Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z DR MARIĄ TASZYCKĄ, o polskich tkaninach artystycznych na Ziemiach Południowo-Wschodnich rozmawia Ireneusz Kasprzysiak

[4/2002]

Studiowaliśmy razem historię sztuki na UJ i wiem, że później zajęłaś się dawnymi tkaninami. Powiedz więc, Marysiu, jak to było naprawdę z wyrobami orientalnymi na naszych Ziemiach Wschodnich?
Ziemie te w naszej świadomości to taka trochę baśniowa kraina, w której wnętrza zamków i pałaców, szczególnie w XVII i XVIII wieku, zasłane były orientalnymi kobiercami, zawieszone tureckimi i perskimi makatami. Z takim wystrojem wnętrz harmonizowały ubiory ich mieszkańców, szyte z kosztownych wschodnich jedwabi. Jest w takim obrazie część prawdy, ale tylko część. Z pewnością kobierców i innych dekoracyjnych tkanin było na Kresach więcej niż w zachodniej części Małopolski, nie wspominając już o Wielkopolsce czy Mazowszu. Niemniej nie tylko one decydowały o charakterze tamtejszych wnętrz pałacowych, dworskich, mieszczańskich, a także kościelnych. Dużą rolę odgrywały w nich również tkaniny zachodnie, najpierw włoskie, potem francuskie. Zastosowanie tych europejskich tkanin było szerokie: szyto z nich ubiory męskie i kobiece, opony i obicia na ściany, baldachimy i kotary przy łóżkach, kołdry i poduszki na łoża i ławy, a także szaty liturgiczne i paramenty kościelne. Konkurencji zachodniej nie miały jedynie wschodnie kobierce, ale przeważająca ich część wcale nie stanowiła zdobyczy wojennych, lecz przedmiot znakomicie zorganizowanego, regularnego handlu ze Wschodem, który skupiał się głównie w rękach Ormian, choć i inne nacje wschodnie miały w nim swój udział.

Skąd więc ta swoista wizja Kresów i stereotyp dotyczący wschodnich tkanin, który funkcjonuje aż do dziś?
Ten piękny, lecz nie całkiem prawdziwy obraz ukształtował się w wieku XIX. Na jego powstanie złożyły się różne przyczyny. Nie bez znaczenia był fakt, iż stanowił odpowiednie tło dla „snów o potędze”, którymi krzepił się upokorzony i ciemiężony przez zaborców naród. Do utworzenia takiej właśnie wizji Kresów przyczyniła się dziewiętnastowieczna powieść historyczna, opisująca życie tych ziem w dawnych wiekach i polskie zmagania z Turkami i Tatarami. Z wizji tej zrodziła się fascynacja sztuką Orientu. Ulegało jej wielu, uległ także Tadeusz Mańkowski, czego owocem są jego prace o sztuce Islamu w Polsce (prof. Mańkowski wykładał na UJ historię sztuki Bliskiego Wschodu w latach pięćdziesiątych). Ten badacz wielkiej wiedzy i kultury, znawca wielu dziedzin sztuki, w swojej książce poświęconej polskiej tkaninie artystycznej XVI–XVIII w. nie docenił obecności tkanin zachodnich w Polsce i ich wpływu np. na hafty polskie.

Kobierzec z herbami Mniszchów i Potockich, prawdopodobnie Brody, XVIII w.Mówisz więc o tkaninach zachodnich w Polsce, istniejących co najmniej równolegle z wyrobami wschodnimi – kiedy pojawiły się one u nas? Czy handel tymi tkaninami był w jakiś sposób zorganizowany?
Nie ma najmniejszych wątpliwości co do tego, że włoskie jedwabie docierały do Polski i to już od średniowiecza, kiedy to kupcy genueńscy zorganizowali szlaki handlowe łączące Genuę z ich krymską kolonią Kaffą,
a przechodzący również przez Kraków i Lwów. Swoje przejazdy przez Polskę Genueńczycy wykorzystywali dla zdobycia nowego rynku zbytu, zakładając domy handlowe w Krakowie i Lwowie, a w miastach prowincjonalnych otwierając kramy. Taki kram istniał np. w 2. połowie XIV w. nawet... w Kołomyi. Prowadził go Erazm Fattinanti, bratanek osiadłego w Krakowie Godfryda. W następnych stuleciach Lwów był drugim w Polsce, po Krakowie, ośrodkiem handlu tkaninami włoskimi. Handel ten pozostawał głównie w rękach kupców pochodzących z Florencji. Jeden z nich, Urbano Ubaldino della Ripa, założył we Lwowie w 1575 r. duży dom handlowy, który następnie długo jeszcze pozostawał w rękach jego potomków. Z wieku XVII znamy kilka nazwisk osiadłych we Lwowie kupców włoskich wyspecjalizowanych w handlu tkaninami jedwabnymi. Byli to Roberto Bandinelli, Jacopo Buonafede, Alessandro Ubaldini, Filippo Ducci. Nie wiemy, jak przedstawiały się ich bezpośrednie kontakty z ośrodkami tkackimi we Włoszech, wiadomo natomiast, że utrzymywali ścisłe kontakty handlowe z właścicielami dużych krakowskich domów handlowych: Giuliem Attavantim i Lorenzem Tuccim.

Gdzie jeszcze ci kupcy ze Lwowa mogli się zaopatrzyć we włoskie tkaniny?
Na przykład na słynnych jarmarkach w niezbyt przecież od Lwowa odległym Jarosławiu. Rozpoczynały się one w święto Wniebowzięcia, tj. 15 sierpnia, i trwały dwa tygodnie. Kupcy włoscy z Krakowa corocznie wysyłali do Jarosławia duże transporty taft, atłasów, adamaszków, aksamitów i innych.

Jak długo to trwało? Co działo się w następnym stuleciu? Jak przedstawiała się rodzima produkcja jedwabi?
W XVIII w. włoskie jedwabie ustąpiły miejsca francuskim, gdyż w tym czasie Francja była pierwszą europejską potęgą w tym zakresie. W Polsce tkanin jedwabnych nie wyrabiano. Klimat nie sprzyjał uprawie drzew morwowych i hodowli jedwabników. Handel wszak dostarczał wielką rozmaitość tkanin zarówno wschodnich, jak i zachodnich, mogących zaspokoić wszelkie gusty i potrzeby.

Makata buczacka (fragment), XIX/XX w.To znaczy, że w ogóle niczego nie produkowano i nie ściągano do Polski zagranicznych tkaczy?
Mańkowski pisze o sprowadzeniu do Brodów przez hetmana Stanisława Koniecpolskiego w 1641 r. dwóch Greków, Manuela Korfińskiego (z Korfu) i Konstantego, który przyjął nazwisko Stamowski. Mieli oni na życzenie swego protektora zająć się tkaniem złotogłowi. Jednak ta inicjatywa Koniecpolskiego była magnackim kaprysem, bez znaczenia dla historii tkaniny artystycznej w Polsce. Po 1644 r. w Brodach pozostać miał sam Stamowski, bo Korfiński przeniósł się do Lwowa, gdzie – wciąż pod tym samym patronatem – prowadził pracownię złotogłowniczą. Był jednak kupcem, a nie tkaczem, musiał więc do wyrobu tkanin o bardzo skomplikowanej struturze splotowej zatrudniać doświadczonych tkaczy. Było to w naszych warunkach mało opłacalne i po pracowni tej rychło wszelki słuch zaginął. A wracając do Brodów, choć nie produkowano tam jedwabi, miasto to ma swój wkład w dzieje tkaniny polskiej. Według wszelkiego prawdopodobieństwa istniała tam pracownia kobiernicza sprowadzonych przez Koniecpolskiego Turków.

A słynne polskie pasy kontuszowe? Gdzie je wyrabiano – i czy słusznie kojarzy się je ze Słuckiem?
Produkcja persjarska (czyli wyrób pasów kontuszowych, potocznie zwanych słuckimi), która tak pięknie rozwinęła się w Polsce w 2. połowie XVII w. i stanowi chlubę naszego rzemiosła artystycznego, pozostawiła na ziemiach południowo-wschodnich Rzeczypospolitej jedynie nikły ślad. Wiemy, że w połowie XVIII w. przez lat kilkanaście mieszkał w Stanisławowie tkacz ormiański Dominik Misiorowicz, który później przeniósł się do Brodów. Wydaje się, że tkaczy ormiańskich żyło w tym czasie w Stanisławowie więcej. Byli to wszystko uchodźcy z Turcji, gdzie, szczególnie w Stambule, kolonia ormiańska była liczna i gdzie Ormianie specjalizowali się w wyrobie pasów przeznaczonych na wywóz do Polski. Ze Stanisławowa też sprowadził Radziwiłł do Słucka Jana Madżarskiego, znanego później kierownika słynnej tamtejszej manufaktury persjarskiej. Znamy także wyroby pracowni istniejącej przy końcu XVIII w. w Kutkorzu, majątku rodziny Łączyńskich.

Ale przecież na produkcji persjarskiej nie kończy się wizerunek prac tkackich podejmowanych na ziemiach południowo-wschodnich.
Oczywiście, była również sztuka kilimkarska, którą z pewnością tam uprawiano już w XVII wieku, a pełny jej rozkwit nastąpił w XVIII w. Wschodnia technika tkania kilimów przejęta przez naszych rodzimych tkaczy i dostosowana do wymagań gustu polskiego, dawała tkaniny dekoracyjne o specyficznym wyrazie. Mam tu szczególnie na myśli kilimy tzw. dworskie, wyrabiane w pracowniach przydworskich, na użytek własny właścicieli majątków. Kwitła ta sztuka przy podolskich dworach, sięgając daleko za Zbrucz, na ziemie, które po pierwszym rozbiorze przypadły Rosji i które określane były potem jako Podole rosyjskie. Tkactwo kilimów mogło na tych terenach rozwijać się bez przeszkód, bo surowca – wełny oraz lnu i konopi – na osnowy nie brakowało, a krosna, na których je wyrabiano były proste, prosta była także sama technika.

Mówisz przede wszystkim o kilimach „dworskich” – czym się charakteryzowały i jak wyglądał taki typowy wyrób?
Kilimy dworskie zdobiono ornamentem kwiatowym pokrewnym haftom polskim. Do stałego repertuaru należały motywy gałązek kwiatowych, bukietów, koszy lub wazonów z kwiatami. Powtarza się w nich stały zestaw zasadniczych barw: różowej i błękitnej z zieloną, najczęściej na tle brunatnym lub kremowym – w naturalnych kolorach runa owczego, na złocistożółtym, czasem błękitnym.
Kilimy tkano nie tylko przy szlacheckich dworach, ale także na wsiach i w małych miasteczkach. Te ludowe wyroby prezentowały wzory geometryczne lub zgeometryzowany ornament roślinny, nierzadko o mocnej kolorystyce. Tkano je po trochu wszędzie na rozległych terenach Kresów, ale wydaje się, że ludowe kilimkarstwo rozwinęło się szczególnie w okolicach Zbaraża, Załoziec, Toków, Kosowa. Cała ta bardzo interesująca dziedzina naszego rzemiosła artystycznego pozostaje do dziś prawie zupełnie nieopracowana. Poza starą, wydaną w okresie międzywojennym pracą S. Szumana nie ma publikacji jej poświęconych.
Kilim, Podole, XIX w.
Produkcja kilimów, jak się domyślam, trwała na Kresach bardzo długo. Można ją obserwować do jakiego czasu?
W 2. połowie XIX stulecia nastąpił widocznie spadek produkcji kilimkarskiej, gdyż rodziły się w tym czasie inicjatywy mające na celu jej ożywienie. Odnotujmy dwie z nich. Pierwsza to utworzenie przez Władysława Fedorowicza szkoły tkackiej w należącej do niego wsi Okno w powiecie skałackim. Jej działalność wzbudziła zainteresowanie wiedeńskich historyków sztuki. Druga inicjatywa to zorganizowanie pod koniec XIX w. Stowarzyszenia Tkaczy w Glinianach w powiecie przemyślańskim. Kilimy wykonane przez zrzeszonych tkaczy pokazywane były nawet za granicą, jak np. na wystawie paryskiej w 1900 roku.

A w czasach nam bliższych?
W okresie międzywojennym w miejsce Stowarzyszenia powstała w Glinianach Państwowa Szkoła Tkacka nastawiona na nauczanie kilimkarstwa. Tkania kiilimów mogła się młodzież nauczyć w Szkole Przemysłowej we Lwowie. Do II wojny światowej istniały na Ziemiach Wschodnich liczne pracownie, w których wyrabiano tradycyjne kilimy typu dworskiego, na wsiach zaś kontynuowano wyrób kilimów ludowych.

Które spośród wyrobów powstałych na tzw. Kresach uważasz za szczególnie wartościowe pod względem artystycznym i kulturowym?
Zasada chronologii sprawia, że teraz mogę powiedzieć kilka słów o jedynym w swoim rodzaju zjawisku artystycznym, będącym ostatnim odblaskiem staropolskiej kultury – o makatach buczackich. W latach siedemdziesiątych XIX wieku jeden z trzech braci Potockich, do których należał wówczas Buczacz, Oskar, założył wytwórnię makat. Przeznaczył na nią zabudowania znajdujące się na wyspie zwanej Papiernią, położonej na rzece Strypie we wsi Podzameczek. Sprowadził z Lyonu surowiec: przędzę jedwabną i nici metalowe oraz niewątpliwie doświadczonego tkacza lub tkaczy – w celu przygotowania miejscowych ludzi do pracy w wytwórni. Rrzemieślnicy trudniący się tkaniem ozdób na ludowe koszule wiele musieli się nauczyć, nim stanęli przy krosnach używanych do wyrobu tkanin jedwabnych i nim zmierzyli się z nieznanymi im technikami tkackimi. W początkowym okresie działalności wytwórni tkano w niej makaty wełniane. Pierwsza znana nam jedwabna makata pochodzi z 1878 r.

Sygnatura jednej z makat z wytwórni buczackiej (na krajce): herb Potockich i inicjały A.P. (Artur Potocki), numer kolejny wyrobu, wymiary makaty oraz zapewne nazwisko tkacza (Krzyk)Buczackie makaty jedwabne były zupełną nowością. Czy musiały się mocno przebijać do swoich nabywców?
Wręcz przeciwnie, stosunkowo szybko zdobyły popularność, do czego niewątpliwie przyczyniła się ich prezentacja na Powszechnej Wystawie Krajowej we Lwowie w 1894 r. W latach późniejszych wielokrotnie pokazywane były na wystawach promujących polski przemysł artystyczny. Wytwórnia na Strypie nie była duża. Pod koniec XIX w. pracowało w niej dziesięciu tkaczy, wszyscy z rodziny Nagórzańskich. We wspomnieniach dawnych mieszkańców Buczacza z „makaciarnią” łączy się także nawisko Krzyżanowskich. Na początku XX w. przez pewien czas Nagórzańscy byli nawet wspólnikami ówczesnego właściciela wytwórni, Artura Potockiego. Przez przeszło 60 lat jej istnienia wyprodukowano grubo ponad 4000 makat.
To chyba dużo, zważywszy na sposób produkcji i małą liczbę zatrudnionych w „makaciarni”.
A oprócz makat tkano tam jeszcze dekoracyjne wierzchy na poduszki, a w początkowym okresie pasy do kontuszy, poszukiwane w związku z renesansem polskiego stroju narodowego. Skład główny wyrobów buczackich przed I wojną światową mieścił się w Bazarze Krajowym przy ul. Akademickiej we Lwowie. W okresie międzywojennym można je było zakupić w pawilonie Targów Wschodnich.

Czy zechciałabyś, Marysiu, opisać naszym Czytelnikom charakterystyczną makatę buczacką? Czy były one bardzo podobne do siebie, czy też może prezentowały odrębne wzory i motywy?
Wzornictwo było różnorodne. W sposób ogólny wzory występujące w tych makatach podzielić można na trzy grupy: 1. lekkie makaty jedwabne z ornamentem geometrycznym o charakterze wschodnim, 2. makaty lite nicią metalową wykorzystujące w dekoracji zwielokrotniony motyw pasa kontuszowego, 3. również lite makaty z motywem krzaczków lub gałązek kwiatowych, w układzie szachownicowym lub ujętych w podziały sieciowe. Makaty wychodzące z tej wytwórni miały naszyty na odwrocie znak fabryczny tkany na taśmie. Stałym jego elementem była tarcza z herbem Potockich Pilawa, umieszczona w owalnym otoku, z napisem BUCZACZ u góry. Pozwalało to odróżnić oryginalny wyrób od naśladownictw, których nie brakowało. Już na początku XX wieku przedsiębiorcy żydowscy podrabiali makaty w Kołomyi, a w Andrychowie specjalizowała się w tym fabryka niejakiego Grynszpana. Wytwórnia buczacka czynna była do 1939 r. Kres jej istnienia położyło wkroczenie wojsk sowieckich. Wkrótce potem wyposażenie „makaciarni” zostało wywiezione w kierunku wschodnim.
W całych naszych dziejach zawsze jacyś oszuści, ukryci czy jawni wrogowie starali się zniszczyć to, co polskie, wartościowe, co dokonane wysiłkiem Polaków...
Chciałabym, na koniec, wspomnieć osobę, która badaniom nad makatami buczackimi – nie ukończonymi niestety – poświęciła kilka ostatnich lat swojego życia. Osobą tą była pani Wanda Grodzicka, wieloletni kustosz Zbiorów Sztuki na Wawelu. Po przejściu na emeryturę, w latach siedemdziesiątych, podjęła pracę nad monografią tych makat. Zgromadziła ogromną dokumentację fotograficzną makat znajdujących się w polskich zbiorach muzealnych oraz w posiadaniu osób prywatnych. Wyszukiwała byłych mieszkańców Buczacza i wertowała stosy prasy z okresu istnienia wytwórni, aby zdobyć wiadomości o jej historii i działalności. Śmierć przerwała tę pracę, bardzo już zaawansowaną, ale zgromadzone materiały gdzieś zaginęły. Strata to niepowetowana i dziś już nie do odrobienia.

Pięknie Ci dziękuję za tę rozmowę.

MARIA TASZYCKA, ur. 1934 we Lwowie, tamże w latach 1941–44 uczyła się w szkole powsz. przy ul. św. Zofii. Od 1945 w Krakowie. Historyk sztuki, studia 1951–55 na UJ, doktorat 1968. Autorka 4 książek oraz licznych artykułów w czasopismach specjalistycznych krajowych i zagranicznych. Emer. starszy kustosz Muzeum Narodowego w Krakowie. W CL od samego początku opracowuje hasła Słownika geograficzno-historycznego.


Zgodnie z sugestią redakcji w rozmowie pominięto temat całkiem odrębny – bogatą produkcję artystyczną w zakresie tkactwa ludowego, tworzonego przez karpackich górali, przede wszystkim Hucułów, których sztuka plasuje się na skrzyżowaniu kultur rumuńskiej, ruskiej i polskiej (jako analogia – patrz artykuł J. Kamockiego o garncarstwie, CL 1/02). Nie poruszano również osobnego tematu – hafciarstwa, a w pojęciu tym mieści się obfite na tamtych ziemiach wytwarzanie namiotów, ubiorów itd. Zagadnienia te wymagają całkiem osobnego omówienia.