Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z dr Karoliną Grodziską dyrektorką Biblioteki PAU w Krakowie rozmawia Janusz M. Paluch

[4/2006]



Zacznijmy naszą rozmowę cytatem, mottem… właśnie na dobrą, dalszą naszą pogawędkę.

Mówiąc szczerze, będę miała problem z wyborem… Przygotowana przeze mnie Księga cytatów o Lwowie zawiera ponad tysiąc cytatów! Ale niech będzie może ten, pochodzący z 1927 r., z Pierwszej piosenki o Lwowie, napisanej przez Mariana Hemara:


Serce się z dala trudzi
Szuka cię w dali znów
O miasto beztroskich ludzi,
Rozśpiewanych, pogodnych słów…

Księga cytatów o Lwowie jest gotowa już od dłuższego czasu. W zasadzie już dawno powinny odbyć się jej promocje, już dawno powinna zachęcać na księgarskich półkach po jej sięgnięcie. Ale jeszcze jej nie ma. Co się dzieje z pani książką?

Rzeczywiście książka ukończona została przeze mnie wiosną 2006 r., trafiła do Wydawnictwa Universistas i trwają prace redakcyjne. Zostały one jednak spowolnione opinią prawników, którzy zetknąwszy się po raz pierwszy z czymś takim jak księga cytatów, zastosowali do niej bardzo dokładną wykładnię prawa autorskiego. Stwierdzili, że musi minąć 70 lat od śmierci autora danej wypowiedzi, żeby można było ten tekst swobodnie cytować. A jeśli chodzi o Lwów, to przecież mnóstwo wspaniałych poetyckich wypowiedzi powstało właśnie w ostatnim 70-leciu. Tak więc w tej chwili wydawnictwo boryka się z trudem dotarcia do autorów lub spadkobierców praw autorskich tych wypowiedzi, czy też wydawnictw, które mogłyby pomóc w dotarciu do nich.

Rozumiem, że z prawnikami trudno jest dyskutować. Jednak szczerze mówiąc ich wykładnia nie przekonuje mnie. Przecież mamy do czynienia z cytatami, które czasami zaistniały tylko dlatego, że ktoś w swoich notatkach, wspomnieniach je opublikował, odnotował jakiś dziennikarz, czy też – jak sama pani powiedziała – są wyrwane z szerszego kontekstu. Przecież nie używa się całego utworu!

Rzeczywiście, nie używa się całego utworu. Niektóre cytaty to są dosłownie dwa, trzy słowa, jakieś określenia, maksymy wyrwane z kontekstu… Nie da się jednak w tej materii dyskutować z prawnikami, jakkolwiek spowodowało to znaczne spowolnienie wydania. Poszukiwania spadkobierców praw autorskich są syzyfową pracą i jestem tu pełna uznania dla Wydawnictwa Universitas. Mamy jednak świadomość, zarówno redaktorzy wydawnictwa, jak i ja, że do wielu autorów wypowiedzi i ich spadkobierców się nie dotrze, co wynika z rozproszenia Lwowian po całym świecie. Bo przecież to nie jest tak, że tylko wybitni i znani twórcy czy naukowcy wypowiadali się o Lwowie i w prosty sposób dotrzeć do nich można. Od 1944 czy 1945 roku, kiedy nastąpił ten ogromny, przymusowy exodus Lwowian, ci, którzy mówili i pisali o tym mieście, to byli szarzy, szeregowi jego mieszkańcy, których jeden list, jedna wypowiedź, jeden wiersz zawierał nieraz ogromny ładunek emocjonalny, ale i był też jednorazową wypowiedzią człowieka nie parającego się literaturą zawodowo i nie piszącego nigdy nic więcej. A jednocześnie są to ludzie, do których nie sposób dotrzeć. Często już nie żyją, zmarli gdzieś w Kanadzie, Południowej Afryce, Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, Australii czy Argentynie. Ich dzieci czy wnuki często nie mówią już po polsku i nie mają świadomości, iż ktoś może poszukiwać ich w związku z cytatem…

Już wiemy, że książka zawiera ponad tysiąc cytatów. Ile cytatów taka księga mogłaby zawierać?

Rzeczywiście, jestem porażona bogactwem i obfitością cytatów. Oto kilka takich oczywistych, które charakteryzują historię miasta. Z 1444 r. pochodzi taki: „Puklerz i mur przeciw poganom”, „Schronienie i obrona” – to stałe hasło dla Lwowa z XVII w., „Miasto najprzedniejsze województwa ruskiego” – też pochodzący opis z XVI w., „Lwów święty, gdzie chętni bywamy”, „Lwipole stołeczne”, „Nieruchoma skała przeciw najazdom nieprzyjaciół”, „Rzeczypospolitej przeciw wrogom osłona”, „Najznakomitsza warownia Rzeczypospolitej”. To są cytaty staropolskie, dochodzące do połowy wieku XVIII. A w wiekach XIX i XX – niesamowita embarras de richesse i problem wyboru z nieprawdopodobnej ilości wypowiedzi. Nie potrafię określić potencjalnej liczby cytatów o Lwowie, na jakie można trafić w literaturze. Przy czym, jako autor księgi cytatów, mam zarówno możliwość, jak i przyjemność, że to ja mogę dobierać je według własnego, niekiedy bardzo subiektywnego gustu. Nie chodziło mi bowiem o to, by zrobić pomnik czy monument. Chciałam, aby z jednej strony układały się w literacką historię miasta, od jego początków do chwili obecnej. A z drugiej, by tę księgę można było czytać na wyrywki. Zatrzymać się nad cytatem, zadumać, a czasem i rozbawić.

Rozumiem, że przywołane hasła są tytułami rozdziałów. Skoro nasza rozmowa dotknęła takich szczegółów, to może idźmy dalej i odsłońmy inne jej tajemnice…

Oczywiście. Układ książki jest analogiczny jak edytowana przez Wydawnictwo „Znak” w 2004 roku Księga cytatów o Krakowie. Część pierwsza zatytułowana jest „Lwów” i składa się z następujących podrozdziałów: „Gród Lwów”, „Tarcza i mur przeciw wrogim poganom”, „Gród poważny a stary”, „Rzeczpospolitej przeciw wrogom osłona”, „Lwów utrapiony”, „Dwugłowne nad Lwowem potwory”, „Stolica Galicji”, „Ten wielki Berdyczów”, „Wierzę w Boga i Lwów”, „Jaki to inny Lwów”, „Nim wrócę do domu”, „Lwowie, Ojczyzno moja”, „Lwów mieszka we mnie”, „Przed zatrzaśniętą bramą mego miasta” – to są podrozdziały organizujące tę pierwszą ogromną część o Lwowie. Oczywiście tytuły tych podrozdziałów też są cytatami. Część druga, „We Lwowie”, składa się z następujących podrozdziałów: „Wysoki Zamek”, „Kopiec Unii Lubelskiej”, „Rynek Lwowski”, „Kościoły”, „Mury i bramy”, „Uniwersytet i Ossolineum”, „Teatr”, „Pomniki”, „Pełtew”, „Ulice i bruki” i „Cmentarze”.

Ilu autorów przywołała pani w tej księdze?

Około sześciuset osób zostało zacytowanych. Niektórzy przywoływani byli wielokrotnie. Chociażby Marian Hemar, którego nie można było w różnych kontekstach nie przywoływać. Są też oczywiście cytaty anonimowe, czy też takie, których autorów nigdy nie rozszyfrujemy. To najczęściej czasy staropolskie, kiedy cytat pochodzi z dokumentu królewskiego, i przecież to nie król był jego autorem, tylko ktoś z pracowników jego kancelarii, który tak piękne określenie w stosunku do Lwowa, czy też Krakowa zastosował.

Proszę powiedzieć, ile ksiąg trzeba przejrzeć, by taka księga cytatów mogła powstać?

Trudno to w tak jednoznaczny sposób określić. Układanie antologii jest pasjonującą zabawą. Ten gatunek literacki znany jest od czasów starożytnych, a szczególnie popularny w Europie od czasów baroku. I to do tego stopnia, że nie powiodła się próba stworzenia elementarnej bibliografii, która zawierałaby zbiory maksym czy zbiory cytatów. Dla mnie też była to wielka zabawa i satysfakcja. Oczywiście praca rozkładała się w czasie i to na przestrzeni wielu lat. Zawsze tak bywa, że czytamy coś, co nas zainspiruje, notujemy, robimy fiszkę, czy też kserokopie, odkładamy do jakiejś teczki, którą trzymamy w biurku. Mija parę lat i okazuje się, że teczka pęka w szwach! Wtedy trzeba ten materiał pogrupować i nagle zauważamy, iż układa się on w jakąś piękną sekwencję! A jednocześnie wtedy dostrzegamy też, że w takiej układance są białe plamy. Wtedy zaczyna się świadome szukanie, uzupełnianie. Kto w tym czasie w tym mieście, żył, przejeżdżał, kto mógł w danym czasie coś o nim napisać. I takie szukanie bardzo często przynosi nieoczekiwane efekty. Bywa tak, że przeglądamy to, co pozostawił po sobie człowiek, który w Krakowie czy Lwowie całe lata mieszkał i tworzył, więc powinien coś o tym mieście napisać. I nagle okazuje się, że wcale niekoniecznie. W przypadku Krakowa taką zagadką jest Jan Kochanowski, który przecież spędził w naszym mieście tyle lat i nie pozostawił po sobie żadnego opisu czy refleksji o Krakowie, podczas gdy tutaj powstawały jego utwory – chociażby „Fraszki”. Podobnie bywało ze Lwowem. Przykładem służyć może Seweryn Goszczyński, który wiele lat tam spędził i z trudem w jego korespondencji udało się coś o Lwowie znaleźć. Podobnym przykładem może być Maria Konopnicka. Lwowianin, Artur Grottger, pozostawił po sobie kilka ładnych wypowiedzi, ale pochodzą one tylko z prywatnej korespondencji do narzeczonej Wandy Monné – takie ciepłe określenie: „stare Lwowisko, za którym bardzo tęsknię”. Jan Kasprowicz – także związany ze Lwowem – tu znalazłam tylko jeden wiersz, który mówi o Lwowie, a konkretnie o targu na rynku lwowskim, ale który mógłby się odnosić do każdego innego targu, w każdym innym mieście. Tak więc, takie szukanie poprzez oczywiste nazwiska ludzi z miastem związanych nie zawsze przynosiło oczekiwany efekt. I vice versa, ktoś przyjeżdżał do Lwowa na tydzień czy na miesiąc i zachłystywał się tym miastem i pozostawiał całą masę przepięknych wypowiedzi. Oczywiście to nie było regułą, ale przy pracy bywały takie właśnie zaskoczenia i niespodzianki.

W końcu przychodzi chyba czas, kiedy ma się świadomość, że uzupełnianie też się kończy?

Takie uzupełnianie jest pracą nieskończoną – historycy mówią czasem o „wylizywaniu źródeł” i to jest celne określenie. Jest dla mnie oczywiste, że dopiero wtedy, kiedy książka się ukaże, to nagle posypią się głosy, które będą ją ganić, chwalić, ale przede wszystkim będą ją uzupełniać. Przecież każdy z nas ma swój kanon lektur i wie, jak dotrzeć do pewnych wypowiedzi. Mam więc świadomość, że te uzupełnienia dopiero się posypią. Tak było po książce o Krakowie. Były znakomite, a ja się czerwieniłam, że wcześniej sama do nich nie dotarłam.
Z drugiej strony, to jest bardzo miły fakt, iż ktoś wczytuje się w tę książkę do tego stopnia, że zadaje sobie trud, by uzupełnić i wzbogacić myśl autora. Mam nadzieję, że tak będzie i o książce o Lwowie.

Rozumiem, że gromadzenie materiałów o Lwowie trwało wiele lat. Kiedy zatem powstał pomysł na stworzenie Księgi cytatów o Lwowie?

Jakieś 7–8 lat temu. Można powiedzieć, że od początku było dla mnie oczywiste, że trzeba zrobić księgę cytatów zarówno
o Krakowie, jak i o Lwowie. Gromadząc materiały o Krakowie, znajdowałam równolegle bardzo piękne materiały o Lwowie. Wynika to w sposób oczywisty z dziejów tej części Polski, z losów obu miast i ich podobieństw, które są dziedzictwem Galicji – zaboru austriackiego, podobnych warunków rozwoju i funkcjonowania. Wcześniej tych podobieństw trudno byłoby się dopatrywać.

Proszę powiedzieć, jaki jest najstarszy cytat o Lwowie, do którego pani dotarła.

Najstarszy cytat jest z roku 1259 r. Lwów pojawia się tam już jako funkcjonujące miasto-miejscowość. Ale ten cytat, pochodzący z Kroniki Wołyńskiej, go nie dotyczy, bo mówi o pożarze Chełma, który był tak olbrzymi, że jego łuny widziane były we Lwowie. Nie powiem jednak nic o ostatnim cytacie, bo on jeszcze nie istnieje. Jeśli ta książka ukaże się w 2006 r., cytat będzie pochodził z tego roku. Cały czas, na całym świecie ludzie mówią i piszą piękne słowa o Lwowie. Poza tym każdy bibliotekarz, każdy kto się zajmuje źródłami, wie o tym, że w zbiorach rękopiśmiennych znajduje się nieprawdopodobna ilość materiałów drzemiących i czekających na swego odkrywcę i na publikację.

Skoro nie możemy zdradzić czytelnikom ostatniego cytatu, to który jest dla pani najpiękniejszy?

W moim mieście, którego nie ma na żadnej mapie
świata jest taki chleb co żywić może

całe życie czarny jak dola tułacza jak
kamień, woda, chleb, trwanie wież
o świcie
Tak pięknie i wzruszająco napisał Zbigniew Herbert o swym Lwowie w 1998 r. w wierszu W mieście.

A najsmutniejszy?

Bardzo poruszył mną wiersz Beaty Obertyńskiej zatytułowany Perły. To jest chyba najsmutniejszy cytat:
O! Panno – cała w gwiazdach i szafirze!
Użal się moim sposobom….
Chcę dołek w ziemi grzebać, aby niżej
Móc czołem bić przed Tobą!

Jej jednej „Ślicznej Gwieździe” łzy na rzęsach drżą
Że jej miasto kamieniem tak poszło na dno…
Bo z resztą? Cóż tam Niebu tak ważnego znów
– Lwów?

Który cytat panią najbardziej rozśmieszył?

Bez żadnych wątpliwości, piosenka z końca 1919 roku, adresowana do Lloyda George’a, ministra spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, który wpadł na pomysł – i przedstawił to w formie oficjalnego projektu – by Polsce przyznać Lwów na 25 lat, a potem zorganizować plebiscyt! Ten plebiscyt przypadłby w roku 1944. Wprawdzie nie drogą plebiscytu, ale tego roku Lwów został Polsce odebrany przez Rosjan...
A tak brzmią słowa piosenki:
Dobryś ty dla nas
Dobrzy bądźmy i my,
Ty nam pożyczasz
My ci pożyczymy.

Dokładniej rzecz się później porozlicza,
Tymczasem niechaj słyszy cały świat,
Że młodzież Lwowa – Anglikom pożycza
Miasteczko Londyn na pięćdziesiąt lat.

Ale jest też inny cytat, który pochodzi z 1888 roku, który swą aktualnością może do łez ubawić współczesnego czytelnika. Pochodzi z utwory Artura Bartelsa zatytułowanego „Patriotyzm tanim kosztem”:
Złością z egoizmem
Ludzie u nas słyną,
Swym patriotyzmem
Dodawszy do tego,
Że Kraków do Lwowa
Tyle czuje złego
Co Lwów do Krakowa,
Znając Lwów i Kraków
Myśli człek niekiedy,
Że nie ma Polaków
Tylko samojedy

Lwów nie wszystkim się podobał. Nie chce mi się wierzyć, by przez wieki nie znalazł się ktoś, kto pisał o nim źle.

Trzeba było się zdobyć na pewien wysiłek i przestać spoglądać na Lwów przez pryzmat naszej ogromnej za tym miastem nostalgii, tęsknoty i sentymentu. Trzeba bowiem sobie uświadomić, że w XIX wieku, w czasach zaboru austriackiego, w czasach autonomii galicyjskiej, było to piękne miasto, rozwijające się, z własną elitą intelektualną, ze swoim uniwersytetem, prasą, środowiskiem artystycznym, w którym, tak jak wszędzie, działały normalne mechanizmy, grały normalne emocje, kiedy nie postrzegano tego miasta przez pryzmat jego waleczności i jego bohaterskiej tradycji z czasów staropolskich, kiedy jeszcze nie narodziła się legenda obrony Lwowa z 1918 r. Wtedy różni autorzy wypowiadali się o tym mieście w sposób bardzo krytyczny, dając upust swoim emocjom. I te wypowiedzi przez to, że są takie szczere i normalne do bólu, są bardzo interesujące. A przychylne nie są. Józef Ignacy Kraszewski w 1867 roku pisał, że Lwów „to jest młody dorobkiewicz z wszystkimi jego cnotami, wadami i śmiesznościami”. W Tece Stańczyka Lwów nazywany jest „Tygrysowem” – a więc dość oczywiste określenie, Kraków „Gawronowem”,
a Wiedeń „Chaopolis”. Można zatem stwierdzić, że wszystkim trzem miastom dostało się po równo. Jan Lam nazywa Lwów „Łykopolem” – od określenia „łyk”, czyli drobnomieszczanin – a w innym miejscu nazywa Lwów „Wilkowem”, stolicą „Milicji i Landwerii”. Przyznamy, że nie są to określenia pozytywne… Franciszek Konarski używa określenia – „Lwówek, perła Galilei”, natomiast Adolf Nowaczyński jest autorem określenia „ten wielki Berdyczów” i innego „Plwów”, które ma niewątpliwie związek z animozjami w środowisku literackim i pewnie rozmaitymi recenzjami. Henryk Sienkiewicz, zawiedziony z powodu niemożności wystawienia we Lwowie swej sztuki Na jedną kartę, w 1878 r. bardzo rozgoryczony pisze: „przecież obok Lwowa jest jeszcze i Kraków”. Ale te wypowiedzi to jest przede wszystkim XIX wiek. Natomiast przychodzi I wojna światowa, przychodzi 1918 r. i te wydarzenia zupełnie zmieniają nasza optykę, którą tak samo zmienia II wojna światowa i utrata Lwowa. Dlatego też te negatywne, XIX-wieczne określenia Lwowa dla czytelnika emocjonalnie związanego z tym miastem, mogą wydawać się obrazoburcze.

Bez wątpienia tak. Czy w związku z tym nie może dojść do sytuacji, że emocjonalnie związana ze Lwowem rodzina, spadkobierczyni praw autorskich do takiej negatywnej wypowiedzi, nie wyrazi zgody na jej użycie?

Prawda? To jest właśnie problem spadkobierców praw autorskich Adolfa Nowaczyńskiego. Odmówili zgody na użycie określenia: „Plwów” w księdze cytatów.

Czy w jakiś sposób motywowali odmowę zgody?

Udzielili zgody na trzy inne cytaty, m.in. na ów „Wielki Berdyczów”. Biorąc pod uwagę, że wypowiedzi Adolfa Nowaczyńskiego pochodzą z roku 1908 i 1911, czyli minęło prawie 100 lat od momentu, kiedy ich przodek to powiedział, to tutaj te 70 lat praw autorskich wydaje się być bardzo krzywdzące.

Lwów był miastem wielokulturowym, stolicą trzech biskupstw, z dość liczną diasporą żydowską. Czy elementy tej wielokulturowości są też widoczne w tych cytatach?

Tak. Wielokulturowość Lwowa jest nieustannie podkreślana w wypowiedziach cytowanych autorów. I to obojętne, czy będzie to wypowiedź polskiego autora, czy jakiegoś podróżnika, gościa we Lwowie – Niemca, Austriaka czy Duńczyka. Ja starałam się nie wchodzić na teren literatury ukraińskiej. Była to świadoma decyzja, gdyż natknęłabym się na ogromne trudności. Po pierwsze – trudności językowe, po drugie nie ma wciąż zbyt wielu tłumaczeń na język polski, a poza tym ogrom materiału znajduje się przecież po stronie ukraińskiej i tkwi w rękopisach i w prasie. Tak więc jest oczywiste, że taki tom winni zestawić badacze ukraińscy. Oczywiście będzie on przesunięty w czasie w stosunku do naszej księgi cytatów, bo będzie uwarunkowany rozwojem literackiego języka ukraińskiego.

Skąd przybywali obcokrajowcy do Lwowa i co ich tu sprowadzało?

Bardzo często byli to duchowni przyjeżdżający z Rzymu, czyli relacje nuncjuszy apostolskich. Relacje posłów weneckich czy genueńskich, którzy z przyczyn handlowych tu docierali. Relacje posłów do królów polskich czy w końcu – podróżników wędrujących na wschód. Taką najstarszą wzmianką w tej kategorii jest opis pochodzący od rycerza Gilberta de Lannoy, który odwiedza Lwów w latach dwudziestych XV w. Jest tam pięknie podejmowany, wspomina o gościnności mieszczan lwowskich i o tym, jak to tańczył z pięknymi we Lwowie niewiastami, natomiast wcześniej podejmowany był przez króla Władysława Jagiełłę, który polował w okolicy Lwowa. Opis tego spotkania ów rycerz też utrwalił we swych wspomnieniach. Poczynając od pierwszego rozbioru Polski, mamy cały wysyp relacji i opinii ze strony Austriaków. To nie są pozytywne relacje. Mówią one zazwyczaj o zacofaniu cywilizacyjnym Galicji i Lwowa w stosunku do Austrii. A późniejsze czasy to już relacje osób, które do Lwowa przyjeżdżały turystycznie.

Czy ta książka nie jest swoistym hołdem, jaki pani składa wywodzącej się stamtąd rodzinie ze strony pani matki?

Oczywiście, że tak. Bez korzeni lwowskich fascynacja tym miastem nie przybrałaby takiego rozmiaru. We Lwowie osiadł około1874 roku mój prapradziadek urodzony w Dukli, absolwent medycyny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nazywał się Józef Kilarski. Ze wstydem muszę przyznać, że chyba nie był dobrym lekarzem, aczkolwiek był prymariuszem okulistyki w szpitalu lwowskim, to jednak bardzo szybko zwinął swą dobrze się zapowiadającą prywatną praktykę,
a mieszkał przy Rynku 15. Zamiast tego uciekł w stronę rolnictwa, być może odezwały się korzenie chłopskie! Ten lekarz okulista kupił folwark pod Lwowem, ale też i tam nie odniósł znaczącego sukcesu. W rodzinnych papierach wiele znajduję o jego kłopotach finansowych, długach i pożyczkach. Ale nie do końca był nieudacznikiem w tym gospodarowaniu, bo jednak stać go było na zakup kamienicy we Lwowie przy ul. Kurkowej 25, którą to kamienicę przekazał jako posag swojej najstarszej córce, mojej prababce.
I ta właśnie kamienica była domem rodzinnym mojej babki, matki i jej trzech sióstr: Eleonory, Janiny i Felicji Reichertówien.

Nazwisko Reichert budzi pewne skojarzenia u Lwowian, podobnie jak u historyków sztuki.

Chodzi panu z pewnością o Janinę Reichert-Toth, rzeźbiarkę i absolwentkę Lwowskiej Szkoły Przemysłowej, która była jedną z trzech pierwszych kobiet studiujących na ASP w Krakowie. Niestety tych studiów nie ukończyła, nie może zatem szczycić się, że była pierwszą kobietą, absolwentką tej uczelni. We Lwowie otworzyła pracownię rzeźbiarską i była, obok Luny Drexlerówny, w latach dwudziestych i trzydziestych XX w. bardzo znaną artystką wygrywającą konkursy na pomniki legionowe, np w Brzeżanach, a równocześnie była autorką wystroju wnętrza kościołów św. Marii Magdaleny, św. Elżbiety – w stylu art deco. Janina Reichert-Toth dosłownie tuż przed wybuchem wojny miała zagwarantowaną realizację dwóch pomników we Lwowie. Oba zostały zniszczone, zanim mogły być odsłonięte. Pomnik Marii Konopnickiej – monumentalna rzeźba Oracza – został zniszczony przez Niemców, zaś pomnik biskupa Władysława Bandurskiego – przez Rosjan. Nie doczekał się też realizacji pomnik Piłsudskiego w Katowicach, gdzie Janina Reichert-Toth zdobyła w 1938 r. nagrodę. Pamiętam jej gorycz, gdy mówiła o swoich zniszczonych dziełach.

Jakie były dalsze, już krakowskie losy tej lwowskiej rzeźbiarki?

W 1946 r. Janina Reichert-Toth i jej mąż, Fryderyk Toth (również rzeźbiarz, kapitan Wojska Polskiego i oficer Armii Krajowej oraz – co istotne dla miłośników sportu – zawodnik lwowskiej „Pogoni”, znany jako Toth I) – osiedli w Krakowie. Byli uczestnikami prac przy renowacji ołtarza Wita Stwosza. Janina nigdy już nie doszła do swej formy twórczej. Lata pięćdziesiąte zresztą nie sprzyjały tematyce, której mogłaby się podjąć.
W tamtych czasach dominowały zamówienia na pomniki poświęcone bohaterstwu Armii Czerwonej i dekoracje na pochody pierwszomajowe… Ich dom do lat osiemdziesiątych był jednym z lwowskich punktów na mapie Krakowa. Te wspomnienia oczywiście w ogromny sposób wpłynęły na mój stosunek do Lwowa i jego postrzeganie. On towarzyszył mi od bardzo wczesnego mego dzieciństwa.

Zatrzymajmy się chwilę w domu państwa Tothów – rozumiem swoistym salonie artystycznym Krakowa?

Salon to może zbyt wiele powiedziane – to byli ludzie ogromnie oddani swej pracy, w mniejszym stopniu życiu towarzyskiemu. Ale Janina miała swój obyczaj – jour fix, czyli „dzień oznaczony”. To był czwartek.
I było wiadomo, że we czwartek, od określonej godziny, można spokojnie przychodzić do niej, że będzie herbata, kawa, ciastka, że gospodarze przyjmują. Przeniosła na grunt krakowski, w rzeczywistość PRL-u, obyczaj rodem z XIX wieku. Oczywiście były to spotkania kameralne. Oni mieli określony krąg znajomych, zresztą byli już w wieku, kiedy zbyt wielu nowych znajomości się nie zawiera. Moja babcia – absolwentka Uniwersytetu Jana Kazimierza, dr Maria Peterowa – natomiast wyemigrowała ze Lwowa jeszcze przed wojną, w 1933 r. Była nauczycielką, we Lwowie uczyła u sióstr Nazaretanek, a w Krakowie została dyrektorką szkoły odzieżowej przy ul. Syrokomli, ale w domu przy Kurkowej cały czas miała swoje mieszkanie.

Jako historyk pewnie odbyła pani rodzinną pielgrzymkę do Lwowa.

Oczywiście. Pierwszy raz z rodzicami
w 1962 roku przy okazji uniwersyteckiej wycieczki do Bułgarii. Udało się wyrwać wtedy trzy godziny na spotkanie ze Lwowem. Było to bardzo wzruszające, szczególnie dla mojej mamy, która po wielu latach mogła spojrzeć na swe rodzinne miasto, na dom, w którym spędzała poczatki swego życia. Drugi raz pojechałam tam sześć lat temu. Moja mama już nie żyje, nie ma też nikogo, kto pamięta czasy w kamienicy przy Kurkowej. Próbowałam też znaleźć groby rodzinne na Cmentarzu Łyczakowskim. Mimo że posiadałam dość dokładne informacje z archiwum – nie udało się ich znaleźć. Prawdopodobnie już nie istnieją. To nie byli zamożni ludzie. Babcia, Maria Peterowa, była przecież nauczycielką, dziadek Marian Peter, który zmarł w 1932 r. – sędzią. Zarówno sędzią sądu karnego, jak i sędzią piłkarskim – co zawsze z dumą podkreślam. Pradziadek – Józef Reichert – był również prawnikiem, a prapradziadek – już wspominany, lekarzem okulistą. Rodzina była rozproszona, nie było grobowca rodzinnego, a prawdopodobnie groby z krzyżem lub płytą, które bardzo łatwo można było zastąpić innym pochówkiem.

W pani dorobku naukowym znajdziemy opracowanie Cmentarza Rakowickiego w Krakowie, ale i naukowe opracowania cmentarzy w Anglii czy Walii, gdzie odnalazła pani wiele polskich mogił. Czy nie uważa pani, że Cmentarz Łyczakowski, mimo iż posiada wspaniałe opracowanie autorstwa prof. Stanisława Niciei, zasługuje na nową kwerendę, na nowe szczegółowe opracowanie historyczne?

Zdecydowanie tak. Nicieja wykonał imponującą robotę i był pierwszym, który taką pracę wykonał w warunkach ogromnie trudnych, w pionierski sposób przybliżając w czasach komuny historię Lwowa. Jedynym mankamentem książek Niciei jest to, że ogromny materiał biograficzny i fotograficzny tam zgromadzony nie pozwala odnaleźć opisywanych grobów na cmentarzu. Tam nie ma podanych lokalizacji grobów. Tak więc jest dla badacza jeszcze duże pole do popisu, by stworzyć przewodnik umożliwiający znalezienie mogiły. Mnie marzyłaby się kilkutomowa seria poświęcona cmentarzowi Łyczakowskiemu, opracowanie podobne temu, które realizuję od pewnego czasu w oparciu o badania krakowskiego cmentarza na Rakowicach – a więc osobne tomy poświęcone profesorom wyższych uczelni, artystom, lekarzom.

Kończąc rozmowę, prosiłbym jeszcze o cytat na zakończenie…

Niech zatem będzie to cytat z 1885 r., ze Śmigusa”:
Nie ma jak nasz Lwów kochany
Czyś jest znany, czy nieznany,
Czyś jest blagier, czyś co warty,
Zawsze dla cię Lwów otwarty!

Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę.


Karolina Grodziska – absolwentka historii UJ, dr nauk humanistycznych, wieloletni pracownik, a od 1995 r. dyrektor Biblioteki PAU i PAN
w Krakowie przy ul. Sławkowskiej 17. Autorka prac o historii krakowskich i londyńskich cmentarzy oraz Księgi cytatów o Krakowie (Wydawnictwo Znak, Kraków 2004) i przygotowanych do druku Księgi cytatów o Lwowie oraz biografii rzeźbiarki Janiny Reichert-Toth.