w swych duszpasterskich wędrówkach o. Serafin. Właściciel tego domu Franciszek Zubrzycki, rosły mężczyzna, był jednym z ochroniarzy o. Serafina. Wychodził zawsze po niego na przystanek autobusowy, gdzie witał o. Kaszubę i prowadził go do swojej chałupy. Wraz z nim przychodzili też inni mężczyźni. Wspólnie strzegli o. Kaszubę przez napadem „nieznanych sprawców”. Ojciec Kaszuba przyjeżdżał, o czym trzeba pamiętać, nielegalnie. Komunistyczne władze zapewne wiedziały, kiedy przyjeżdża, i by go do tego zniechęcić mogły nakazać pobicie go. Ojciec Kaszuba jako wędrowny i „nielegalny” apostoł, miał zadanie najtrudniejsze. Łatwiej było księżom pracującym za dawną polską granicą, w legalnie zarejestrowanych parafiach. Nie było ich wiele, ale stanowiły znaczące ośrodki ogromnie zasłużone dla Kościoła rzymskokatolickiego i polskości na Kresach. Wystarczy wspomnieć parafie w Murafie, Żytomierzu, Barze, Szarogrodzie, Miastkówce, Greczanach, Gródku, Wierzbowcu i Strudze. Posługiwali w nich wybitni kapłani, którzy bez reszty poświęcili się Chrystusowi, wiernym i Polsce. Wystarczy wspomnieć tu o takich postaciach, jak księża: Andrzej Gładysiewicz, Antoni Chomicki, Jan Olszański, Jan Cieński, Rafał Kiernicki czy Władysław Wanags. Mógłbym o nich długo opowiadać. Poświęciłem im trzy książki: Kresy we krwi, Pługiem i mieczem i Śmierć za Sienkiewicza. Osoby zainteresowane ich działalnością zachęcam do sięgnięcia po te książki.

 

W latach 90. XX wieku sytuacja Kościoła rzymskokatolickiego zmieniła się diametralnie. Wizyta Ojca Świętego Jana Pawła II odbyta w dniach 23–27 czerwca 2001 roku umocniła pozycję Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie.

Wiele sobie po tej wizycie obiecywali Polacy, a jeszcze więcej Ukraińcy… Podczas uroczystych mszy świętych odprawionych na lwowskim hipodromie w rycie rzymskokatolickim beatyfikował ks. abp. metropolitę lwowskiego Józefa Bilczewskiego, a w obrządku grekokatolickim beatyfikował 27 nowomęczenników i s. Michalinę Jozafatę Hordaszewską. Myślę, że trzeba poważnie zastanowić się nad przyszłością Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie i jego relacji z polskością. Staram się o tym pisać przy każdej okazji. Ze smutkiem trzeba skonstatować, że o ile Kościół rzymskokatolicki przetrwał na Wschodzie dzięki Polakom i na odwrót, to obecnie, eliminując język polski z liturgii i nauczania, przyczynia się do likwi-dacji polskości, do ukrainizacji i białorutenizacji polskiej mniejszości. Ten problem dostrzegł, ostatni już wywodzący się z sowieckich czasów, ks. Martynian Darzycki, bernardyn, dzięki któremu odrodził się na Ukrainie zakon franciszkanów. Opowiadał mi zmarły niedawno ks. prof. Roman Dzwonkowski, że przed wizytą św. Jana Pawła II w Polsce, kiedy miał spotkać się w Dukli z bernardynami, przyjechał do niego do Lublina ks. Darzycki. Ukląkł przed nim i błagał, by ten skreślił list do papieża, w którym napisze m.in., jak jego współbracia niszczą język polski w Kościele, a tym samym Polaków na Ukrainie. Profesor Dzwonkowski, który doskonale znał sytuację Polaków na Wschodzie, bo się tym profesjonalnie zajmował, ten list oczywiście napisał, a o. Darzycki, klęcząc przed papieżem, ze łzami w oczach mu wręczył. Jan Paweł II list przyjął, ale dało to niewiele. Praktycznie nic! Starzy współpracownicy księży, takich jak m.in. o. Darzycki, zaczęli ze zgrozą konstatować, że jeżeli chcą, by ich wnuki zostały Polakami, powinny trzymać się z daleka od Kościoła katolickiego! Polacy zaczęli walczyć ze swymi proboszczami, chcąc wymusić na nich zachowanie w kościołach miejsca dla Polaków. Jedną z takich osób, które dobrze znałem, była Irena Sandecka z Krzemieńca.

 

 

 Franciszek Zubrzycki z Korca; to on był jednym z ochroniarzy o. Serafina, gdy przyjeżdżał do miasta nad Korczykiem

 

Nie ukrywam, że ja też miałem do niej wielki sentyment. Ty jednak poświęciłeś Jej osobną książkę Od Humania do Krzemieńca: Irena Sandecka.

Pani Irena byłą osobą ze wszech miar na to zasługującą. Zmarła w 2010 roku. Jej życie i działalność to piękny przykład kresowego patriotyzmu, wierności Rzeczypospolitej i polskości. To, że polskość i parafia rzymskokatolicka w Krzemieńcu przetrwały, to jej zasługa. Tego nikt nie jest w stanie zakwestionować! Choć i dzisiaj są osoby, które wciąż chcą pomniejszyć jej rolę w tym patriotycznym dziele, traktować jako „starą wariatkę”, nierozumiejącą nowych czasów. Ona, podobnie jak wielu innych Polaków jej klasy, nie tylko z Ukrainy, ale też z Białorusi i Litwy, liczyli, że po rozpadzie Związku Radzieckiego Kresy wrócą do Polski. Zegary w ich domach wskazywały czas, jaki jest w Polsce, a nie w pierwszej strefie czasowej ZSRR. Ich marzenie się nie spełniło… Miejscowe władze ukraińskie nie cierpiały pani Ireny nie dlatego, że była symbolem trwania polskości w Krzemieńcu. Nie znosiły jej, ponieważ stale przypominała o zbrodniach Ukraińców popełnionych na Polakach w czasie II wojny światowej, czego była naocznym świadkiem. Uczestniczyła też w ratowaniu ofiar ukraińskiego terroru. Z jednej z wiosek wyprowadziła Polaków pod eskortą niemieckich oddziałów, a z Krzemieńca wywiozła do Krakowa kilkadziesięcioro dzieci, których rodzice zostali zamordowani przez Ukraińców. Gdy na jej liczącym 200 lat domu, w którym mieszkał słynny profesor Liceum Krzemienieckiego Wilibald Besser, światowej sławy botanik, miano umieścić pamiątkową tablicę, władze ukraińskie wpadły w duże zakłopotanie. Jak umieszczać na ścianie dworku pamiątkową tablicę, jeżeli mieszka w nim stara Sandecka, która wciąż „szczeka” o zbrodniach na Polakach popełnionych przez Ukraińców?!

 

Dotykając tych bolesnych spraw, chciałbym cię zapytać o naszych księży męczenników, którzy często przy ołtarzu zostali zamordowani przez ukraińskich zbrodniarzy.

Sprawa jest podnoszona głównie przez środowiska wygnańców wołyńskich, którzy zdołali ujść przed nożami i toporami zbrodniarzy. Kościół rzymskokatolicki stara się zamieść sprawę pod dywan. Czeka, aż opadną emocje, aż sprawa się wyciszy itp. Doskonale ją zna i Episkopat Ukrainy, i Episkopat Polski, do którego należy zajęcie się sprawą. Wie o niej też i Stolica Apostolska. Na Ukrainie jest przecież Nuncjusz Apostolski, bardzo dobrze zorientowany we wszystkich sprawach. Wiedział o nich także św. Jan Paweł II, nie podnosił jej, bo nie chciał zadrażniać relacji polsko-ukraińskich. Beatyfikacja polskich męczenników osłabiłaby bowiem wydźwięk beatyfikacji męczenników ukraińskich. Wynikałoby z niej bowiem, że Ukraińcy byli nie tylko męczennikami, ale także oprawcami. Jan Paweł II bardzo naiwnie oceniał relacje polsko-ukraińskie, mimo że jego przyjaciel kardynał Marian Jaworski bardzo trzeźwo postrzega sytuację Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie, a także związanej z nim polskiej mniejszości. Trzeba sprawę księży męczenników podnosić i modlić się, by nie została zapomniana i rozmyta.

 

Wołyń dla twej pisarskiej twórczości jest miejscem szczególnie ważnym. Dokonałeś opisu i analizy zbrodni ludobójstwa na bezbronnej ludności polskiej. Z perspektywy kilkudziesięciu lat rodzi się pytanie, czy rzeczywiście do tego musiało dojść? Wyrzynanie polskich wsi odbywało się w czasie okupacji niemieckiej, kiedy Ukraińcy mieli świadomość, że Niemcy nie obdarują ich niezależną państwowością. Nie mogli się też tego spodziewać po nadchodzącej armii rosyjskiej, która podczas pierwszej okupacji w 1939 roku też nie stworzyła niepodległej ukraińskiej państwowości.

Wiele razy na ten temat rozmawiałem z prof. Władysławem Filarem, uczestnikiem tamtych wydarzeń, który analizował bardzo dokładnie przebieg wołyńskiej tragedii. Zdaniem profesora Wołyń jako miejsce wszczęcia ukraińskiego powstania, które teoretycznie miało podjąć walkę z Niemcami, a sprowadziło się do ludobójstwa Polaków, został wybrany nieprzypadkowo. Pierwotnie miało ono wybuchnąć w Małopolsce Wschodniej, w mateczniku ukraińskich nacjonalistów, gdzie mieli największe wpływy. Obawiali się jednak, że w tym miejscu Niemcy bardzo szybko je stłumią. Nacjonaliści doskonale zapamiętali lekcję, jaką udzielili banderowcom Niemcy w 1941 r. Gdy ci zaczęli mordować sprzyjających im nacjonalistów z odłamu Melnyka, natychmiast przystąpili do zdecydowanej kontrakcji. Aresztowali 2000 banderowców i ich najzwyczajniej rozstrzelali. Hitler kazał szefowi SD „zrobić porządek z tą bandą”. Małopolska Wschodnia została też przez Niemców przyłączona do Generalnego Gubernatorstwa, gdzie Niemcy czuli się gospodarzami. Było tam sporo miast i miasteczek, ważnych szlaków komunikacyjnych i niemieckich garnizonów. W Małopolsce Wschodniej liczna była też mniejszość polska. W niektórych gminach czy nawet powiatach dominowała, co automatycznie rzutowało na możliwości polskiej samoobrony. Na Wołyniu sytuacja była diametralnie inna i dawała nacjonalistom ukraińskim określone możliwości. Przede wszystkim społeczność polska była nieliczna. Stanowiła około 15% całej ludności. Po represjach sowieckich, czyli wywózkach na Wschód, ludność polska była też osłabiona. Przywódcy lokalnych społeczności zostali deportowani do Kazachstanu lub na daleką Północ. Sowieci wywieźli wszystkich znanych im oficerów rezerwy i wszystkich członków konspiracji ZWZ, którą Komenda Główna w Warszawie usiłowała stworzyć na Wołyniu. W sumie w ich łapy wpadło około 2000 osób, które mogłyby zaangażować się w podziemie. Sowieci przywieźli z Wołynia praktycznie cały najbardziej patriotyczny polski element! Niemcy z kolei całą swoją władzę na Wołyniu oparli na Ukraińcach, tworząc ukraińską policję pomocniczą i ukraińską administrację terenową. Sami obsadzili tylko duże miasta i linie komunikacyjne. W terenie władzę mógł brać, kto chciał. W praktyce sprawowała ją Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, która zaczęła tworzyć na Wołyniu totalitarne państwo podziemne. Na Wołyń z Małopolski Wschodniej przybyło też około 1000 agitatorów, którzy zaczęli podsycać, zgodnie z ideologią OUN, antypolskie nastroje. Posługiwali się różnymi hasłami, z których jedno głosiło, że „Ukraina nie będzie wolna, dopóki pozostanie na niej choć jedna polska noga”. Polskie podziemie nie miało z ukraińskim większych szans. Ukraińska policja pomocnicza i Kryminalna Policja złożona także z Ukraińców, często tych, którzy przed wojną pracowali w policji państwowej, zwalczała polską konspirację bezlitośnie. We wsiach mieszanych, w których mieszkało choćby tylko kilku Ukraińców, wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkich. Nic się ukryć na dłuższą metę nie dało. Donosicielstwo ukraińskie było prawdziwą plagą. Jeżeli gdzieś w nocy zbierali się Polacy, to następnego dnia mogli być pewni wizyty ukraińskiej policji. Podkreślić też trzeba, że ukraińska policja penetrowała szczególnie gospodarstwa, w których podejrzewała, że Polacy ukrywali broń. Z bronią na Wołyniu generalnie był kłopot. Jej brak hamował rozwój oddziałów ZWZ-AK. Do konspiracji przyjmowano tych, którzy zdobyli ją sami na własną rękę. Niektórzy historycy lansują tezę, że Komenda Główna AK nie chciała dać broni na Wołyń. To nonsens! KG AK w Warszawie nie miała żadnych magazynów broni i nie miała, co dać. Wołyń musiał radzić sobie sam. W okresie lipcowych rzezi w 1943 r. oddziały zbrojne AK były dopiero tworzone i nie były w stanie przeciwstawić się ukraińskiemu uderzeniu. Kiedy jednak trochę okrzepły, zatrzymały ukraińską ofensywę. W grudniu, gdy UPA planowała uderzenie na miasta, odparły ją i przeszły do zdecydowanej kontrofensywy. Gdy powstała formalnie 27. Wołyńska Dywizja Piechoty AK, ludność polska była w miarę bezpieczna.

 

Ale 27. Wołyńska Dywizja Piechoty AK została z Wołynia wycofana, pozostawiając ludność polską bezbronną – twierdzi Zychowicz.

Analiza mojego kolegi Zychowicza nie jest do końca trafna. 27. Wołyńska Dywizja Piechoty AK nie została z Wołynia wycofana, ale zmuszona do tego przez Niemców. Gdyby jej dowództwo podjęło inną decyzję, zostałaby unicestwiona przez niemieckie zagony pancerne. Wcześniej, wraz z oddziałami Armii Czerwonej, uczestniczyła w tzw. operacji kowelskiej i wraz z nimi musiała się przebijać na północ do Lasów Szackich, przechodząc przez ruchliwą linię kolejową. Tam też nie mogła zagrzać długo miejsca i musiała się wycofywać dalej. Trzeba też pamiętać, że z punktu widzenia ochrony ludności polskiej nie miało to już większego znaczenia. Zdecydowana większość Wołynia była już zajęta przez Armię Czerwoną. Wszelkie podziemne oddziały zbrojne, a nawet oddziały samoobrony musiały zdać broń i się ujawnić lub narażały się na likwidację i represję. Dla ochrony ludności polskiej sowieci tworzyli istriebitielnyje bataliony, do których werbowali głównie polską młodzież w wieku od 16 do 18 lat. Starsi dostawali powołania do tworzonego Wojska Polskiego, głównie do ośrodków mobilizacyjnych w Sumach i Riazaniu. AK na pewno Wołynia nie zdradziła i nie porzuciła. Z honorem i godnością spełniła swoje zadanie. W najbliższym czasie ukażą się dwa tomy mojej pracy zatytułowanej Zapomniani bohaterowie, z podtytułem AK nie zdradziła Wołynia. Wszyscy, których nurtują problemy wywołane przez mojego szacownego kolegę, znajdą w nich odpowiedź na wszystkie te pytania.

 

Ostatnie książki poświęciłeś OUN/UPA, jej ideologom oraz krwawej działalności do momentu całkowitej likwidacji po II wojnie światowej. Dlaczego tyle pracy włożyłeś w ten właśnie temat?

Nie tylko ideologom, ale zbrodniarzom wywodzącym się z tej formacji, którzy dokonywali zbrodni ludobójstwa na narodzie polskim, czyli na Polakach mieszkających na Wołyniu, w Małopolsce Wschodniej, Chełmszczyźnie, Podlasiu, Nadsaniu i Łemkowszczyźnie. W Polsce pojawili się autorzy, którzy zaczęli ich nazywać partyzantami, a UPA taką ukraińską AK, z którą trzeba się porozumieć, bo oni walczyli z sowietami. Takie podejście oburzało środowisko weteranów polskiej konspiracji, które obawiało się, że tysiące Polaków, którzy padli ofiarą ukraińskiego ludobójstwa, zostanie zapomnianych i złożonych na ołtarzu dobrych stosunków z Ukrainą. Niektórzy z tych, którzy bronili Polaków przed ukraińskim ludobójstwem, zaczęli się obawiać, że to oni zaczną być teraz nazywani zbrodniarzami. Na Ukrainie pojawiło się całe grono ukraińskich historyków fałszujących historię, twierdzących, że to nie Ukraińcy mordowali Polaków na Wołyniu, ale odwrotnie. Sztandarową postacią tej grupy jest niejaki Wołodymyr Serhijczuk, prof. Kijowskiego Narodowego Uniwersytetu im. Tarasa Szewczenki. Postanowiłem więc napisać trylogię, która pokaże historię ukraińskiego nacjonalizmu od narodzin aż do jego końca. Przypominam w niej, że ukraiński nacjonalizm, stworzony w Małopolsce Wschodniej, miał zawsze przede wszystkim antypolski charakter. Dla osiągnięcia swych celów ukraińscy nacjonaliści byli gotowi sprzymierzać się z każdym, w tym również z Hitlerem. Nie wolno o tym zapominać.

 

Przy tym ołtarzyku w Korcu o. Serafin odprawiał msze św. Państwo Zubrzyccy zachowali go jako największą relikwię. Obok ołtarzyka ks. Waldemar Szlachta, obecny proboszcz parafii w Korcu

 

 

Czy te książki są równie popularne wśród czytelników?

Ostatnia moja książka Śmierć banderowcom. Krwawa rozprawa z OUN-UPA w konkursie „Historia zebrana”, organizowanym przez portale: granice.pl i Histmag.org, została przez internautów wybrana w swojej kategorii „Najlepszą książką historyczną roku 2021”. Jest to trzecia część mojej pracy, poświęconej historii ukraińskiego nacjonalizmu. Pierwsza jest zatytułowana Narodziny ukraińskiego nacjonalizmu, a druga Rzeźnicy z OUN-UPA. Dopiero lektura trzech tomów tej pracy daje pełny obraz ukraińskiego nacjonalizmu. Zapraszam wszystkich do ich czytania.

 

Dziękując za rozmowę, zachęcam Państwa do lektury książek Marka A. Koprowskiego.