Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z Teresą Siedlar-Kołyszko rozmawia Janusz M. Paluch

[4/2004]

Wędruje Pani już od wielu lat po Kresach, poznając ludzi zwykłych i ciekawych. Efektem tych peregrynacji są niezwykle interesujące reportaże i książki. Ale przecież nie tylko dla pozyskania materiału pisarskiego Pani tam jeździ. Proszę powiedzieć, jaki właściwie cel przyświeca tym podróżom?

Zacznijmy od tego, że ja nigdy nie jeżdżę na Kresy, a na dawne ziemie Rzeczypospolitej, wielkiej królewskiej Rzeczypospolitej. Bo Kresy, proszę pana, to ziemie dalekie, ukrainne... Po co tam jeżdżę? Bardzo dawno temu zdałam sobie sprawę z tego, że dla mnie, Polki, polonistki, nazwy Nowogródek, Krzemieniec, Grodno są tylko martwymi rzeczownikami. Oczywiście Wilno czy Lwów znałam tylko z ilustracji. Uzmysłowiłam sobie, że ja nigdy nie widziałam Ojczyzny największych Polaków! Mickiewicza, Słowackiego, Orzeszkowej... Zastanawiało mnie, jak to jest, że my – bo przecież nie byłam w tym odosobniona – nie znamy tych ziem, które dały nam większość znamienitych Polaków! W końcu pojechałam do Wilna. To był rok chyba 1986. Pierwszy spacer po Wilnie to był szok! Wysiadłam z jakiegoś trolejbusu, idę ulicą i nagle olśnienie... Matko Święta – przecież ja to wszystko znam! Towarzyszyła mi miejscowa dziewczyna, która po polsku mówiła, ale nie miała zielonego pojęcia o polskiej historii czy literaturze. Patrzyła na mnie ze zdziwieniem i uznaniem szeroko otwartymi oczyma, bo ja wszystko wiedziałam i jej opowiadałam, a ona poznawała jakby od nowa swoje rodzinne miasto. To było miasto, które w sobie nosiłam, znałam i kochałam! Stamtąd pojechałam do Grodna. Tam wspaniały człowiek i odważny Polak, fizyk, trochę poeta, nieżyjący już Franek Witowicz, prosił mnie: pani jeździ po świecie, niech pani o nas mówi, że my tutaj jesteśmy, bo nikt o nas nie wie! I rzeczywiście tak było, bo my wszyscy myśleliśmy, że Wilnianie i Lwowianie wyjechali i nie ma tam, wówczas jeszcze w ZSRR, problemu Polaków. I takim cichutkim głosem, chociaż był potężnym mężczyzną, powiedział mi taki wiersz, który na całe lata utkwił mi w pamięci:

Od Niemna brzegów nieśmy miłą wieść,

Że Orzeł Polski nadal tutaj mieszka,

I Naród Polski nadal tutaj jest,

By pielęgnować sady swego wieszcza.

 

To było wzruszające! Niebawem wyjechałam do USA, a tam w Instytucie Piłsudskiego odbyło się spotkanie ze mną, które zgromadziło nieprzeliczone tłumy Polaków. Opowiadałam im o tej swojej pierwszej wędrówce. Wszyscy słuchali z zapartym tchem, a po spotkaniu nieżyjący już prof. Jędrzejewicz powiedział mi: pani Tereso, pani musi o tym pisać! Umówił mnie na spotkanie z Wierzbiańskim, nieżyjącym już redaktorem naczelnym „Nowego Dziennika”, który w swym gabinecie zgromadził całą redakcję i tam na stojąco słuchali, a ja przez bez mała trzy godziny opowiadałam o Litwie i Białorusi. Potem w rozmowach stwier­dzali, że opowiadam im nieprawdopodobne rzeczy, o jakich nie wiedzieli i nie słyszeli. I wtedy uzmysłowiłam sobie, że przecież na tamtych ziemiach Polska była kilkaset lat i dopiero od kilkudziesięciu lat nas tam nie ma i nagle nikt nic i niczego nie wie! Proszę popatrzeć, jak od tamtego czasu się zmieniło, jak wiele osób jeździ teraz w tamte rejony...

 

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że znacznie i Pani się do tego przyczyniła... Reportaże na łamach nowojorskiego „Nowego Dziennika”, kolejne książki, już trzy – obecne wszędzie tam, gdzie Polacy! – godzinami trwające pani gawędy na spotkaniach autorskich... To musiało zrobić swoje! Proszę opowiedzieć, jakie było pierwsze pani spotkanie ze Lwowem?

To były lata siedemdziesiąte i było to trochę przypadkowe spotkanie... Jechałam z koleżanką w służbową podróż do Kijowa właśnie przez Lwów. Oczywiście nie mogłam tego miasta pominąć. Było to trochę nielegalne, poza tym nie miałyśmy pieniędzy, ale co nam zrobią! Nagle zaczęłam w holu dworca kolejowego na cały głos krzyczeć po polsku na moją koleżankę: Jak możesz nie mieć nawet 10 kopiejek! Ona patrzyła na mnie przerażona, bo nie wiedziała, o co chodzi... Na te wrzaski podchodzą do nas pan i pani i konfidencjonalnie, żeby nikt nie słyszał, powiedzieli: Proszę pani, po co pani te 10 kopiejek? My pani damy... Ja na to: Proszę pana, po to, żeby państwo się do mnie odezwali! I w ten sposób poznałam niezwykłą, cudowną rodzinę Owczarków, u której przenocowaliśmy... Ich synowa była później jedną z pierwszych założycielek Polskiego Radia we Lwowie... Natomiast pierwszy świadomy wyjazd do Lwowa nastąpił znacznie później. Stało się to dzięki wspaniałemu człowiekowi, panu Adolfowi Wisłowskiemu, pochodzącemu z ro­dziny ormiańskiej. To on przyjeżdżał do Krakowa i opowiadał, że tam istnieje Polski Teatr. I właściwie dzięki niemu powstała moja pierwsza audycja – jak się później okazało pierwsza w powojennych dziejach Polskiego Radia audycja o Lwowie – Spotkanie z miastem serdecznym. To była krótka, bo 15-minutowa rozmowa z panem Wisłowskim, który opowiadał o życiu Polaków we Lwowie i o tym, że są. A to było najważniejsze! W końcu wybrałam się do Lwowa, do pana Wisłowskiego. Pamiętam ogromne wrażenie, kiedy weszłam do katedry na mszę świętą, którą odprawiał, późniejszy biskup o. Rafał Kiernicki. Jak usłyszałam tę słynną pieśń Śliczna Gwiazdo Miasta Lwowa, kiedy zobaczyłam te orły w witrażach nad chórem i zdałam sobie sprawę z tego, że ta świątynia jest tak nieprawdopodobnie polska! Tyle wspaniałych i doniosłych wydarzeń właśnie w jej murach miało w dziejach naszej Ojczyzny miejsce! Zresztą do tej pory się dzieje! Widziałam współczesne tablice pamiątkowe, choćby ta poświęcona Andrzejowi Małkowskiemu, twórcy harcerstwa polskiego! Nasi skauci wywodzą się przecież ze Lwowa! Pan Adolf zaprowadził mnie na Cmentarz Łyczakowski, który świadczy o tym, że mieszczanie lwowscy byli znacznie bogatsi niż krakowscy. Swym pięknem dowodzi, jak było to ogromne i dostojne polskie miasto, jak zamożni byli jego mieszkańcy i jak wiele spraw – centralnych, polskich – działo się we Lwowie... Stąd i niesamowita kwatera Powstańców Styczniowych! Każdego, kto tu przychodzi, zmusza do zadumy nad dziejami naszej Ojczyzny. Pośrodku tych grobów stoi pomnik Szymona Wizunasa Szydłowskiego, chorążego Ziemi Witebskiej. Dla mnie ta kwatera, ten pomnik są świadectwem, że mimo zabo­rów Rzeczpospolita była jednolita w idea­łach... Wizunas z Ziemi Witebskiej, to 400 km od Moskwy, brał udział w Powstaniu Styczniowym, a pochowany został we Lwowie, gdzie szukał schronienia przed Rosją... I kwatera żołnierzy Powstania Listopadowego! Pierwszy żołnierz, który padł w boju o niepodległość Polski – dumnie noszę jego nazwisko – a pochowany został na lwowskim cmentarzu, generał Benedykt Kołyszko, przyjaciel Kościuszki... Przecież więcej spoczywa tam wielkich ludzi niż w Kra­kowie!

 

Wprawdzie rozmawiamy w Krakowie, ale kiedy ta rozmowa trafi do Czytelników, będzie pani już w Stanach Zjednoczonych. Proszę powiedzieć, jak pani postrzega problemy ziem dawnej Rzeczpospolitej z perspektywy amerykańskiej? Przecież wśród celów, jakie pani przyświecają, jest nie tylko „poznanie”?

Za Oceanem jestem również bardzo blisko tych problemów. Właśnie tam mam bardzo dużo wolnego czasu, który w całości poświęcam wschodnim sprawom. Mogę powiedzieć, że cały czas piszę, spotykam się z ludźmi i odbywam setki rozmów telefonicznych. Mam niesłychanie dużo wzruszających kontaktów. Stałam się też niemal agencją załatwiającą różne dziwne sprawy i kontakty. Ot chociażby na prośbę pewnej pani załatwiłam, że na dalekim Polesiu w Malczycach postawiono piękny drewniany krzyż w miejscu, w którym stał jej rodzinny dom. Po tekście o Latyczowie i Międzyborzu zadzwoniła do mnie kobieta, której ojciec przykazał przed śmiercią, że musi pojechać do Latyczowa. Ja jej to ułatwiłam przekazując kontakty. Ale rzeczywiście najważniejszym celem tych moich pobytów stała się pomoc dla Polaków przekazywana właśnie zza Oceanu. Kiedy nie można było posyłać czeków, kiedy nie było tam niczego w sklepach, ludzie posyłali paczki. Szły setki porządnych paczek nie do jakichś organizacji czy parafii, tylko od człowieka do człowieka...

 

Skąd się brały takie kontakty?

Wie pan, ja jeżdżę „rzemiennym dyszlem”, dość siermiężnie. Mieszkam u ludzi. Poznaję ich biedy i troski w sposób namacalny. Nie zza przyciemnianych szyb służbowych samochodów. Zbieram adresy i drukuję. I to do tych ludzi wędruje pomoc. Głównie na Ukrainie i Białorusi, bo tam najbiedniej. Na Litwie zawsze sobie jakoś radzili... Kiedy zaczęły się możliwości wysyłania czeków, to mam takich dobrodziejów, którzy na stałe pod swoją opiekę wzięli rodziny i co kilka miesięcy posyłają im po 100 dolarów, co w tamtych warunkach jest znaczną pomocą. I muszę zaznaczyć, że w tę pomoc włączyli się już młodzi ludzie, którzy wiedzą i czują, że mają wschodnie korzenie, co jest bardzo ważne.

 

Czy ta pomoc rzeczywiście do nich dochodzi? Jakoś – wspominając niemiłe doświadczenia z naszą polską pocztą – nie miałbym zaufania do analogicznych instytucji na Ukrainie czy Białorusi...

Dochodzi! Korzystamy z usług firm wyspecjalizowanych w dostarczaniu przesyłek. Naturalnie kosztuje to więcej, ale mamy pewność, że przesyłka dotarła bezpośrednio do rąk adresata. Oczywiście ja również bywam kurierem, kiedy wybieram się w tamte strony... Kiedyś przeżyłam niesamowitą przygodę. Dotarłam do Dnieprodzierżyńska, gdzie działa wspaniała polska parafia. Jechałam tam pociągiem z Kijowa przez całą noc! Bo przecież to miasto, jego teatr, kościół to dzieło polskich inżynierów i robotników z XIX wieku! To był wielki polski ośrodek! Tylko nikt o tym nie pamięta! Oczywiście ukazał się na ten temat tekst. A później zadzwonił telefon z Tennessee z podziękowaniami! Otóż pewna pani, której mama urodziła się w tamtym mieście, są tam pochowani jej dziadkowie, dzięki mojemu artykułowi odnalazła miasto swych korzeni! Telefonowała wielekroć do ambasady ukraińskiej, by powiedzieli jej, gdzie leży miejscowość Kamienskoje. Nikt nie wiedział! Dopiero ode mnie się dowiedziała, że Dnieprodzierżyńsk to dawne Kamienskoje! Od tamtego czasu corocznie posyła pieniądze dla parafii z prośbą o msze święte w intencji swej rodziny. Kiedy wracam z Polski, ­zawsze przejeżdżam przez Nowy Jork, by w galerii „Nowego Dziennika” spotkać się ze swymi czytelnikami. I wtedy spotykają mnie miłe niespodzianki... Na przykład tuż przed spotkaniem przychodzi faks z pretensjami, dlaczego organizują spotkanie w pierwszy piątek miesiąca, kiedy księża muszą spowiadać i odprawiać msze święte, a przecież każdy chce się z panią Siedlarową spotkać – pisał ksiądz pochodzący z Żytomierszczyzny, który był m.in. proboszczem Bykówki i Maniówki, wiosek w 95 procentach zamieszkałych przez ludność polską, które po I wojnie światowej oddaliśmy na mocy pokojowego traktatu ryskiego – ja nazywam go rozbiorem ryskim, bo to skandal było zostawiać polskie ziemie. A drugi ksiądz, który na to spotkanie przybył z dwugodzinnym spóźnieniem, to ksiądz Majewski z New Jersey... Musiał koniecznie przyjechać na to spotkanie, bo przeczytał jeden z moich artykułów o Husiatynie nad Zbruczem, a on się tam urodził. Jakże mi dziękował za ten artykuł, a dodatkowo okazało się, że znalazło się tam zdjęcie jego kuzynki, która opiekuje się kościołem i pomaga księdzu. Takie mam radości od czytelników!

 

Można tylko pogratulować pani czytelniczego sukcesu! W Polsce również jest organizowana pomoc dla Polaków na Wschodzie, która płynie różnymi drogami. Najczęściej za pośrednictwem organizacji. Krakowski Oddział Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” stara się nieść pomoc bezpośrednią dla tych najbardziej potrzebujących – dzieje się to przy dużym oporze niektórych działających na Ukrainie organizacji polskich.

To dobrze, że pomoc jest organizowana i płynie różnymi drogami. Moim zdaniem pieniądze przekazywane poprzez organizacje zawsze w jakimś tam stopniu zostaną zmarnotrawione na koszty tego rozdawania. Dojazdy, delegacje, noclegi itp. Poza tym nie chciałabym, aby były dzielone przez znajomości czy sympatie.

 

Na dawnych ziemiach Rzeczypospolitej w środowiskach polskich działa od kilkunastu lat wiele organizacji. Proszę powiedzieć, czy spełniają swoje zadanie?

Nie chciałabym nikogo oceniać ani oskarżać. Ale – niestety – tam wciąż zdarzają się ludzie o mentalności postsowieckiej. Na czym to polega? A na tym, że ci ludzie dorwawszy się raz do władzy i do profitów z tego płynących, nie wyobrażają sobie, że można ten stan zmienić. Będąc tymi prezesami przewraca często im się w głowach! A jeśli już się zdarzy, że nie zostaną wybrani, to się obrażają, zawieszają działalność, w najgorszym wypadku robią wszystko, żeby rzucać kłody nowemu zarządowi. A są też i tacy, co po prostu zakładają nową, swoją organizację. Prezesi nie jeżdżą w teren. Nie chce im się. A tak naprawdę, to im się opłaca jeździć tylko do Warszawy. Mogę wymienić wiele miejscowości, do których nie dotarł ani raz prezes polskiej organizacji! W wielu z tych miejscowości do niedawna jeszcze wiele osób mówiło po polsku. Teraz już nie, zmieniło się, nikt nie zadbał o tę ich polskość. Powoli umknęła... Kiedyś byłam zwolenniczką i rzeczniczką tworzenia Domów Polskich. Teraz już nie... Uważam, że są to bardzo źle działające domy, które w większości nie spełniają swych zadań. Przede wszystkim dyskusyjne są miejsca ich lokalizacji... Te domy nie powstają tam, gdzie są największe skupiska Polaków, a więc i największe potrzeby. Nie wiem, kto podejmował decyzje, ale zazwyczaj tworzono je w miejscach, gdzie są najmniej potrzebne.

 

Myślę, że te decyzje powstawały w Warszawie, tak więc wina leży raczej po naszej stronie...

Tak jest, ale do tego dochodzą jeszcze „układy”! Te domy zazwyczaj są zaniedbane! Nie powiem gdzie, ale te które widziałam, były brudne i paskudne tak wewnątrz, jak i na zewnątrz. No wstyd! W polskich domach zbudowanych przecież naszym wysiłkiem nie powinno tak być. Skoro już są, to powinny być zadbane, świecić przykładem i powinny być godne godła Rzeczypospolitej! W takim Gródku Podolskim, gdzie mieszka 70% Polaków, nie ma Domu Polskiego. Zbudowano za to polską szkołę. I tu się pojawia nowy wielki dramat! Chciałabym, aby nasze stosunki z państwem ukraińskim układały się jak najlepiej, wszak jesteśmy bratnimi, słowiańskimi narodami, ale sprawa szkół polskich – bardzo nielicznych zresztą – jest paskudnie prowadzona! We Lwowie są dwie szkoły, do których teraz uczęszcza bardzo dużo niepolskich dzieci. Powiedzmy, że polskie szkoły cieszą się we Lwowie dużym prestiżem... Na Żytomierszczyźnie w Dowbyszu zbudowano polską szkołę – tam jest minimum 95% Polaków(!), tam są czysto polskie wsie – i zaraz okazało się, że jest to szkoła polsko-ukraińska! W Gródku Podolskim – pamiętam jak oni marzyli o tej szkole! – decyzją nie wiadomo czyją w szkole zbudowanej za polskie pieniądze dyrektorką zostaje Ukrainka. Wprowadziła język polski tylko do czwartej klasy, później tylko ukraiński. I pomału powstaje za nasze pieniądze szkoła ukraińska... Jeden z moich czytelników, pan Pawłowicz, kolekcjoner map dawnej Rzeczpospolitej, specjalnie dla tej szkoły skopiował 58 map... Proszę pana, one leżą tutaj, w krakowskim mieszkaniu, nie zawiozłam ich do Gródka. Pani dyrektor nie ma ducha polskiego i zniszczy te mapy, rozda albo wyrzuci... Jej to w ogóle nie obchodzi! Ostatnio znowu dostałam dramatyczny list z Gródka, że nasza szkoła przestaje być polską szkołą.

 

Dla mnie bardziej dramatyczne są, zupełnie niezrozumiałe, tendencje wynarodowiania Polaków przez Kościół rzymskokatolicki, co gorsza – przez siostry zakonne i księży pochodzących z Polski?

Tak, to kolejna ze spraw, które mnie bolą i nie bardzo potrafię sobie to wytłumaczyć. W kościołach coraz częściej wprowadza się język białoruski czy ukraiński. I jest to decyzja tamtejszych episkopatów. Ksiądz z Żytomierszczyzny, którego sobie bardzo cenię, powiedział mi, że jego władze wręcz z nim walczą, bo on chce odprawiać msze po polsku, uczyć dzieci po polsku. Pewien ksiądz z Litwy opowiadał mi, że kiedy pojechał na Białoruś z katechizmami i biblijkami po polsku, to tamtejsza siostra zakonna – w miejscowości, gdzie 90% to Polacy! – nie chciała ich przyjąć, bo dzieci nie mówią po polsku. Tak więc siostry katechizują po białorusku, to i dzieci nie rozumieją po polsku... To samo jest na Ukrainie! Czy pan wie, że pewien znany biskup przyjechał do Gródka Podolskiego poświęcić polską szkołę i przemawiał do zebranych Polaków po ukraińsku? To jest dramat! Przez całe zabory przetrwaliśmy w całkowitej polskości tylko dlatego, że był z nami Kościół. Kiedy pierwszy raz byłam w Żytomierzu, odprawiano pięć mszy po polsku. Teraz zaledwie jedną, to wszystko! W tamtym roku w Latyczowie zdarzyła się wręcz afera! Ksiądz, który bardzo dużo złego zrobił w Bracławiu, gdzie zupełnie wyeliminował polskość z kościoła, powiedział, że on nie będzie odprawiał mszy świętej po polsku, bo język polski jest przeciw Ewangelii! A w Barze na Podolu?! Tam przyszedł nowy ksiądz i pierwsze co zrobił, to napis w polskim kościele „Święta Anno, módl się za nami!” w języku polskim zamienił na analogiczny, tyle że w cyrylicy... W polskim kościele! To jest bardzo smutne!

 

Skąd bierze się takie podejście? Przecież Kościół i polskość na tych ziemiach to jak naczynia połączone. Nie przetrwałyby, gdyby jednego z tych elementów zabrakło! Kościół cały czas był zasilany przez księży z Polski... Gdy powstała struktura Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie, okazało się, że Polacy stali się tępicielami polskości...?

Wydaje mi się, że takim postępowaniem chcą przechytrzyć... Ale to może się źle skończyć. To prawda, Kościół przetrwał tam dzięki Polakom, ale to mało! Tylko Polacy starali się o odbudowę tych kościołów! To oni jeździli do Moskwy czy Kijowa, to oni poniżali się przed partyjnymi kacykami tylko po to, żeby odzyskać i odbudować świątynie! A teraz, nie wiem dlaczego, księża w taki sposób postępują, bo chyba nie z takiego głupiego, wręcz idiotycznego powodu, o jakim słyszałam, że to język państwowy... Bzdura! W Ameryce mamy kościołów polskich ile pan sobie życzy, mimo że język angielski jest językiem państwowym. Msza święta ma być odprawiana w języku wiernych!

 

Ależ proszę pani, przecież taka jest właśnie argumentacja księży, którzy mówią, iż pracują w państwie ukraińskim, gdzie jest obowiązujący język ukraiński, a Kościół rzymskokatolicki nie jest narodowym kościołem polskim!

To jest bzdura! Oni wyobrażają sobie, że w ten sposób wciągną do kościoła Ukraińców i Rosjan, aby mieć więcej wiernych. Jeśli ktoś będzie chciał się modlić po rosyjsku czy ukraińsku, to pójdzie do cerkwi, bo jest mu bliższa! Takim postępowaniem doprowadzą do zniszczenia Kościoła. Ja się tym bardzo martwię i zawsze z wielką radością jadę do tych księży, którzy myślą po polsku, bo tylko w nich nadzieja, bo dbają o wiarę i polskość!

 

O tę polskość to i Rzeczpospolita nie bardzo dba... Mnie bardzo boli nierówne traktowanie Polaka zza Sanu i Buga i tego mieszkającego nad Sekwaną czy Potomakiem... Jeśli któryś z nich będzie chciał otrzymać paszport, to ten pierwszy ma nikłe szanse, ten drugi załatwi to w krótkim czasie... Jak pani do tego podchodzi, mieszkając trochę w Krakowie, trochę w USA i spędzając kilka tygodni rocznie na dawnych ziemiach Rzeczpospolitej?

Ja mam dwa paszporty i nikomu to nie przeszkadza... A może te trudności są wynikiem tego, że Ukraina i Białoruś nie chcą się zgodzić na podwójne obywatelstwo... Nie wiem. Uważam, że autentycznym Polakom, którzy urodzili się przed wojną, często walczyli w Wojsku Polskim czy w podziemiu o polskość, oraz ich dzieciom bezwzględnie należy się polskie obywatelstwo i polskie paszporty. I dla mnie jest to bezdyskusyjne! Natomiast uważam za smutne i niedorzeczne ściąganie do Polski pewnych rodzin z Kazachstanu. Znam wspaniałe polskie rodziny, które wróciły z Kazachstanu na Żytomierszczyznę, skąd zostały wysiedlone. To autentyczni Polacy... Natomiast do nas w dużym procencie przyjeżdżają zruszczone małżeństwa, którym się daje paszporty i obywatelstwo polskie w krótkim czasie. A jak jest z prawdziwymi Polakami? Dam przykład.... Przyjechał do Polski z Nowogródka Ryszard Kleczkowski, wspaniały Polak z rodziny z tradycjami, przez pokolenia mówiącej po polsku, w rodzinie był organista, inni pomagali w parafii. Mieszka już w Polsce od 10 lat, ale na obywatelstwo i paszport czekał aż 7 lat! Wydaje się, że ci, którzy decydują o przyznawaniu obywatelstwa, nie znają historii Polski.

 

Znamy trzy pani książki, czekamy na kolejne... Czy uchyli pani rąbka tajemnicy, o czym będą następne?

Mam marzenia i materiały do kilku książek. Tylko czasu brakuje! Jedna z nich to „Literacki wschód”, która mówiłaby o pisarzach i poetach wywodzących się z dawnych ziem Rzeczypospolitej. Kolejna to o polsko-amerykańskich spotkaniach z wielkimi Polakami. Ale ta najbliższa, prawie gotowa, będzie o tych miejscach, których nie odwiedzili prezesi polskich towarzystw, gdzie niedawno jeszcze mówiło się po polsku, ale ta polskość pomału zanika. Będzie o tym, jak zniszczyliśmy, stłamsiliśmy polskość, a walnie do tego przyczynił się Kościół i to jest straszne. Książka będzie miała tytuł: „Byli, są, czy będą?”...

 

Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę.

 

 

 

 


Teresa Siedlar-Kołyszko – polonistka, dziennikarka radiowa, autorka licznych reportaży publikowanych na łamach prasy polonijnej USA oraz cyklu książek poświęconych dawnym ziemiom Rzeczyposplitej.