Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z Mariuszem Olbromskim, dyrektorem Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej rozmawia Janusz M. Paluch

[1/2003]

Panie dyrektorze, wiem, że będąc historykiem literatury, w dodatku mieszkającym w Przemyślu, trudno nie zajmować się tematyką kresową. Każdy z nas jednak dochodzi indywidualną drogą do swoich zainteresowań. Jak było w Pana przypadku?Można powiedzieć o dwuwarstwowości moich zainteresowań Kresami.

Pierwsza warstwa to pochodzenie rodziny, właśnie z Kresów. Od dzieciństwa żyłem w świecie wspomnień, w kręgu kultury Kresów. Moja mama pochodziła z Żółkwi. Pamiętam, jak przychodziły do nas ciotki, jak wspominały, rozrzewniały się... Tym rozmowom nie było końca. A ja tego słuchałem, nasiąkałem tymi sokami kresowymi mimo woli. Tak więc musiało to w jakiś sposób i w którymś momencie zaowocować. Drugi aspekt to fakt, iż na początku lat osiemdziesiątych pojawiłem się w Lubaczowie, w mieście, gdzie mieszkała moja babcia. Zamieszkałem w jej domu pełnym pamiątek z tamtych czasów. Poza tym to miasto było wówczas siedzibą Kurii Lwowskiej na skrawku archidiecezji lwowskiej. Lubaczów to miasto nie tylko arcybiskupów wygnańców, ale miasto, w którym osiedliło się mnóstwo mieszkańców Lwowa, Stanisławowa, Żółkwi. Czyli jest szczególnym miejscem, gdzie o sprawach lwowskich i kresowych mówiono na co dzień. To zapewne wpłynęło i na moje myślenie. Tak się złożyło, że w latach osiemdziesiątych byłem współzałożycielem, a później przez wiele lat prezesem Klubu Inteligencji Katolickiej, który działał w cieniu Kurii Lwowskiej. Wtedy były to trudne tematy, dość wspomnieć, że nie można było oficjalnie używać nomenklatury Archidiecezja Lwowska. Mówiono oględnie – archidiecezja bł. Jakuba Strzemię. Założenie tam KIK-u było dość trudnym zadaniem. KIK-i w tym czasie w Polsce spełniały bardzo szczególną rolę stanowiąc przecież jedną z niewielu ostoi wolnego i niezależnego myślenia. Mimo tego, że Lubaczów jest małym miastem, to jednak udało się tam intelektualną pracę zorganizować na bardzo wysokim poziomie. Wspierały nas duże ośrodki naukowe, jak Kraków, Wrocław, Warszawa czy Lublin. To małe miasto miało dzięki naszej pracy możliwość wysłuchania i poznania największych luminarzy kultury i nauki polskiej. Organizowaliśmy corocznie Tydzień Kultury Chrześcijańskiej, oczywiście pod patronatem wówczas księdza biskupa, obecnie ks. kardynała Mariana Jaworskiego, arcybiskupa lwowskiego. Część z wykładów zawsze poświęcona była sprawom kresowym, lwowskim, głównie w aspekcie kultury i historii, a także dziejów Archidiecezji Lwowskiej. Jeden z TKCh w całości poświęcony został założycielowi i patronowi archidiecezji lwowskiej bł. Jakubowi Strzemię. A do tego wszystkiego studiowałem historię literatury klasycznej i polskiej na KUL-u i we Wrocławiu, a przyjeżdżając do Lubaczowa, wracałem do miejsca swojego urodzenia...

 

Skąd zatem w Pana życiorysie znalazł się Przemyśl? Tyle lat pracy i to z jakimi efektami w Lubaczowie... Nie żal było zostawiać tego sympatycznego miasteczka?

Przyzwyczaiłem się do zmian w życiu. Chociaż urodziłem się w Lubaczowie, to mieszkałem na Mazowszu, w Polsce centralnej... Tak się złożyło, że w 1980 roku na bazie KIK-u powstał Komitet Obywatelski NSZZ „Solidarność”, który w wyborach zyskał zdecydowane społeczne poparcie. Rozpoczętą pracę należało kontynuować. Mój przyjaciel został wówczas wojewodą przemyskim, a mnie zaproponowano przyjęcie obowiązków dyrektora Wydziału Kultury w Urzędzie Wojewódzkim. Objęcie tego stanowiska dało mi nowe perspektywy współpracy zarówno z lwowskimi ukraińskimi środowiskami politycznymi i kulturalnymi, a przede wszystkim ze środowiskami polskimi. Z roku na rok te kontakty były coraz szersze, coraz bardziej interesujące. Wówczas też coraz częściej zacząłem bywać we Lwowie. Samo miasto mnie zachwyciło. Stało się dla mnie magnesem, który przyciągał, ale i wciągał w różne sprawy i problemy. Zafascynowało mnie wielu ludzi, których tam poznałem.

 

Czyli możliwości, jakie wynikły z pełnionej wówczas przez Pana funkcji spowodowały, że zaczął Pan myśleć o dawnych Kresach w sposób nie tylko naukowy i sentymentalny, ale i kreatywny?

Bez wątpienia tak. Właściwie postawiłem sobie cel, by doprowadzić do uaktywnienia działalności kulturalnej środowisk polskich na dawnych Kresach. By pokazać im, że właśnie w nich tkwi siła intelektu polskiego, przysypanego przez lata ubezwłasnowolniania przez komunizm sowiecki. Praca na stanowisku dyrektora Wydziału Kultury Urzędu Wojewódzkiego polegała na stałych kontaktach z instytucjami kultury województwa przemyskiego, co umożliwiało mi inicjowanie wielu przedsięwzięć realizowanych i skierowanych na Wschód. Instytucje kultury samodzielnie podejmowały też inicjatywy współpracy ze Lwowem czy innymi miastami. Zawsze je popierałem.

Natomiast ja skupiłem się na realizacji kilku pomysłów istotnych dla środowisk polskich na dawnych Kresach. Taką sztandarową imprezą był Festiwal Kultury Polskiej, przy którym sam pracowałem nad kształtem artystycznym i organizacyjnym. Oczywiście do tego ostatniego, z 2002 roku, nie przyznaję się. Myślę, że w tym przypadku zaprzepaszczono jego główną ideę. Drugim ważnym ogniwem jest dla mnie osiem edycji Konkursu Literackiego im. Kazimierza Wierzyńskiego. To ogromna praca. Do jury przy tym konkursie udało się zaangażować ówczesną panią prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Ludmiłę Mariańską, prof. Jacka Łukasiewicza z Wrocławia, prof. Krzysztofa Dybciaka z KUL-u, panią Iwonę Smolkę – krytyka literackiego, dyrektora II Programu Polskiego Radia. Na konkurs napływały prace z całej Ukrainy. Była to poezja i proza. W kategorii prozy były to często wstrząsające prace oparte na wspomnieniach autorów. Co roku rozstrzygnięcie konkursu odbywało się w innym miejscu. Pierwszy raz impreza odbyła się w Przemyślu. Uroczystość miała miejsce na zamku w sali teatralnej. Obecni byli wojewoda i arcybiskup przemyski oraz konsul generalny RP ze Lwowa. Kolejne edycje współorganizowane były przez Ambasadę Polską w Kijowie, Konsulat Generalny RP we Lwowie oraz Federację Organizacji Polskich na Ukrainie, a wyniki ogłaszaliśmy w Drohobyczu, we Lwowie – podczas kolejnych edycji Dni Kultury Polskiej, w Krzemieńcu. A co z tego zostało? Staraliśmy się, żeby utwory laureatów zostały opublikowane. Ale najważniejsze jest to, że na Ukrainie został utworzony krąg Polaków tworzących literaturę.

 

Czy ten konkurs jest nadal organizowany?

Po ośmiu edycjach doszliśmy do wniosku, że formuła tego konkursu już się wyczerpała. Myślę, że teraz laureaci naszych konkursów powinni podjąć działania organizacyjne, które pozwolą tworzyć i rozszerzać polskie środowisko literackie. Poza tym dzięki temu konkursowi osiągnięty został inny, kto wie, czy nie ważniejszy cel. Otóż fakt istnienia środowiska literackiego zaprzecza wszystkim tezom, że formuła kultury i literatury o tematyce kresowej się wyczerpała. Udowodniliśmy, że polska kultura na Kresach istnieje, przetrwała, jest różnorodna i ciekawa. Zaprzeczyliśmy tezie prof. Jacka Kolbuszewskiego, znanego badacza, który w swej ciekawej książce „Kresy” ogłosił podzwonne dla kultury Kresów. Udowodniliśmy, że są kontynuatorzy tego, co stworzyli Szymonowic, Słowacki, Karpiński i wielu, wielu innych znanych twórców.

 

Mieliśmy okazję spotkać się w Krzemieńcu w roku jubileuszu Juliusza Słowackiego, kiedy zamierzano otworzyć muzeum poświęcone poecie. Odbyła się wówczas sesja naukowa połączona ze spotkaniem pisarzy polskich i ukraińskich, rozstrzygnięto konkurs literacki im. K. Wierzyńskiego, otwarto uroczyście poplenerową wystawę malarską, zaprezentowano spektakl poświęcony Juliuszowi Słowackiemu przygotowany przez Scenę Galicyjską...

Rzeczywiście wówczas nie udało się to otwarcie. Moim zamierzeniem było stworzenie w Krzemieńcu miejsca corocznych spotkań pisarzy obu narodów. Tę ideę chciałem powiązać z remontem dworku Juliusza Słowackiego. Jak wiadomo, w końcu za polskie pieniądze, dworek udało się pięknie odnowić. Przez stronę polską została też przygotowana ekspozycja poświęcona Juliuszowi Słowackiemu, zrealizowana przez Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie. I tu pojawił się problem – mam nadzieję, że dojdzie do rozsądnego rozwiązania: strona polska ową wystawę chce traktować jako depozyt, co dawałoby większe gwarancje, iż zbiór nie ulegnie likwidacji czy rozproszeniu. Natomiast strona ukraińska uważa, iż wystawa powinna zostać przekazana na własność Muzeum Juliusza Słowackiego. Wracając do tematu... Te spotkania literatów miały stać się podwaliną pod dialog pisarzy obu narodów, ale też z uwzględnieniem literatów polskich tworzących na Ukrainie. Dotychczas odbyły się trzy takie spotkania. Z polskiej strony brali w nich udział profesorowie kilku uniwersytetów zajmujący się głównie literaturą okresu romantyzmu, a Słowackim w szczególności. Tematyka sesji zawsze dotyczyła okresu romantyzmu, wspólnych korzeni romantyzmu polskiego i ukraińskiego, twórczości Juliusza Słowackiego i Tarasa Szewczenki. Starałem się też zapraszać na te spotkania literatów młodego pokolenia. Wtedy, podczas tego pamiętnego spotkania, otworzyliśmy wystawę poplenerową. Plastyka to zadanie, z którym boryka się moja żona Urszula. Zorganizowała dotychczas osiem plenerów malarskich. Postawiła sobie za zadanie skonsolidowanie środowisk artystycznych na Kresach. W tym roku w lipcu planowany jest kolejny plener, który bez wątpienia przyniesie równie interesujące efekty.

 

W czym leży problem, że muzeum w Krzemieńcu do tej pory nie zostało otwarte?

Rzeczywiście dość wolno to idzie. Problem dotyczy przede wszystkim statusu muzeum. Po pierwsze: strona polska widzi to muzeum jako centrum dialogu kultury polskiej i ukraińskiej. Nasza, polska propozycja była taka, by Rada Programowa tego muzeum składała się z przedstawicieli świata nauki z Polski i Ukrainy, co dawałoby gwarancję, że rola tego muzeum będzie ponadlokalna. Nawet mówiło się, by stworzyć tam centrum badań nad romantyzmem europejskim, co przyciągałoby do Krzemieńca naukowców z Francji, Niemiec czy Anglii. Po drugie: Polacy zabiegają o to, by placówka podlegała bezpośrednio ministrowi kultury w Kijowie. Takie usytuowanie w strukturze gwarantowałoby instytucji pierwszorzędną rolę na Ukrainie i oczywiście odpowiedni poziom finansowania. Wydawałoby się, że takie stanowisko powinno zadowalać obie strony, tymczasem rozmowy znalazły się w impasie. W tej chwili mogę tylko wyrazić nadzieję, że w krótkim czasie zostanie znalezione rozsądne rozwiązanie i muzeum – zgodnie z ostatnimi założeniami – otwarte zostanie 3 kwietnia 2003 roku i będzie to szczególny dzień nie tylko dla Krzemieńca. Oczywiście w założeniach programowych muzeum cały czas pamiętamy o roli polskich literatów żyjących na Ukrainie. Tak więc Muzeum Juliusza Słowackiego stałoby się szczególnym miejscem nie tylko dla kultury europejskiej, ale dla samego miasta i jego mieszkańców otwierałaby się ogromna szansa na przyciągnięcie przede wszystkim z Polski dużej rzeszy turystów, wycieczek szkolnych itp.

 

Obecnie jest Pan dyrektorem Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej. Jak sądzę współpracują Państwo z muzeami ukraińskimi. Poza tym Ziemia Przemyska nie kończy się na granicy z Ukrainą, jak uczono nas do niedawna w szkołach. Czy w zbiorach znajduje się dużo zabytków związanych z dawnymi Kresami?

Oczywiście współpracujemy z muzeami lwowskimi i to w każdej dziedzinie. W maju ubiegłego roku wspólnie z warszawskim Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza organizowaliśmy zarówno wystawę, jak i konferencję naukową poświęconą znamienitemu poecie polskiemu urodzonemu we Lwowie – Zbigniewowi Herbertowi. Przy okazji ukazał się obszerny tom poezji Herberta w języku polskim i ukraińskim. O planach wolałbym nie mówić, by nie zapeszyć... Są zależne głównie od finansów, a z tymi jak jest w kulturze, to pan wie.

Trudno, żeby w zbiorach muzeum przemyskiego nie było przedmiotów związanych z Kresami. Choć te, jak pan się domyśla, w znamienitej większości zostały zrabowane lub zniszczone. Muzeum posiada ok. 95 tys. eksponatów i są to przedmioty dotyczące zarówno kultury polskiej, żydowskiej, jak i ukraińskiej. Między innymi posiadamy zbiór ok. 500 unikalnych ikon podkarpackich z XV–XVI wieku. Jest też wiele zabytków związanych ze Lwowem. Przecież te miasta były i są położone bardzo blisko siebie. Kiedyś przemyślanie jeździli pociągami do lwowskiego teatru... Stąd też wiele przedmiotów rzemiosła artystycznego czy fotografii dotyczących Lwowa. Ale nie tylko, bo i Stanisławowa, Stryja, Sambora... Oczywiście nasze zbiory nie wyodrębniają tych zabytków w jakiś szczególny sposób, bo Ziemię Przemyską traktujemy w granicach geograficznych i historycznych jako całość. Ale gdyby zrobić kwerendę przy takim właśnie założeniu, to bardzo wiele pozycji katalogowych należałoby przypisać twórcom i rzemieślnikom wywodzącym się z miast będących obecnie poza granicami naszego kraju.

 

II wojna światowa spowodowała stworzenie sztucznej bariery kulturowej między Przemyślem a Lwowem.

Generalnie spowodowała załamanie kulturowe, bo ani Lwów, ani Przemyśl – a były to przecież aktywne i znane w Polsce międzywojennej centra kultury i sztuki – nie odzyskały dotąd swej dawnej świetności. Przemyśl w czasach II Rzeczypospolitej był miastem o olbrzymich aspiracjach kulturalnych i ogromnym duchu umysłowym. Zresztą Przemyśl jest miastem starszym od Lwowa, już o 1000-letniej tradycji! W tamtych czasach ukazywało się w Przemyślu 12 periodyków! Założyciel Muzeum Narodowego Kazimierz Marian Osińki sam redagował jedno z czasopism literackich. Natomiast w pobliskiej Medyce wydawano od 1904 do 1918 roku jedno z najciekawszych w tamtej epoce czasopism literackich „Lamus”. I ono powstawało na tej linii między Przemyślem a Lwowem. Współredagował to pismo Jan Kasprowicz, który mieszkał we Lwowie. Inicjatorami wydawania byli Pawlikowscy, właściciele dóbr medyckich. Tuż przed wybuchem II wojnie światowej przekazali do zbiorów Ossolineum kolekcję rękopisów i starodruków liczącą ok. 30 tys. woluminów oraz olbrzymią kolekcję numizmatyczną. Jakie są losy ich kolekcji, możemy się domyślać. I rzeczywiście ma pan rację, że powojenna granica była „żelazną kurtyną”. Tylko propaganda wmawiała nam, że to była granica przyjaźni. To była granica pełna zasieków, którą bez przeszkód przekraczały pociągi wypełnione zbożem i węglem oraz „pociągi przyjaźni” wypełnione działaczami i pseudodziałaczami... Tak więc te 50 lat komunizmu musiało spowodować wyrwę w kontaktach międzyludzkich. Trzeba mieć tylko nadzieję, iż wejście Polski do Unii Europejskiej będzie przyczynkiem do tego, by nasze granice nie dzieliły nas, a właśnie łączyły. I liczę na to, że środowiska polskie nadal będą mogły, przecież w niełatwych warunkach ekonomicznych, kultywować polskie tradycje na Kresach. Liczę też, że nadal będzie rozwijała się współpraca z ukraińskimi środowiskami kulturalnymi i naukowymi. To często jest ważniejsze nawet niż deklaracje polityków, ich wzajemne wizyty, oświadczenia – które też oczywiście są potrzebne.

 

Ja jednak obawiam się, że wprowadzenie przez Polskę i Ukrainę wiz może spowodować raczej negatywne skutki w naszych kontaktach. Oczywiście liczę na to, że zostanie znalezione jakieś zdroworozsądkowe rozwiązanie (np. wiza ważna przez 10 lat) i chcę wierzyć, iż nieodległy przecież lipiec nikogo nie zaskoczy. Panie Dyrektorze, prócz tego, że kieruje Pan tak znamienitą instytucją, jest Pan zany jako poeta, którego znawcy przedmiotu zaklasyfikowali jako piewcę Kresów. Czy od dawna Pan pisze i rzeczywiście tylko o Kresach?

Nie tylko o Kresach. Chociaż rzeczywiście książki, które dotychczas opublikowałem, zawierają utwory poświęcone dawnym Kresom. Są tam wiersze o Lwowie i Krzemieńcu. Niedawno ukazał się kolejny mój tomik poetycki „W poszukiwaniu zaginionych miejsc”. Jest to książka, w której staram się pokazać całe bogactwo kultury polskiej, która tam pozostała, ale która trwa i rozwija się wbrew tezom – przywoływanym już tezom – prof. Kolbuszewskiego. Moja poezja kresowa to po prostu efekt fascynacji tym, co Polacy pozostawili po sobie na dawnych Kresach. W latach 90. miałem w końcu możliwość poznania miast europejskich tej miary co Paryż, Rzym, Wenecja i wiele innych, ale wśród nich największe wrażenie robi na mnie Lwów.

 

Serdecznie dziękuję Panu za rozmowę.

MARIUSZ OLBROMSKI, ur. 1955 w Lubaczowie. Studia w Lublinie (KUL) i Wroc³awiu, historyk literatury. W Lubaczowie za³o¿y³ KIK, by³ jego prezesem. W latach 90. dyrektor Wydzia³u Kultury Urzêdu Woj. w Przemyœlu. Inicjowa³ i wspó³organizowa³ imprezy kulturalne dla Polaków za wschodni¹ granic¹. Obecnie jest dyrektorem Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej. Debiut poetycki w roku 1984, publikowa³ w prasie bezdebitowej i katolickiej, póŸniej tak¿e w „Gazecie Lwowskiej”, ostatnio w „Lwowskich Spotkaniach”. Wyda³ tomiki poezji: Dwie podró¿e (1992), Niepojête, niewys³owione (1994), W poszukiwaniu zagubionych miejsc (2002). Opracowa³ zbiory poezji F. Konarskiego (Ref-Rena) i Zb. Herberta.