Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Janusz M. Paluch, ROZMOWA Z ROMĄ KRZEMIEŃ

[3/2006]

„Promyki Krakowa” zapadły naszym krakowskim kresowianom głęboko w serca…

Miło to słyszeć. Nam – mam tu na myśli siebie i dzieci, młodzież, które razem ze mną jeździły i jeżdżą do Lwowa, Złoczowa, Stanisławowa, Oleska – także Kresy zapadły w serca. Bywamy w wielu miejscach w Polsce, również w państwach europejskich, choćby co roku we wrześniu w Holandii na dorocznych obchodach rocznicowych bitwy pod Arnhem, ale zawsze wracać chcemy tylko do Lwowa i na nasze Kresy.

 

Proszę powiedzieć, jak zaczęła się przygoda Pani z Kresami. O ile wiem, nie ma Pani rodzinnych koneksji z tamtymi stronami…

Rzeczywiście nie mam… No chyba takie, że mój wuj w 1918 r. sprzedał podręczniki szkolne i w tajemnicy przed rodzicami wyjechał z Krakowa bronić Lwowa! Przeżył, założył rodzinę, miał trzech synów, którzy za komuny w związku z tym, że mieli ojca Obrońcę Lwowa, zawsze mieli dziwne problemy… Teraz ja wraz z moimi dziećmi z zespołu „Promyki Krakowa” jeździmy na Kresy bronić polskości… A tak naprawdę, to wszystko zaczęło się dawno, kiedy byłam jeszcze uczennicą w Liceum Muzycznym w latach 60. Wtedy poznałam panią prof. Marię Truś, u której dokształcałam się w zakresie gry na skrzypcach. Pani profesor pochodziła ze Lwowa. Uczyła w konserwatorium gry na skrzypcach. Była świetną skrzypaczką i wspaniałym pedagogiem. Związana była z teatrem lwowskim, który najpierw ewakuował się do Szczecina. Mieszkała w Krakowie przy ulicy Krowoderskiej 41. Miała tylko pokoik bez łazienki. We Lwowie mieszkała przy ulicy Piekarskiej. Miała ogromne czteropokojowe mieszkanie, a w nim cenne obrazy i antyczne meble – co się z nimi stało? Udzielała lekcji i korepetycji na skrzypcach, dorabiała sobie do jakiejś nędznej renty. Pamiętam ją doskonale, wytworna starsza dama, która po wojnie cały czas żyła na walizkach, w spartańskich, prowizorycznych warunkach. Nie wiem dlaczego tak, czy nie potrafiła już inaczej, czy czekała na kolejną przeprowadzkę? U niej spotykali się lwowiacy mieszkający w Krakowie: aktor i muzyk Antoni Żuliński, dyrygent z operetki – p. Mackiewicz, śpiewaczka operowa Kama Kowalska, Antoni Krzywobłocki – architekt, Jadwiga Piotrkowska – biolog, studentka prof. Weigla, i dużo innych osób. Raz w roku przygotowywałam przyjęcie imieninowe. Robiłam kanapki w kuchni u sąsiadów. Herbata była wydawana na samym końcu przyjęcia. Czasem miałam dość ciągłych opowieści o Lwowie – ja miałam 15 lat i inne sprawy na głowie. Jednak właśnie wtedy nasiąkałam, zupełnie nieświadomie, tą kresową atmosferą. Pamiętam takie przypadkowe spotkanie z red. Adamem Żarnowskim… Spotkałam go na ulicy, miałam ochotę porozmawiać, a on mi mówi, że nie ma czasu, że jest już spóźniony – „lecę do Lwowiaków!” Oho – pomyślałam, kolejny nawiedzony! Tak było do roku 1998, kiedy po raz pierwszy pojechałam z Romanem Maćkówką do Złoczowa. Po powrocie stałam się taka jak oni!

 

„Promyki Krakowa” to dziecięcy zespół, który od lat prowadzi pani w Krakowie.

Tak. Jestem związana z Zespołem Szkół Muzycznych im. Mieczysława Karłowicza. Tam rozpoczęłam edukację jako pierwszy rocznik, a od 1974 roku związałam się zawodowo ze swoją szkołą. A „Promyki Krakowa” obchodzą jubileusz 20-lecia. Pierwszy koncert odbył się w 1986 roku, ale tak naprawdę działalność zaczęliśmy w 1987 roku – dlatego też do jubileuszu przygotowujemy się na 2007 rok. Pierwsze artystyczne kroki zespół stawiał jeszcze w Ośrodku Kultury przy Kombinacie im. Lenina (dzisiaj – Ośrodek Kultury im. C.K. Norwida). Mówię to dlatego, aby zaznaczyć, iż nawet taki dziecięcy, jeszcze raczkujący zespół posiadał dwie osobowości… W tamtych czasach prowadziłam dwie kroniki. Jedną z koncertami patriotycznymi i kolędami, drugą – oficjalną, dla potrzeb ośrodka kultury. Ta schizofrenia na szczęście skończyła się po dwóch latach. Przez zespół przewinęło się ponad 80 osób!

 

Wróćmy zatem do Pani wyjazdów na Kresy...

Tak, rok 1998 był dla mnie i zespołu przełomowy. Po raz pierwszy znalazłam się na Kresach, o których tak wiele słyszałam. Kiedy pan Roman Maćkówka wraz ze swoją grupą Złoczowian (zespół występował podczas konkursu recytatorskiego dla młodzieży polskiej w Złoczowie) zawiózł nas na Kresy, pojęłam, że istnieje niesamowita luka w naszej edukacji. Pomijam osoby tworzące zespół. Ale młodzież, cała młodzież nie ma pojęcia o Kresach! Wstyd się przyznać, ja również jako osoba dorosła, dojrzała, niewiele wiedziałam o tamtych miejscach! Był okres, kiedy o Kresach nie wolno było mówić, a kiedy już można było, to też niewiele zrobiono, by tę wiedzę nam przybliżyć. Oczywiście, jeśli ktoś się tą problematyką interesował, to był w stanie wiedzę zdobyć. Jeśli jednak nie interesował się, to nadal Kresy pod każdym względem były i są dla niego tabula rasa. I to jest wielki podstawowy błąd w edukacji! Ja wyjeżdżając na Kresy czuję się inaczej Polką i już zdaję sobie sprawę z tego, jaką krzywdę zrobiono naszemu narodowi wytyczając po wojnie takie granice, jakie mamy obecnie. Dla mnie to sztuczna linia. Zdaję sobie sprawę, że nas tak okropnie okradziono z naszych zabytków, z miejsc, gdzie żyli u siebie Polacy – są to straty niepowetowane. Kiedy rozmawiałam z prof. Bolesławem Bachmanem, wielce zasłużonym dla Lwowa i Złoczowa, pytałam naiwnie, dlaczego nie ruszyliście do Lwowa natychmiast po wojnie?! Przecież tam zostało wszystko! Tam jest Polska! I wiem, że każda osoba, dorosła i młoda, powinna tam być i zobaczyć te miejsca. A przecież mnóstwo ludzi tam dotąd nie było! Trzeba apelować do decydentów edukacji, że powinny się tam, na Kresach, odbywać regularne lekcje historii, na żywo!!!! I trzeba robić to szybko, albo jeszcze prędzej, póki są jeszcze ci, którzy wiele nam mogą przekazać. Wyjeżdżając z panem Maćkówką, wiem o tym, bo widzę jak starsi przekazują wiedzę młodszym. Mnie nie interesują wyjazdy jednoosobowe. Jeśli ja nie pojadę z młodzieżą, to nie mam po co jechać. I uważam, że powinniśmy w tym względzie naśladować Żydów, którzy od pewnego czasu, do Polski obowiązkowo przywożą swoją młodzież i to regularnie. Tam, do Lwowa, na Kresy, trzeba nam jeździć też obowiązkowo! Choćby po to, by wesprzeć duchowo naszych drogich rodaków, którzy bohatersko zostali po II wojnie światowej u siebie, we Lwowie. To powinien być program edukacyjny zatwierdzony odgórnie. Podam panu taki przykład: wracamy z grupą przez Cmentarz Łyczakowski z Cmentarza Obrońców Lwowa. Nagle zaczepia nas mocno wstawiony jegomość, Ukrainiec. Pyta nas, skąd jesteśmy. Odpowiadamy, że z Polski. On na to pyta, czy możemy mówić po rosyjsku. Nie ukrywając zdziwienia, odpowiedziałam, żeby mówił po swojemu, my go zrozumiemy, bo przecież nasze języki są tak podobne. Zaczął nas bardzo przepraszać, że nas zaczepia, że jest trochę pijany, ale chciałby wiedzieć, jak to jest, że tu tylu Polaków przyjeżdża, że my ciągle odwiedzamy ten cmentarz i pamiętamy… Ludzie dalej stali trochę zamurowani, więc odpowiedziałam: sam pan powiedział – pamięć! Pamięć nas przywołuje na te święte miejsca. Jak się nie pamięta, nie zna swojej historii, to naród nie istnieje… i proszę nie przepraszać, że jest pan trochę na rauszu, bo może dlatego odważył się pan nas zapytać. Inaczej dalej szukałby pan odpowiedzi… Wtedy, gdy odbywała się ta scena, moja młodzież zostawiała kwiaty na zaniedbanych polskich mogiłach. Zwiedzając i poznając tamte tereny przy okazji koncertujemy. Gramy dla starszych i dla młodych Polaków, dla laureatów konkursów recytatorskich. Był okres, kiedy nie mogliśmy jechać, wtedy ludzie się o nas dopytywali. To bardzo miłe, że się nas pamięta, że brakowało im naszej muzyki, naszego słowa. W tym roku byłam w czerwcu z oddziałem TML z Leszna, któremu przewodzi pan Janusz Ragankiewicz. Był to bardzo udany pod każdym względem wyjazd. Zależy mi bardzo, by dzieciaki poznały jak najwięcej starszych osób wywodzących się z Kresów. Nie były planowane koncerty, ale jak to bywa – same się zorganizowały. Byliśmy w Szkole Polskiej im. Marii Konopnickiej we Lwowie, potem w kościele na Zboiskach u ks. Andrzeja Jagiełki, i zrobił się nam występ w kościele św. Marii Magdaleny (zupełnie przypadkowo), gdzie mszę świętą odprawiał ks. bp Leon Mały. Ludzie walczą tam o odzyskanie kościoła i naszym koncertem wnieśliśmy cegiełkę w to dzieło. A potem w Czortkowie graliśmy na poświęceniu kaplicy ss. Dominikanek, którego dokonał ks. kardynał Marian Jaworski. Mnie to wszystko cieszy w dwójnasób, że dzieci widzą takie ważne zdarzenia i mogą – bo potrafią – w nich uczestniczyć. To w nich zostanie na całe życie! To są czyny, których nie da się przełożyć na słowa.

 

Rzeczywiście piękny wkład młodzieży i jaka dla nich wspaniała edukacja…

Staram się, by każda chwila była tam efektywnie wykorzystana. Muszę wspomnieć o pani Marii Wozaczyńskiej. Moje dzieci pobierały u niej naukę języka niemieckiego. Pani Maria pochodzi ze Lwowa. Walczyła w Armii Krajowej. Od niej też bardzo dużo dowiedziałem się o Lwowie. Mieszkała przy ul. Wyspiańskiego (obecnie Wyszyńskiego). Państwo Wozaczyńscy byli właścicielami fabryczki metalowych instrumentów medycznych. Współpracowali z profesorami Degą i Gruzą. W niedzielne popołudnie podczas naszego pobytu we Lwowie wyciągnęłam dzieci, żeby to mieszkanie pani Wozaczyńskiej zobaczyć. Obecnie mieszka tam wraz z rodzicami bardzo miła kobieta, której córeczka Basia chodzi do polskiego przedszkola, ona sama świetnie mówi po polsku. Młoda kobieta nie przestraszyła się mojej 13-osobowej gromadki, ale wpuściła nas wszystkich do mieszkania i mieliśmy okazję chwilę porozmawiać. Kiedy pani Marii opowiadałam i pokazywałam zdjęcia z jej mieszkania, z którego została wysiedlona, to tyle wzruszeń było. Dla mnie to były niesamowicie miłe chwile, a co te dzieci przeżyły? Jakaż to dla nich była lekcja!

 

Jaki jest repertuar zespołu?

Narodowy, polski. Ja go przygotowuję, aranżuję i potem pracuję z młodzieżą. A program jest szeroki, od klasyki po folklor. Tak więc gramy muzykę polską i występujemy w strojach polskich. Każde dziecko ma na sobie inny strój – krakowski, łowicki, śląski, góralski… Reprezentują różne regiony Polski w swych strojach. Ja również występuję w stroju ludowym krakowskim albo łowickim. Romans zespołu z kulturą Kresów zaczął się jakieś 5 lat temu, kiedy od pana prof. Bolesława Bachmana dowiedziałam się o Festiwalu Dziecięcej Piosenki Lwowskiej w Lesznie. Przygotowaliśmy trzy piosenki, dostały wyróżnienie. Następnym razem pojechaliśmy i młodzież uplasowała się na 1 i 3 miejscu. Teraz program o Lwowie i Kresach rozrósł się do dwóch godzin. Jest to program, w którym uczą się o naszym pięknym polskim mieście i Kresach, a sami stają się nauczycielami, bo jako artyści, wykonawcy przekazują swą wiedzę widzom. Dzieci nie mogły się doczekać kiedy zobaczą Lwów, który znają z piosenek. Poznały też niedawno pana prof. Władysława Zalewskiego i jego żonę Wandę Macedońską, którzy na ostatnim lwowskim przedwakacyjnym koncercie w Krakowie wręczyli mojej młodzieży czekolady w oryginalnych opakowaniach z lwowskiej cukierni Zalewskiego. Będąc we Lwowie, zatrzymaliśmy się w tej słynnej cukierni.

Czy „Promyki Krakowa” oprócz wkładu artystycznego i edukacyjnego podejmują bliższą współpracę z Polakami na Kresach?

Raczej nie. Nie bardzo jest na to czas. Nie możemy też organizować pomocy dla Polaków. Robią to wspaniale inni. Ale mój wkład jest inny. Nie stawiam sobie celów charytatywnych. Zawsze ze mną jest jakaś osoba, która na Kresach nigdy nie była. Tym razem pojechało ze mną siedem osób, w tym Szkot… Miał ze sobą kilt, w którym paradował w lwowskiej operze oraz na naszych koncertach. On też ma swoje związki z Polską. Jego ojciec był spadochroniarzem, a o tym, że był Polakiem, dowiedział się po 46 latach! Parę lat temu ze mną po raz pierwszy pojechały takie osoby, jak znana reporterka Ewa Owsiany, poeta Józef Baran, nieżyjąca już niestety dziennikarka Marysia Ziemianin. Z młodszej generacji świetnie zapowiadający się młodzi artyści: pianista – Staszek Bromboszcz, śpiewak – Jaś Mędrala i mój syn wiolonczelista – Szymon Krzemień. Trzeba robić wszystko, żeby młodzież obowiązkowo tam jeździła! Bo wystarczy raz tam pojechać, potem samemu już będzie się w te miejsca wracać.

 

Ale to zależy przecież od szkół i rodziców przede wszystkim…

Bez wątpienia. Gdyby jednak był obowiązek, to łatwiej byłoby szkołom go realizować. Tymczasem wystarczy, by w szkole pracował nauczyciel z pasją, który potrafi zarazić uczniów i rodziców chęcią poznawania Kresów. A to nie jest łatwe. Sama się o tym przekonałam. Rodzice nie chcieli puszczać dzieci na te wyjazdy w obawie o ich bezpieczeństwo. Ale się udało i teraz często słyszę: pani profesor, nie jedźmy do Niemiec, jedźmy do Lwowa… Ich praca, ich obecność w zespole, wyjazdy przede wszystkim na Kresy, to będzie owocować! Te dzieci, które dotknęły „Promyków”, nie mają zakusów, by emigrować i zostawać poza Polską. Po ostatnim wyjeździe z moimi „Promykami” mam ogromną ochotę zorganizować przegląd piosenki krakowskiej i lwowskiej pod wspólnym hasłem Cracovia–Leopolis. Mam nadzieję, że nasi drodzy lwowiacy użyczyliby nam tej nazwy i włączyli się do wspólnego dzieła przybliżania młodej generacji naszego lwowskiego folkloru w piosence i muzyce. Członkowie mojego zespołu tylko czekają na takie wyzwania.

 

Gratulując sukcesów i życząc z okazji zbliżającego się jubileuszu zespołu dalszych wielu aktywnych artystycznie lat, dziękuję Pani za rozmowę.

 

Romana Krzemień, z domu Doniec, ur. w Krakowie. Artysta muzyk, nauczyciel gry na skrzypcach i fortepianie oraz śpiewu. Ukończyła Akademię Muzyczną w Krakowie, 1973. Praca w Państw. Szkole Muzycznej im. Karłowicza w Nowej Hucie. W latach 1960–70 prowadziła zespół piosenki greckiej „Sirtaki”. W 1986 założyła zespół instrumentalno-wokalny „Promyki Krakowa”, specjalizujący się w muzyce polskiej, od klasyki do folkloru, w tym piosenki lwowskiej. Zespół występuje w kraju i za granicą oraz corocznie na festiwalach w Lesznie i Holandii. Często wyjeżdża za wschodnią granicę (m.in. do Mołdawii).