Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Janusz M. Paluch, ROZMOWA Z MARIUSZEM GRANICZKĄ

[3/2006]

O kierowanym przez Pana gimnazjum mówi się, że słynie z zainteresowania Kresami. Wiadomo, jak wiele w charakterze szkoły zależy od jej kierownictwa. Skąd się to bierze?

Z wykształcenia jestem historykiem.

 

Historyków jest wielu i pewnie, gdyby wszyscy tak postrzegali Kresy, jak czyni to Pan i kadra gimnazjum, rozmawialibyśmy być może na inny temat…

Rzeczywiście wszystko się zaczęło od mojego wyjazdu do Lwowa w 1998 r. w gronie kilku nauczycieli, przy okazji nieco dłuższego weekendu w związku ze świętem Bożego Ciała. Podkreślam to, bo miało to duży wpływ na mój odbiór Kresów. Ich polskości. Wtedy też odwiedziliśmy Olesko, Podhorce, Złoczów, Krzemieniec. A w procesji Bożego Ciała uczestniczyliśmy w Katedrze Lwowskiej. Było to niesamowite przeżycie, świątynia wypełniona po brzegi Polakami! Kiedy byliśmy na Cmentarzu Orląt Lwowskich, który był w stanie odbudowy, stwierdziliśmy, że skoro można tam przyjeżdżać, to powinniśmy zrobić coś więcej niż ogłoszenie zbiórki pieniędzy dla komitetu odbudowy cmentarza. Postanowiliśmy na to święte miejsce przywozić młodzież, by uczyć ją historii, uświadamiać postawę patriotyzmu. To było moje pierwsze bezpośrednie zetknięcie się z Kresami.

 

Panie dyrektorze, bardzo pozytywnie odebrany został spektakl przygotowany i przedstawiany przez młodzież z gimnazjum, gloryfikujący bohaterstwo Orląt Lwowskich. Taki temat nie zdarza się często, stanowi chyba ewenement w naszych szkołach, gdzie wśród przedstawianych patriotycznych widowisk, bo takie przecież istnieją, dominują spektakle opowiadające o Marszałku Piłsudskim, Naczelniku Tadeuszu Kościuszce, Konstytucji 3 Maja… Proszę powiedzieć, co takiego spowodowało, że uczniowie Gimnazjum nr 1 w Krakowie przygotowali widowisko patriotyczne poświęcone Orlętom Lwowskim?

Ten spektakl to wynik całego ciągu zdarzeń, który był ukoronowaniem naszej pracy wychowawczej. Od 2000 r. wyjeżdżamy na Kresy w ramach wycieczek wynikających z naszego programu edukacyjnego. Ta innowacja mogła powstać dzięki reformie szkolnej, która spowodowała powstanie w 1999 r. gimnazjów. Wówczas pierwszemu rocznikowi zaproponowaliśmy wyjazdy na Kresy. Należy podkreślić, że ta oferta dotyczyła całej szkoły, a nie jakiejś pojedynczej klasy. Od tamtego czasu wyjeżdżamy systematycznie, odwiedzając najważniejsze miejsca i zabytki – od Żółkwi po Kamieniec Podolski i Huculszczyznę. Od 2002 r. jeździmy też na północny-wschód. Odwiedzamy Bohatyrowicze, Grodno, Zaosie, Nowogródek – obecnie na terenie państwa białoruskiego, a także Wilno, skąd docieramy na Łotwę i do Estonii. Przez ostatnie dwa lata nie wyjeżdżaliśmy na Białoruś, a to ze względu na uwarunkowania polityczne i obawy o bezpieczeństwo dzieci. O spektaklu poświęconemu Lwowowi myślałem już od dawna. Poważnie zabraliśmy się do pracy w styczniu 2005 r. Pierwotnie mieliśmy go zaprezentować z okazji 3 Maja. W roku 2005 otwierano też oficjalnie Cmentarz Obrońców Lwowa. Jak Pan pamięta, termin przesuwano. Wtedy też postanowiliśmy, że nasze przedstawienie zaprezentowane zostanie z okazji otwarcia Cmentarza. I tak się też stało. Spektakl został wystawiony 23 czerwca 2005 r. przy okazji zakończenia roku szkolnego na scenie Teatru Groteska, co umożliwiło obejrzenie go całej szkole, a przede wszystkim podniosło jego teatralne walory.

 

Musiało to być dla młodzieży prawdziwym przeżyciem, w końcu nie każdy ma okazję zaprezentować się na profesjonalnej scenie teatralnej, a w dodatku w dniach, kiedy o otwieranym Cmentarzu Orląt Lwowskich mówiła cała Polska i każdy mógł za pośrednictwem kamer telewizyjnych uczestniczyć osobiście w tej podniosłej uroczystości…

To przedstawienie było wynikiem skupienia myśli wielu osób wyjeżdżających na Kresy, do Lwowa, odwiedzających Cmentarz Orląt Lwowskich. Choć pomysł i koncepcja wyszły ode mnie, to realizatorami przedsięwzięcia byli inni. Scenariusz i reżyserię zawdzięczamy rodzicowi naszego ucznia, aktorowi Teatru Bagatela, Krzysztofowi Bochenkowi. Układu choreograficznego uczyła babcia jednej z uczennic – pani Kolak. A dzięki życzliwości dyrektora Teatru Groteska – Adolfa Weltschka – przedstawienie mogło być zrealizowane w realiach prawdziwego teatru. I rzeczywiście były to dni, kiedy wszyscy przeżywali otwarcie Cmentarza Orląt Lwowskich, opisywanego przez prasę i relacjonowanego na żywo przez telewizję. Pozwoliło to zarówno widzom, jak i młodym wykonawcom głębiej i prawdziwiej przeżywać nasze przedstawienie. Było to niesamowite przeżycie! Jako dyrektor byłem dumny, ale nie tylko ja. Najlepszą laurkę stanowiły dla nas opinie, jakie dochodziły do nas z różnych środowisk pozaszkolnych, m.in. z Towarzystwa Miłośników Lwowa. A największym wyróżnieniem była prośba o zaprezentowanie tego spektaklu z okazji 87. rocznicy Obrony Lwowa w 1918 r. Lwowiacy byli zaskoczeni, że coś takiego można pokazać współcześnie z młodzieżą.

 

O współczesnej młodzieży mówi się różnie. Jak udało się przekonać tych młodych ludzi, że te wyjazdy są ważne i potrzebne? Przecież musieli przy okazji nauczyć się historii, a także dowiedzieć trochę o współczesności, stosunkach między Polską a państwem ukraińskim…

Oczywiście, nikogo nie mogliśmy do takich wyjazdów zmuszać, ale udało się nam przekonać rodziców, że bez obaw można ze szkołą jechać na Kresy. Rodzicami miotały obawy, bali się o bezpieczeństwo dzieci na drogach,kiepskie warunki higieniczne etc. Trzeba było te mity obalić. To, że udało się przekonać do tego młodzież, to też praca nauczycieli historii, którzy uświadomili uczniom, że dzieje Polski tworzyły się na Kresach, które stanowiły militarną barierę przed napływem najeźdźców ze wschodu. To głównie dzieło pana Marka Chabieńskiego. A dla młodzieży, która tam jeździ, te gorsze warunki były i są sprawą drugorzędną. Oni wspaniale wyczuwają atmosferę tych różnych miejsc! Jesteśmy w Zbarażu w muzeum – dostrzegają niechęć obsługi do Polaków, do wszystkiego co polskie. Ale w parku oglądają zapomniany pomnik Adama Mickiewicza, który nikomu nie przeszkadza. W Złoczowie wyczuwają zupełnie inną atmosferę – Polacy i Ukraińcy idą razem w procesji Bożego Ciała. Te wszystkie elementy kulturowe, jakie oni tam postrzegali, powodowały, że na nic nie narzekali. Byli nastawieni na odbiór, na to, co przyniesie następna chwila. To wspaniałe odkrywanie swojego dziedzictwa, swoich korzeni. Młodzież wraca stamtąd inna, jakby bardziej dojrzała. Ale żeby tak się stało, trzeba przeżyć poranek na krzemienieckim cmentarzu, przy mogile Salomei Słowackiej, nad nami Góra Bony, a uczennica Marysia Kolber czyta fragment listu Juliusza Słowackiego do matki. Niesamowita chwila, cisza, skupienie i ten list… Ziemia się pod nami rozstępowała! Podobne wzruszenia przeżywa się nad Niemnem, przy grobie Jana i Cecylii Bohatyrowiczów, czy przy spotkaniu ostatniej z rodu – pani Teresy Bohatyrowicz. Takich chwil nie da się na nic zamienić! Albo wzruszenia w Zułowie, w miejscu, gdzie przyszedł na świat Marszałek Józef Piłsudski. W miejscu tego domu w 1936 Legioniści posadzili dąb,który upamiętnia to miejsce.Najwspanialsze lekcje patriotyzmu, polskości, szacunku dla rodziny i tradycji narodowych,których nie można zrealizować nawet na Bernardyńskiej pod Wawelem! Są osoby, które kilkakrotnie uczestniczyły w naszych wyjazdach – tak uczniowie, jak i ich rodzice czy też dziadkowie.

 

Blisko Krakowa są tak wspaniałe i kuszące miasta jak Budapeszt, Praga czy w końcu Wiedeń. Dlaczego jednak wybrał pan Kresy?

Kresy tkwią w każdym z nas – świadomie czy podświadomie – jako kraina owiana legendą, znana czy to z przekazów rodzinnych, czy literatury i filmu… W naszej wyobraźni jawią się jako miejsca pełne niesamowitości i tajemniczości – tygiel kultury narodowej. W poprzednich latach były przecież niedostępne. Teraz przyszedł czas, by dla siebie, a przede wszystkim dla młodzieży, odkrywać je od nowa. Stąd ta aura wokół Kresów! W moim przypadku dochodzi też element osobisty. Część rodziny ze strony mamy wywodziła się spod Borysławia i Drohobycza. Brat mojej babci pozostał tam po 1939 r. Był więźniem łagrów sowieckich. Na szczęście trafił do Armii Andersa. Walczył pod Monte Cassino, a po wojnie osiedlił się w Argentynie. Reszta rodziny osiadła we Wrocławiu i okolicach Mielca. Opowieści krążyły przecież po rodzinie i wzbudzały ciekawość… A ludzie bali się przecież nie tylko opowiadać, ale i myśleć. Pamiętam takie wydarzenie ze schyłku lat 60. Na strychu wygrzebaliśmy z kuzynem reprodukcję obrazu Kossaka przedstawiającą Bitwę Warszawską. Dumni z odkrycia chcieliśmy ogłosić to całemu światu. Babunia narobiła wtedy takiego larum, żeby się broń Boże nikt o tym nie dowiedział, żeby nikt tego nie zobaczył i kazała to natychmiast schować! A te piękne miasta, które Pan wymienił, nasi uczniowie zobaczą z rodzicami. Natomiast na Kresy lepiej jechać w grupie, z przewodnikiem. W taki sposób przekonywaliśmy też rodziców…

 

Czy wasze wyjazdy to tylko turystyka edukacyjna?

Oczywiście nie. Nasze wizyty są też jakimś sposobem pomocy Polakom tam mieszkającym. Nie wymyślamy prochu. Zbieramy odzież – zazwyczaj nową i nieużywaną, żywność, środki czystości czy przybory szkolne, książki i wieziemy te produkty tam, by choć trochę ulżyć im we wciąż niełatwym życiu. Zostawiamy te dary najczęściej przy parafiach. Kiedy we Lwowie chcieliśmy zostawić część przywiezionych rzeczy w szkole polskiej im. Marii Magdaleny, to dyrekcja nie wyraziła zainteresowania. We Lwowie są takimi darami zasypywani. Odwiedziliśmy szkołę polską wybudowaną przez Wspólnotę Polską w Gródku Podolskim. Tam mieszka 80% Polaków! Przywitanie było zaskakujące, wystawiono przedstawienie o Kraku i Wandzie, młodzież zatańczyła krakowiaka. Zaproponowaliśmy zorganizowanie dla młodzieży z tej szkoły dwutygodniowego pobytu w Polsce, co zrealizowaliśmy. Trzydziestoosobowa grupa młodzieży mieszkała u rodzin dzieci z naszej szkoły. Rodzice bardzo się starali, zorganizowali im wycieczki do Warszawy, Zakopanego… Wyjechali zadowoleni. Chcielibyśmy też zaprosić do Polski młodzież z Krzemieńca, od pani Jadwigi Gusławskiej. To wspaniała kobieta, która ujęła nas swoją piękną polszczyzną i miłośćią do Ojczyzny – Ziemi Krzemienieckiej, Podola, Ukrainy i Polski. Dzięki tym wyjazdom poznaliśmy mnóstwo wspaniałych Polaków, dzięki współpracy z którymi możemy planować kolejne wyjazdy. Muszę wymienić w tym miejscu panie – wspominaną już – Jadwigę Gusławską z Krzemieńca, Barbarę Dawidowicz z Wilna i pana Stanisława Poczobut--Odlanickiego z Grodna.

 

Życzę realizacji wszystkich dalszych zamierzeń! Dziękuję panu za rozmowę.

Mariusz Graniczka, ur. 1962 w Podleszanach k. Mielca. Matura 1981, 1986 dyplom historii na WSP w Krakowie, 1994–95 studia podyplomowe na wydziale prawa administracyjnego UW. 1986–92 nauczyciel historii i dyrektor w szkołach krakowskich. Od 1992 dyrektor SP nr 9, obecnie Gimnazjum nr 1 w Krakowie. Dwukrotnie uhonorowany nagrodą Prezydenta Miasta Krakowa i wieloma odznaczeniami. Członek podziemnej Solidarności, obecnie ZChN-u.