Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z KS. KRZYSZTOFEM PANASOWCEM rozmawiają Romana Machowska i Andrzej Chlipalski

[3/2002]

AC. Przed niespełna dwoma laty – w lecie 2000 roku – byłem po raz pierwszy w Dolinie, „przyczepiony” do krakowskiej Telewizji, bo z Doliną łączą mnie więzy rodzinne (choć nie własne korzenie). Był to okres wakacyjny, ekipa TV miała nagrać organizowaną tu oazę. To co wtedy zobaczyłem, usłyszałem i poznałem, było dla mnie budujące. Chciałbym bardzo, by nasi Czytelnicy czegoś się o tym dowiedzieli. Korzystamy więc z krótkiego pobytu Księdza w Krakowie. Pierwsze pytanie: od kiedy i skąd przyjeżdżają tam dzieci na oazowy wypoczynek?
KP. Systematyczne, coroczne turnusy oazowe datują się od 1994 roku, ale już rok wcześniej przyjechała tu młodzież na rekolekcje. Tak to się zaczęło. A teraz stanowimy Archidiecezjalne Centrum Ruchu Oazowego. Skąd przyjeżdżają? Z daleka i z bliska. Ze Lwowa, Żółkwi, Rawy Ruskiej, Jaworowa, Janowa. Z Rohatyna i Halicza, ale także z moich trzech parafii...
RM. Ksiądz obsługuje duszpastersko – oprócz Doliny – parafie w pobliskim Bolechowie i niewiele odleglejszym Kałuszu. Ja tu już jestem zorientowana, a nawet więcej – prawie zadomowiona, bo byłam parokrotnie w ramach akcji charytatywnej pomocy krakowskiej „Wspólnoty Polskiej”.
AC. Czy to są dzieci polskie?
KP. W zasadzie tak, bo to przecież dzieci z rodzin rzymskokatolickich, choć narodowościowo mieszanych. Czasem nie tylko ich narodowość jest nieokreślona, także religia, bo przyjeżdżają również dzieci, które dotychczas miały z nią bardzo luźny kontakt. O Bogu wiedzą najwyżej z kazań. Nie wszędzie jest katecheza, bo w miejscowościach bardziej odległych, gdzie jest mało Polaków, nie ma kto nauczać. Księża mają kilka miejscowości do obsłużenia i dojeżdżają od czasu do czasu by tylko odprawić mszę świętą.
AC. Ile dzieci przewija się rocznie przez tutejszy ośrodek? Kto je tu kieruje?
KP. Przez trzy miesiące wakacyjne – bo tu nauka w szkołach kończy się w maju – mamy sześć 14-dniowych turnusów, czasem nawet siedem. Na turnus przybywa 50 dzieci ze swoim księdzem, z siostrami i wolontariuszami – animatorami, i oni prowadzą swoją grupę. Ksiądz Marek Niedźwiecki zaprasza animatorów z Krakowa, Lublina. Ale przyjeżdżają nawet z Ameryki, z Syberii. Ja często w tym czasie jadę gdzie indziej, na inny teren moich parafii, i tam prowadzę zajęcia z tymi dziećmi, które tu przyjechać nie mogą.
AC. Ja akurat spotkałem tu dziewczynę z Moskwy, Rosjankę. Całkiem dobrze mówiła po polsku. Czy może ksiądz opowiedzieć, jaki jest porządek dnia?
KP. Młodzież ma różne obowiązki, oczywiście na zmianę: dyżury, sprzątanie, pomoc w kuchni, robienie kanapek, mycie naczynia. Z innej dziedziny: przygotowanie programu na wieczór, dyżur liturgiczny...
RM. Na czym to polega? Służenie do mszy? Czy dziewczęta też służą?
KP. Nie tylko służenie do mszy, także śpiew i czytanie w czasie nabożeństw, procesja z darami itd. Dziewczęta też służą – kiedy nie ma chłopców.
AC. Czy są wycieczki? Zauważyliśmy, że nie tylko dzieci na obszarach postsowieckich nie znają nawet własnych okolic. Nie zapomnę swojego przeżycia – gdy jechaliśmy autokarem w stronę gór, zapytałem młodego, wykształconego Polaka z jednego z miast niedaleko gór, co to majaczy na horyzoncie: Gorgany czy Czarnohora? On popatrzył na mnie jak na nieuka i wyjaśnił: ależ to Karpaty, proszę pana.
KP. W czasie każdej oazy urządzamy trzy wycieczki całodzienne – w pobliskie górki, nad rzekę. Ich program jest oczywiście określony. Obok zabaw i kąpieli w rzece mamy takie zajęcia, jak szukanie Boga w przyrodzie, czy wyprawę otwartych oczu. Podczas modlitwy porannej ustala się patrona i tajemnicę dnia według różańca. Dla wielu dzieci to zupełna nowość.
RM. Czy wszystkie dzieci reagują na to pozytywnie?
KP. Różnie. Niektóre nowe wzywają rodziców, żeby je zabrać. Ale za parę dni chcą wracać na oazę! W następnym roku znowu się proszą, żeby przyjechać, ale to nie zawsze możliwe, bo musimy zapraszać młodsze roczniki. Oczywiście część przyjeżdża powtórnie, a po paru latach sami stają się animatorami dla następnych „pokoleń”.
AC. Wracam do wycieczek – w prawdziwe góry?
KP. To nie wychodzi. Tutejsza młodzież nie ma tego nawyku, nie miał kto ich tego nauczyć. Nie ma zresztą ścieżek, wytyczonych szlaków, oznakowania.
AC. A przecież te góry były pięknie przygotowane do turystyki letniej i zimowej. Były szlaki, schroniska, schrony. Czytamy o tym w niezliczonych przedwojennych wspomnieniach, przewodnikach, oglądamy w rodzinnych albumach. I jeszcze żyje wielu takich, którzy po tych górach chodzili. Przeminęło z wiatrem...
RM. A jednak sporo młodzieży z tej strony granicy jeździ we wschodnie Karpaty. Spotykamy ich w pociągu, w autobusie, na dworcu autobusowym we Lwowie. Studenci, studentki, objuczeni plecakami większymi niż oni sami... Jeszcze jedno mnie ciekawi: jak to się stało, że Ksiądz trafił właśnie do Doliny?
KP. Pochodzę spod Lubaczowa, a tam, jak wiadomo, rezydował do niedawna jeszcze ks. arcybiskup Marian Jaworski. Po ukończeniu studiów teologicznych w Lublinie ks. Arcybiskup poprosił mnie o wyjazd na rok na tamtą stronę. Zgodziłem się z ochotą, pojechałem do Lwowa. Znajomy ksiądz zawiózł mnie do tej nieznanej Doliny. Dotychczas dojeżdżał tu raz w tygodniu ksiądz ze Stanisławowa – 70 kilometrów.
RM. Jak księdza tam przyjęto?
KP. Ludzie z początku traktowali mnie z pewną rezerwą, bo oczekiwali starszego kapłana, doświadczonego, a pojawił się młodzik. Musiałem najpierw ich rozpoznać i zrozumieć, a większość wtedy to byli starsi ludzie. Nawet to ich raziło, że odprawiam tyłem do ołtarza, a nie jak dawniej – przodem. Ale powoli zostałem zaakceptowany. Z jednego roku zrobiło się już dziesięć. No i teraz w szkołach parafialnych i w kościele mam w Dolinie już ponad 120 dzieci, w Bolechowie to samo, a w Kałuszu trochę poniżej setki.
AC. A kościół w Dolinie? Czy jest ksiądz sam?
KP. Kościół zastałem w opłakanym stanie, bo miejscowa władza zamieniła go na salę sportową i nie dbała o obiekt. Był zawilgocony, zagrzybiony. Wspólnymi siłami doprowadziliśmy do stanu używalności. Potem otworzyłem parafie w Bolechowie i Kałuszu. Na szczęście nie jestem sam: jest ze mną starszy ksiądz, rezydent.
AC. Jakie ma ksiądz stosunki z władzami?
KP. Dobre. Są przychylni, wspomagają nas. Dzięki temu możemy rozbudowywać nasz ośrodek. Będzie nowa kaplica, stołówka, sale lekcyjne. Życie jest tu intensywne. Od półtora roku działa chór parafialny – urządzamy nawet co roku festiwal kolęd z udziałem naszych trzech parafii. Organizujemy bibliotekę i aptekę darów.
AC. To piękne. Trzeba kończyć tę rozmowę, bo ksiądz musi wracać do Doliny. Na zakończenie opowiem jeszcze własne przeżycie z kościoła w Dolinie: kiedy w czasie mszy św. odmawialiśmy Ojcze nasz, Ksiądz wyszedł zza ołtarza i wszyscy wierni wraz z Nim wzięli się za ręce, tworząc jeden wspólny modlitewny krąg. Dla mnie to niezapomniane wzruszenie.
RM. Bardzo Księdzu dziękujemy za tę rozmowę, ale jeszcze bardziej za to, co Ksiądz czyni.