Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z Tadeuszem Krzyżewskim rozmawia Janusz M. Paluch

[4/2003]

Panie doktorze, chciałbym, aby nasza rozmowa dotyczyła spraw związanych ze Lwowem...

Przyszedł pan do mnie o dwadzieścia lat za późno! Ja mam już 93 lata... Mówią, że jak człowiek przekroczy 90, to przestaje pamiętać... Zapomina sprawy ważne, zachowuje w pamięci tylko te najmilsze sercu...

 

Dwadzieścia lat temu nie można było nic publikować o Lwowie...

Kto nie mógł, ten nie mógł. Ja publikowałem. Od samego początku pisałem artykuły dla Biuletynu Koła Lwowian w Londynie, które tam powstało w 1961 roku. Opublikowałem tam ponad sto rozmaitych tekstów! Oczywiście Biuletyn przechowywałem w skrytce za szafą. A teksty przekazywałem do Londynu różnymi przedziwnymi kanałami. Najczęściej przez znajomych, którzy właśnie jechali chociażby do Stanów Zjednoczonych czy jakiegokolwiek innego wolnego kraju, skąd bezpiecznie mogli wysłać pocztą przesyłkę do Londynu. Teksty nie mogły być podpisane pełnym imieniem i nazwiskiem, bo przecież w PRL-u zaszczuliby mnie za to. Ale też zbytnio nie ukrywałem się. Artykuły sygnowałem inicjałami: TK,
a w latach 80. podpisywałem już pełnym imieniem i nazwiskiem, bo emerytowi to właściwie nic nie mogli zrobić!

 

Kto wówczas kierował Kołem Lwowian w Londynie?Przewodniczącym był mgr Adam Treszka. Dzięki niemu mogłem pojechać do Londynu na dwa tygodnie; odbywał się tam światowy zjazd Lwowiaków w listopadzie 1978 roku, z okazji 60-lecia obrony Lwowa. Muszę powiedzieć, że Lwowianie, którzy zostali na wygnaniu, bardzo mądrze podeszli do sprawy. Nie zasypiali ani chwili, tylko podejmowali różne inicjatywy i bogacili się. Zakładali prywatne przedsiębiorstwa. Treszka był właścicielem dwóch hoteli! Ale on był od dawna przedsiębiorczy. Przed wojną jako student pracował w Bratniej Pomocy UJK. W czasie wojny został wywieziony w głąb Rosji. Kiedy Polska podpisała traktat z ZSRR, zabrał się za ratowanie dzieci. To on zorganizował transport ponad 2 tys. dzieci, które dzięki niemu przez Persję dotarły w różne miejsca świata, nawet do Australii, i tam przetrwały gehennę wojenną. Ma wielkie zasługi dla Polski. Umarł w 1984 roku mając 73 lata. A Koło Lwowian liczyło już ok. 1000 Polaków rozsianych po całym świecie. Teraz pomału dogorywa... Szkoda!

 

W historię swego rodzinnego miasta – Lwowa – zapisał się Pan jako twórca Biura Propagandy i Turystyki Królewsko-Stołecznego Miasta Lwowa. Jest Pan również ostatnim żyjącym członkiem ostatniego, przedwojennego Zarządu Miasta Lwowa. Jak wtedy wyglądała organizacja pracy? I turystyka? Czasem bowiem odnosi się wrażenie, iż rozwój turystyki to lata po II wojnie światowej...

Oczywista nieprawda! Moim zadaniem była już wtedy propaganda Lwowa i organizacja wraz z obsługą turystów, którzy zwerbowani przez nas przyjeżdżali do Lwowa. A przyjeżdżało ich jak na tamte czasy sporo. I to zarówno z Polski, jak i z zagranicy. I to nie tylko Europy, ale i Ameryki! I ja wiedziałem, że każdy turysta zachwycający się Lwowem to efekt mojej pracy, kierowanego przeze mnie biura. A jak wyglądała praca? Najpierw trzeba było wygrać poważny konkurs. Było osiemnastu kandydatów. To sporo nawet jak na dzisiejsze czasy. Gdy przyjęto mnie do pracy, otrzymałem gażę w wysokości 600 zł miesięcznie (przeliczając na dzisiejsze złotówki, to jakieś 10–12 tys. zł), zastępcę – którym był dr Stefan Legeżyński – i sekretarkę. Podlegało nam także grono przewodników (20 osób) kształconych na specjalnych kursach. Wydawaliśmy broszury, foldery, czasopismo dla turystów... I to w takiej ilości, by wystarczyło dla przyjeżdżających. Siedzibę mieliśmy przy ul. Kilińskiego 4, nieopodal Rynku. Ja byłem bardzo skrupulatny i systematyczny. Pracowałem od 1937 roku. W tym roku przedłożyłem w konkursie jako dowód mej specjalizacji moją drukowaną broszurę „Propaganda turystyczna Lwowa”. W 1938 roku wydałem drukiem jedno sprawozdanie za rok pracy. Wszystko jasno i przejrzyście. Ten raport ukazywał stan turystyki we Lwowie przez nas wypracowany oraz wytyczał dalsze plany na przyszłość. Nasze biuro zajmowało się także obsługą Targów Wschodnich. Planowaliśmy na lata, które zabrała wojna, wybudowanie reprezentacyjnego Domu Turystycznego z basenem pływackim, a następnie, opierając się na terenach parku Stryjskiego i Targów Wschodnich, ogromnego centrum rozrywki – coś na kształt dzisiejszego Disneylandu – które na ówczesne czasy byłoby największe nie tylko w Polsce, ale być może w Europie.

 

To brzmi bardzo współcześnie!

No cóż, zatrzymano nas kilkadziesiąt lat w rozwoju! Postawiliśmy sobie bowiem cel, którym było stworzenie nowego image miasta. Lwów kojarzył się bowiem zawsze z wojną, słynnymi bataliami obronnymi Lwowa w 1918 i 1920 roku. Chcieliśmy wydobyć i pokazać rozległe przecież pokłady humoru lwowskiego! Dość wspomnieć o fenomenie słynnej Lwowskiej Wesołej Fali, której słuchali wszyscy, w całej Polsce, mający dostęp do radioodbiorników! A skąd się wzięły sukcesy filmowe Szczepcia i Tońcia?! Bo Lwów był przecież piękny i wesoły! To miał być nowy mit wesołego Lwowa! I jakaż ironia losu – te kroki przedsiębrałem w przededniu kolejnej obrony Lwowa we wrześniu 1939!...

 

Mówi Pan o planach mających zmienić Lwów, o wydawnictwach. To przecież i w tamtych czasach kosztowało sporo.

Tak. To nic nowego. Dzisiaj też kosztuje, i to niemało. Ale jeśli chce się, by jakakolwiek kampania reklamowa przyniosła oczekiwany efekt, trzeba wydać ciężkie pieniądze. Nasze biuro miało oczywiście dotację, która stanowiła podstawę naszej działalności. Nasz roczny budżet wynosił ok. 5000 zł (tj. na dzisiejsze złotówki ok. 60 tys. zł) z kasy Urzędu Miasta i drugie tyle otrzymywaliśmy z Lwowskiej Izby Przemysłowo-Handlowej. Resztę musieliśmy znaleźć lub zarobić sami. Ale jak pracowaliśmy. Od naszej pracy zależały w dużym stopniu dochody przewodników miejskich, restauratorów i hotelarzy. A nawet tramwajarzy! Jak się pan domyśla, w tamtych czasach transport autobusowy nie był tak popularny, a grupy wycieczek trzeba było w jakiś sposób przemieszczać po sporym przecież obszarze miejskim. Jeździli tramwajami, które co do minuty przyjeżdżały na umówione przystanki. I oczywiście wsiadanie i wysiadanie musiało trwać bardzo krótko, bo przecież zaraz tworzyłyby się korki uliczne.

 

Czyli właściwie podobnie jak dzisiaj! Czy byliście jedynym biurem zajmującym się turystyką we Lwowie?

Oczywiście nie! Poważnym partnerem, bo przecież nie konkurentem – nam chodziło o to, by na turystyce miasto się wzbogacało – był „Orbis” oraz związki turystyczne np. Towarzystwo Tatrzańskie czy Związek Propagandy Turystyki. Różnica między nami była taka, że my byliśmy agendą Urzędu Miasta. Właściwie już po roku pracy, w 1938 roku mogłem pochwalić się wymiernymi sukcesami. Dla przykładu: w 1937 roku odnotowano 111 872 osoby, które dzięki naszej pracy przybyły do Lwowa. W 1938 roku liczba ta wyniosła już 145 280, czyli liczba odwiedzających miasto wzrosła o 33 408 osób! Czy to dużo? Proszę nie zapominać, że były to początki rozwoju tego rodzaju turystyki w Polsce. Proszę też pamiętać, iż cyfry te nie brały pod uwagę turystów przyjeżdżających do Lwowa popularnymi pociągami na jeden lub dwa dni. Szacuję, iż było to dodatkowo ok. 50 tys. turystów. Czyli jeśli podsumujemy, to mogę śmiało powiedzieć, iż dzięki naszej pracy Lwów odwiedziło w ciągu tamtego roku ponad 200 tys. turystów. Zakładaliśmy, że każda z tych osób wydała we Lwowie – średnio – 10 zł, czyli nasze miasto wzbogaciło się o ówczesne 2 mln zł!

 

Sprawując funkcję członka Zarządu Miasta Lwowa poprzez Związek Propagandy Turystycznej Lwowa współpracował Pan z ostatnim prezydentem miasta dr. Stanisławem Ostrowskim i jego zastępcami. Co się stało z tymi ludźmi?

Wie pan, to tak dawno było... Gdy wspominam prezydenta Ostrowskiego – a spotkałem go w latach siedemdziesiątych podczas mojego pobytu w Londynie – widzę przed oczyma piękną, wielką salę Izby Przemysłowo-Handlowej. Słyszę dostojny pomruk przygotowującej się do konferencji urzędników i wciąż czuję niepokój czy może tremę przed wystąpieniem przed dostojnym audytorium... Miałem wtedy 27 lat. Na sali byli wtedy wszyscy najważniejsi urzędnicy we Lwowie, z wojewodą i prezydentem miasta na czele. Moim zadaniem było wówczas przedstawienie programu promocji i turystyki we Lwowie. Miałem przygotowane wystąpienie na kartkach, ale nie korzystałem z tego. Moi pracownicy byli chyba nieco podenerwowani, bo wciąż usiłowali podsunąć mi jakieś notatki, tabele, które odsuwałem od siebie i mówiłem, bez końca mówiłem... Gdy zakończyłem, rozległy się oklaski, potem były gratulacje... Gratulował mi nawet ostatni lwowski wojewoda Alfred Biłyk. To były piękne czasy! Na czele Zarządu stał prezydent dr Stanisław Ostrowski – lekarz dermatolog. Miał niespełna 40 lat, kiedy obejmował to stanowisko po komisarycznym prezydencie Wacławie Drojanowskim, wyznaczonym na to stanowisko przez Związek Polskich Miast. Zastępcami Ostrowskiego byli: Wiktor Chajes – jako przedstawiciel mniejszości żydowskiej (na 400 tys. mieszkańców we Lwowie było 120 tys. Żydów), dr Jan Weryński – przedstawiciel mieszczaństwa, i Franciszek Irzyk – reprezentant interesów robotników. Wojnę udało się przeżyć tylko prezydentowi Ostrowskiemu, nad którym opiekuńcze skrzydła rozwinął polski rząd emigracyjny. Jego zastępcy zginęli w Starobielsku. Wojewoda lwowski Biłyk otrzymał polecenie opuszczenia Lwowa i udania się na Węgry. Nie wytrzymał tego dramatycznego napięcia i 19 września 1939 r. popełnił samobójstwo.

 

Jak zapamiętał Pan wrześniowe dni 1939 roku, kiedy kończy się we Lwowie Polska, a zaczyna...

Sowiecja się zaczyna... 22 września weszli do Lwowa bolszewicy. Na nic zdała się zorganizowana przed niemieckim agresorem obrona Lwowa, na której czele stał gen. Władysław Langner. Atak przyszedł z innej strony. W naszym biurze pojawił się dość szybko Żyd z Urzędu Miasta, poinformował nas, że nasze biuro ulega likwidacji i nakazał nam w ciągu trzech dni opuścić pomieszczenia. Cóż było robić. Zamknąłem biuro, oddałem klucze. I koniec... O zaległe pobory pracowników nie zatroszczył się nikt.

 

Kiedy opuścił Pan swoje miasto?

Pod koniec czerwca 1944 roku, kiedy Niemcy zaczęli uciekać ze Lwowa, a zacząć się miała ofensywa sowiecka na zachód.

 

Jak przyjął Pana Kraków?

Dobrze. Dostałem możliwość pracy w Wyższej Szkole Nauk Społecznych, zacząłem ponownie publikować... Tym, co robię, zainteresował się prof. Kazimierz Dobrowolski, dyrektor Szkoły Nauk Społecznych. Do 1950 roku wykładałem przedmiot: Naukowa organizacja pracy i Reklama prasowa (na Wydziale Dziennikarskim). Potem szkołę przenieśli do Warszawy, gdyż się sprawdziła. Tak to zwykle w Krakowie już od dawna bywa!

 

Jak się układało życie lwowiaka w Krakowie?

Co człowiek, to każdy miał inną sytuację. Jedni trafili do pracy na wyższe uczelnie, inni ledwo wiązali koniec z końcem w szkolnictwie średnim i przedsiębiorstwach... Prof. Dobrowolski nie zapomniał o mnie... W latach siedemdziesiątych skierował mnie do Edwarda Gierka. Miałem kwalifikacje na szefa propagandy, no i władałem biegle trzema językami, „znałem się” na polityce... Gierek powiedział, że wszystko będzie dobrze, że otrzymam mieszkanie w Warszawie, ale jest warunek: musi się pan zapisać do partii. Ja wtedy powiedziałem mu, że do żadnej partii się w życiu nie zapiszę. „Dlaczego? Przecież my wszyscy należymy!” – zapytał Gierek. I ja mu wtedy powiedziałem: „Z kim przestajesz, takim się stajesz!” Chciałem być po prostu profesorem wyższej uczelni. I tak się skończyła moja kariera jako polityka i dyplomaty... I nigdy nie zapisałem się do żadnej organizacji politycznej!

 

Gdzie Pan wtedy pracował?

Przez ponad 10 lat byłem związany z kombinatem hutniczym. Pełniłem tam funkcję koordynatora. To było bardzo odpowiedzialne stanowisko. Ale pewnego dnia zapytano mnie, czy posiadam rekomendacje partyjne na to stanowisko. Odpowiedziałem, że nie mam rekomendacji, bo jestem specjalistą od administracji, reklamy i naukowej organizacji pracy. Przenieśli mnie na kierownika sekretariatu głównego... Po pewnym czasie okazało się, że i to stanowisko musi posiadać rekomendacje partyjne... No cóż... W wieku 57 lat rozpocząłem studia bibliotekarskie. Skończyłem też studia podyplomowe i zdałem bardzo ciężki egzamin na bibliotekarza dyplomowanego (dr starszy kustosz dyplomowany)... Na 60 osób egzamin na bibliotekarza zdało wówczas zaledwie 12 osób! Obroniłem też na Uniwersytecie Jagiellońskim pracę doktorską na temat Organizacja bibliotekarstwa na Politechnice, kiedy pracowałem już w Bibliotece Politechniki Krakowskiej im. Tadeusza Kościuszki. Dyrektorem zostać nie mogłem, bo nie miałem rekomendacji... Odszedłem na emeryturę, kiedy dyrektorem została pani, która zaledwie ukończyła studia, ale miała rekomendacje partyjne i wystarczył jej tytuł magistra...

 

Swój talent pisarski objawił Pan wydaną w 1995 roku książką „Księgi humoru lwowskiego”. Ale przecież to nie jedyna Pańska książka.

Humor lwowski rzeczywiście został wydany w 1995 roku, ale napisany spoczywał w szufladzie niemal od 20 lat! Nie miał jej kto wydać. Negocjowałem z Wydawnictwem Ossolineum w związku z tą książką. Chcieli jednak jakiegoś odniesienia w tekście do Sowietów... Absurd! Nie mogłem się na to zgodzić! Czekałem... I się doczekałem w końcu! Ale to nie jedyna moja książka. W 1936 roku w warszawskim Wydawnictwie „Rój” wydałem swą pierwszą książkę o reklamie: Sposoby reklamy kupców detalistów. To była pierwsza część „trylogii” na temat reklamy. Przygotowywałem się wtedy do wykładów w Wyższej Szkole Handlu Zagranicznego. Druga książka to Reklama prasowa i spis czasopism RP. I w końcu – wydana już po wojnie w 1948 r. w Krakowie – Reklama prasowa, oraz napisany dla szkół administracyjnych wspólnie z nieżyjącym już kolegą Tadeuszem Malisem podręcznik Organizacja biurowości w przedsiębiorstwach i urzędach wydany w Warszawie w 1949 roku, którego nakład został skonfiskowany. Wspólnie z żoną, autentyczną lwowianką, królową rzeczywistości codziennej, napisaliśmy książkę kucharską Przysmaki lwowskie. Zajmowałem się też przepowiedniami, a moja książka Przepowiednie o losach Polski i świata do końca XX wieku doczekała się trzech wydań w latach 1990–1995. Wreszcie – w prasie fachowej zamieściłem kilkaset artykułów na tematy fachowe.

rzeczywiście został wydany w 1995 roku, ale napisany spoczywał w szufladzie niemal od 20 lat! Nie miał jej kto wydać. Negocjowałem z Wydawnictwem Ossolineum w związku z tą książką. Chcieli jednak jakiegoś odniesienia w tekście do Sowietów... Absurd! Nie mogłem się na to zgodzić! Czekałem... I się doczekałem w końcu! Ale to nie jedyna moja książka. W 1936 roku w warszawskim Wydawnictwie „Rój” wydałem swą pierwszą książkę o reklamie: . To była pierwsza część „trylogii” na temat reklamy. Przygotowywałem się wtedy do wykładów w Wyższej Szkole Handlu Zagranicznego. Druga książka to . I w końcu – wydana już po wojnie w 1948 r. w Krakowie – , oraz napisany dla szkół administracyjnych wspólnie z nieżyjącym już kolegą Tadeuszem Malisem podręcznik wydany w Warszawie w 1949 roku, którego nakład został skonfiskowany. Wspólnie z żoną, autentyczną lwowianką, królową rzeczywistości codziennej, napisaliśmy książkę kucharską . Zajmowałem się też przepowiedniami, a moja książka doczekała się trzech wydań w latach 1990–1995. Wreszcie – w prasie fachowej zamieściłem kilkaset artykułów na tematy fachowe.

 

Wypada przeto życzyć, by Pańskie przepowiednie spełniły się jeszcze za naszego życia... Serdecznie dziękuję Panu za rozmowę.