Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z Adamem Macedońskim rozmawia Janusz M. Paluch

[2/2007]

Proszę opowiedzieć o swoim dzieciństwie, które spędził pan we Lwowie…
Pierwsze wspomnienia łączą się z ul. Zamarstynowską. Tam była dzielnica żydowska, gdzie ojciec wynajmował duże mieszkanie za niewielkie pieniądze. Obok były olbrzymie lodziarnie, które na wystawach miały koła drewniane pomalowane jaskrawymi kolorami w pasy i one cały czas się kręciły, bo sprzężone były z urządzeniami do produkcji lodów. A lody były pyszne, nigdy w życiu nie jadłem smaczniejszych! Niedaleko produkowany był moszcz z jabłek i śliwek… A wokół kręcili się Żydzi w chałatach… Wcześniej, jak mi siostra przypomina, mieszkaliśmy przy ul. Dominikańskiej 6, gdzie się urodziłem. Ochrzczony zostałem u Dominikanów, a więc chyba
w dobrym miejscu… Z Zamarstynowa przeprowadziliśmy się na ul. Franciszkańską 12, gdzie mieszkaliśmy na parterze w dwupokojowym mieszkaniu, z zasobną spiżarnią… Mama kisiła wspaniałą kapustę. Każdego roku jesienią ze Złoczowa, skąd pochodził mój ojciec, przywozili kapustę, marchew, orzechy i ziemniaki. U Macedońskich w Złoczowie sad był jak las! Stamtąd, z ul. Franciszkańskiej, chodziliśmy na spacery na Wysoki Zamek. Potem przeprowadziliśmy się na ul. Dobrzańskiego na Górny Łyczaków. Numer był od Łyczakowskiej 229, a wejście było od Dobrzańskiego 1. Tam też przeżyłem wejście sowietów do Lwowa. Potem była nauka niby w tej samej, ale jakże innej szkole. Głównym językiem był ukraiński. Przed wojną w polskiej szkole też uczyliśmy się języka ukraińskiego, ale jako drugiego. Tam przeżyłem też zdarzenie, typowe dla szkoły sowieckiej. To był grudniowy dzień św. Mikołaja. Nasza wychowawczyni, Ukrainka Tuszyńska, zapytała nas: – Kochane dzieci, jaki dzisiaj mamy dzień? Wszyscy chórem odpowiedzieli: – Świętego Mikołaja! – A kto to jest? – zapytała. Przynosi prezenty! A przyniósł wam coś? No nie, bo to dopiero w nocy! No to pomódlcie się do świętego Mikołaja, to może wam coś przyniesie… I kazała nam mówić jakiś tekst. Myśleliśmy, że to taki żart, że zaraz wejdzie ktoś przebrany za świętego Mikołaja i od szkoły da nam jakieś prezenty… Pomodliliśmy się, a ona pyta: No i co? I nic, cisza… Przyniósł wam coś? Nie! To teraz pomódlcie się do ojca Józefa Stalina… No to my mówiliśmy: Batko Stalin, przynieś nam podarunki… Po chwili wszedł przystojny żołnierz, chyba z NKWD, elegancko ubrany, ogolony, pachnący perfumami. Za nim wniesione zostały kosze pełne cukierków i czekolad firm Hazeta i Piaseckiego… Czyli nasze, polskie. Między sobą mówiliśmy, że pokradli… Moim kościołem był kościół Matki Boskiej Ostrobramskiej, ten najnowocześniejszy wówczas we Lwowie. Przez pierwszy okres okupacji sowieckiej było tam takie dyskretne duszpasterstwo dzieci. Chodziłem tam razem ze Zbyszkiem Szeremetą… To jedyna postać, jaka z tamtych czasów utkwiła mi w pamięci. Młodzi księża uczyli nas patriotycznych i religijnych piosenek. Tak więc walka o zagrożoną polskość zaczęła się u zarania II wojny światowej. Chodziłem tam aż do Wielkanocy 1940 r., czyli do momentu opuszczenia przez nas Lwowa. Baliśmy się sami wychodzić z domów. Rosyjskie dzieci były inne niż my, pewne siebie, bezczelne, wręcz przerażały nas! Maluchy pięcioletnie puszczały takie wiązanki przekleństw, że najgorsze batiary lwowskie nie były im w stanie dorównać! Świat Rosjan był koszmarny! Opowiadano przerażające historie o okrutnych mordach na księżach, aż włos na głowie się jeżył. Dzieci sowieckie, przeklinając, odbierały nam sanki czy narty. Panował wśród nas strach, który nas paraliżował, i czuliśmy się bezsilni. Zresztą nie tylko my się baliśmy. Pamiętam, że mężczyźni brudzili sobie ręce i robili wszystko, żeby zdobyć odgnioty. Kuzyn mojej mamy z Kołomyi, który był w Polsce policjantem, za darmo najmował się do pracy przy zrzucaniu węgla, żeby tylko na rękach zrobiły mu się odgnioty! Wreszcie nie golili się, żeby wyglądać jak najbrudniej, bo to ratowało życie. Rosjanie, jak zatrzymywali kogoś na ulicy i nie potrafił się wykupić wódką, a miał delikatne ręce, to od razu do niego strzelali. Wszyscy ładnie i czysto ubrani, do tego z zadbanymi rękami byli od razu podejrzanymi – panowie polscy!

Nie zdążył Pan nachłonąć się Lwowa i Kresów, aczkolwiek na każdym kroku przyznaje się Pan do swego rodzinnego miasta nad Pełtwią. O tym, że był Pan we Lwowie, opowiadał również Czytelnikom naszego pisma artysta malarz Stefan Berdak. Jakie były pańskie powroty do Lwowa?

Do 1992 r. Lwów tylko mi się śnił. Systematycznie co parę tygodni przemierzałem ulice Franciszkańską i Łyczakowską. Tęskniłem do Lwowa. Tu w Krakowie nauczyłem się bić, bo miałem wyraźny akcent i mówili do mnie „ty, Ukrainiec!”. Ja mam krew ruską, bo moja babka była Rusinką. Ale Ukraińcy są dla mnie czymś innym niż Rusini… Jeszcze w Liceum Plastycznym, kiedy popadłem w konflikt z dyrekcją szkoły, moje lwowskie pochodzenie uratowało mnie przed wyrzuceniem. Wybronili mnie nauczyciele z Kresów, którzy tłumaczyli, że pochodzę ze Lwowa, że wciąż tęsknię i czekam na powrót do swego miasta… Cały czas Kresowiacy trzymali się razem, zresztą do tej pory wyraźnie dostrzec można różnice w kulturze Polaków miejscowych i tych pochodzących z Kresów. A do Lwowa pojechałem w 1992 r. z wystawą katyńską. I to była euforia! Lwów nadal jest piękny, tyle tylko, że to jest piękno poszargane. Wygląda tak jak piękna kobieta, tyle że pobita, pokrwawiona. Patrzyłem na jego architekturę i coś mi przeszkadzało. Po chwili dopiero zorientowałem się, że liternictwo – cyrylica – kompletnie nie pasuje do zachodnioeuropejskiej architektury! Mój Lwów miał czyste ulice, pachniał na wiosnę bzem, wypełniony był zielenią, pachniał świeżością… Kiedy poszedłem na ul. Franciszkańską, to zdębiałem… Kiedyś były tam szerokie chodniki oddzielone od ulicy trawnikami z ozdobnymi krzewami. Teraz są szerokie jezdnie, ale nie ma zieleni. Na rogu Franciszkańskiej i Łyczakowskiej była piękna studnia artezyjska, z której lała się woda. Dzisiaj tylko na jezdni pozostał po niej ślad. Mimo to żyłem przez tych parę dni we Lwowie w euforii. Wszedłem do tej kamienicy, gdzie mieszkaliśmy, dawniej tam było tak czyściutko na schodach. Dozorca mył codziennie schody. W tej chwili jest to ohydna, brudna kamienica. W naszym mieszkaniu, które miało dwa pokoje z kuchnią i służbówką, mieszczą się teraz trzy oddzielne mieszkania! Trzy rodziny w mieszkaniu, na które przed wojną stać było biednego policjanta! Mój ojciec był tylko starszym posterunkowym, ale pensja starczała na utrzymanie mieszkania i przyzwoite życie w mieście. Człowieka na starość ciągnie do miejsc dzieciństwa. Chciałbym jeszcze tam pojechać, odwiedzić dom dziadków w Złoczowie, podziękować kobiecie – Ukraince, która opiekuje się grobami mojej rodziny…

Podczas przygotowań do rozmowy z Panem olbrzymie wrażenie wywarła na mnie świadomość, że właściwie od 1945 roku pracował Pan w organizacjach podziemnych, prowadzących walkę na rzecz wolności i patriotycznego myślenia przez Polaków. Wpadłem wręcz w panikę, że przecież Pan ma tyle do opowiedzenia, a miejsce jest ograniczone…
W moim wieku każdy ma chyba wiele do opowiedzenia…

Nie sądzę.
Z mojej teczki w Instytucie Pamięci Narodowej najwięcej materiałów dostałem z okresu, kiedy założyłem w Muzeum Etnograficznym na palcu Wolnica Studio Folksongu… To było całe dziesięciolecie pracy, począwszy od 1969 r., i od razu wzbudziło u wiadomych służb zainteresowanie i niepokój: co ten Macedoński przez śpiewanie piosenek ludowych i pieśni narodowych chce uzyskać?! Analizy szły do Warszawy. Zatrudniony był cały sztab ludzi, by rozszyfrować zagrożenie wynikające z tego, że się młodzież spotyka. To był gorący okres, bo ledwie rok minął od marcowych rozruchów studenckich i najazdu na Czechosłowację. Założono mi wtedy podsłuch, do czego musiało być zatrudnionych kilka samochodów i sztab ludzi. Pilnowali mnie jak szedłem do matki, obserwacja niemal na okrągło, z kim się Macedoński spotyka etc. Teraz, gdy czytaliśmy z żoną i kolegami te ubeckie opracowania, to pękaliśmy ze śmiechu. Ale kiedy miałem świadomość, że mam na karku służby bezpieczeństwa, do śmiechu mi nie było. A raporty były bardzo szczegółowe… „Wszedł do sklepu spożywczego PSS Społem o godz. takiej i takiej, wyszedł o godzinie” – i znowu, co do minuty podany czas – „z paczką długości 40 cm pod pachą, owiniętą w papier, wsiadł do tramwaju, tam spotkał dziewczynę”, tu pada zupełnie mi dziś już nieznane nazwisko i dokładne informacje, czym się zajmowała ona i jej rodzice. Kiedy ona wysiadła z tramwaju, to ktoś drugi szedł za nią… To mnie przeraża i zadziwia, że w tamtych czasach wszystko było podejrzane i nawet śpiewanie ludowych pieśni stanowiło potencjalną groźbę dla jedności obozu państw socjalistycznych i bytu ludowej państwowości polskiej.
Wanda i Adam Macedońscy z rodzicami, Lwów 1932
Dla Pana doświadczenia ze służbami bezpieczeństwa zaczęły się jednak znacznie wcześniej. W 1945 roku mieszkał pan już w Krakowie i był uczniem liceum im. Witkowskiego, gdzie był pan czynnym uczestnikiem…
Narodowego Ruchu Oporu (NRO). Zwerbował mnie do tej organizacji starszy ode mnie chłopak, który podrywał moją siostrę. Podlegaliśmy tzw. nowemu AK, czyli Ruchowi Oporu Armii Krajowej. To był okres idealizacji partyzantki i dla takiego chłopaka jak ja – miałem wtedy 15 lat – to był zaszczyt, że mogę należeć do podziemia.
W czasie przysięgi dostałem pseudonim „Mściwój”, który sam sobie wymyśliłem po przeczytaniu „Krzyżaków” Henryka Sienkiewicza, i zastrzegłem, żebym nie musiał zabijać. Prośba została uwzględniona i skierowano mnie do wywiadu. Pierwszym moim zadaniem było opracowanie przejść od ulicy Krakowskiej do Starowiślnej, oczywiście podwórkami, piwnicami lub strychami.
W 1946 r. była wpadka. Zamknęli wszystkich starszych kolegów, a ja i Leszek Włodek z Dębnik uciekliśmy bezpiece. Wieczorem do naszego mieszkania przyszła matka mojego dowódcy, Jurka Gregorskiego ps. „Wilk”, która poinformowała, że „Wilka” zamknęło UB do aresztu, i powiedziała, że dla swojego bezpieczeństwa powinienem uciec. Tak też zrobiłem. Pojechałem na tzw. „ziemie odzyskane”, gdzie mieszkał brat mojej matki z rodziną. Na wsi pomagałem przy żniwach i wydawało mi się, że jestem już bezpieczny. W październiku przyjechał po mnie ojciec, bo nikt mnie nie poszukiwał. Trzeba było też wrócić do szkoły. Do Krakowa przyjechaliśmy późną nocą. Ledwie zdążyliśmy przed godziną policyjną, a „szpera” zaczynała się o 23.00. Położyliśmy się spać. Rano budzi mnie jakichś dwóch, nieco starszych ode mnie typów. W płaszczach, kołnierze podniesione, kapelusze… Już wiedziałem, o co chodzi. Ktoś doniósł, że wróciłem, albo dom przez cały ten czas był obserwowany! Zacząłem się ubierać, a moi rodzice, którzy w czasie wojny byli w podziemiu – ojciec miał pseudonim „Węch” i był w oddziale AK w rejonie Bielska Białej, zaczęli ich zagadywać. Ojciec częstował ich papierosami, matka pytała, czy mogę się umyć i ubrać, zjeść śniadanie. Też zaproponowała im kawę i chyba ta kawa ich skusiła… Ja poszedłem do kuchni, w której były drzwi na ganek. Byłem tylko w swetrze i spodniach. Matka wcisnęła mi zwitek banknotów do kieszeni i kazała uciekać do wujka Barana, który był krawcem i mieszkał na Kazimierzu. Siostra wieczorem przyniosła mi tam kurtkę i jakieś dokumenty. I wyjechałem na wieś, skąd dopiero co przyjechałem! Tam mieszkali ludzie z rejonu Tarnopola
i Zbaraża – niedorżnięci przez Ukraińców Polacy i Ukraińcy, którzy woleli być Polakami. Z Krakowa któryś z moich kolegów przywiózł mi harmonię i na tej wiosce założyłem kapelę. Graliśmy po weselach i chrzcinach, nasłuchałem się piosenek, widziałem niesamowite bijatyki. Chłopcy z Kresów byli bardzo impulsywni, dużo pili. Miejscowi, którzy nie zostali wywiezieni jako Niemcy, byli powolnymi, spokojnymi blondynami. Chodzili ubrani w obcisłe marynarki. A ci ze wschodu byli czarni, przystojni i zawsze w płaszczach, nawet w lecie.... Tak samo dziewczyny. I te bijatyki były oczywiście o dziewczyny. Miejscowi zaczęli podrywać Kresowiakom dziewczyny… Pewnego dnia, zimą, podczas takiej bijatyki na weselu rozerwali mi harmonię. A następnego dnia pod dom, gdzie mieszkałem, podjeżdża czarny samochód, z którego wysiada wojskowy i cywil. Przerażone kuzynki zaczęły namawiać mnie, żebym uciekał, bo przecież idą mnie aresztować. Ale w zimie, w śniegu, nie miałem szans. Wchodzi facet i mówi: – Macedoński, ja wiem, że ty się tu ukrywasz, nic ci nie grozi, tylko musisz zagrać na weselu mojej córki. – Czyli oni wszystko wiedzieli! Na wsi bardzo trudno ukryć się przybyszowi z zewnątrz. Ale oni wszyscy byli z tych samych stron i wiedzieli, że jadą na tym samym wózku, a kto wie, może on też był w podziemiu?! Jego żołnierze skleili mi instrument. Najciekawsze było to, że ksiądz proboszcz, który przyjechał z mieszkańcami wsi Berezowicy koło Tarnopola, kierował podziemną organizacją. Od razu domyślił się, dlaczego ja mieszkam u rodziny, i zaangażował mnie do plakatowania wsi Grobniki. To chyba była powtórka tego głosowania „trzy razy tak”… Oczywiście my plakatowaliśmy „trzy razy nie”. W końcu na wiosnę, w marcu, jak ogłoszono amnestię, przyjechał po mnie ojciec i zabrał do Krakowa. „Wilk” był już na wolności, mogliśmy więc uzgodnić, co można powiedzieć, aby skorzystać z amnestii.
Wanda i Adam Macedońscy z ojcem, Lwów lata 30.
A potem był pamiętny krakowski 3 Maja 1946 r.
Tak. Rano, żeby zdążyć do szkoły, zawsze wskakiwałem do tramwaju, do „jedynki” – jechała Grodzką pod kościół Mariacki, potem pod bramą Floriańską do dworca PKP. 3 maja ubrałem się elegancko, bo zapowiedzieli nam w szkole, że będzie apel. Dyrektor i nauczyciele to byli patrioci, którzy cudem uratowali życie w Oświęcimiu lub przeszli przez rzeź ukraińską na Wołyniu. Ja do drugiej klasy gimnazjalnej wtedy chodziłem. Biegnąc przez Rynek zauważyłem dużo starszej młodzieży w czapkach Bratniaka. Pod pałacem Potockich, gdzie była komendantura wojsk radzieckich, jakiś żołnierz zamiatał chodnik. Nie działo się więc nic szczególnego. W szkole prof. Florkiewicz – od wychowania fizycznego – kazał mi prowadzić apel. Domyślał się pewnie, że jestem w podziemiu. Jakoś ten początek apelu mi nie wyszedł, nie miałem przecież żadnego doświadczenia. Szczęśliwie prowadzenie apelu przejął Jerzy Ciesielski, ten sam, którego proces beatyfikacyjny trwa. On był bardzo wysoki, energiczny, wysportowany i kończył już liceum. Odśpiewaliśmy hymn narodowy i pieśń „Witaj, majowa jutrzenko”. Dyrektor rozwiązał apel i kazał iść do domów. Kiedy szedłem do Rynku, przy kościele św. Anny zauważyłem, że żołnierze z automatami przegradzają przejście, nie przepuszczają ludzi do Rynku ani z Rynku. Dlatego wszyscy kierowali się plantami pod Collegium Novum, gdzie było dużo ludzi i konne patrole wojskowe KBW. Poszliśmy ulicą Piłsudskiego, skandując „Polska tylko dla Polaków”. Na Błoniach, przy kamieniu upamiętniającym rewię ułańską z 1936 r., złożyliśmy naszą AK-owską przysięgę. Wróciłem na Rynek, bo ciekawiło mnie, co się tam dzieje. Tam wskoczyłem do tramwaju nr 1, który zatrzymał się przy Franciszkańskiej. Okazało się, że Franciszkańską toczyła się olbrzymia manifestacja, w której skandowano nazwy utraconych polskich miast „Wilno – Lwów! Wilno – Lwów!”. Jak ja to usłyszałem, a przecież parę lat temu wyjechałem ze Lwowa, dołączyłem do manifestujących. Przepychałem się do przodu. Pod pocztą pochód się zatrzymał na chwilę i wszyscy skandowali: „Poczta z nami! Straż pożarna z nami!” Potem poszliśmy pod siedzibę PSL-u w okolicach dworca PKP. Tam wszyscy wołali „Mikołajczyk! Mikołajczyk!”, a także „Ruscy do domu!” itp. Pochód szedł dalej i nagle doszło do niesamowitego wydarzenia. Tłum kogoś niósł na ramionach, to był żołnierz amerykański, wokół okrzyki: „Ameryka! Ameryka!” Okazało się, że w Krakowie przebywała wtedy delegacja żołnierzy amerykańskich. Być może tylko dlatego nie spacyfikowali tego pochodu, prawdziwej erupcji polskiego patriotyzmu. Ale jednak na wysokości ulicy Karmelickiej doszło do dramatycznego incydentu. W czoło pochodu z pełnym impetem wjechał samochód ze strzelającymi z karabinu maszynowego w powietrze żołnierzami rosyjskimi. Zaczęliśmy uciekać w kierunku placu Szczepańskiego. Tam miała miejsce dziwna scena: do wysokiego studenta, który niósł narodową flagę, podbiegł krępy, młody robotnik, wyrwał mu flagę i zaczął uciekać. Okazało się, że był to socjalista, który uciekł do siedziby PPS-u na pl. Szczepańskim. Nie wiem jednak, dlaczego porwał ten sztandar!?
W tym czasie od ul. Floriańskiej pojawiła się duża grupa żołnierzy polskich – inwalidów wojennych, obwieszonych medalami, którzy pewnie dopiero teraz dotarli na pochód… Kiedy dojechałem na Kazimierz, w domu trwały przygotowania do obiadu. Nikt tam nie wiedział o tym, co się działo w Krakowie. Na drugi dzień w szkole pojawiły się ulotki informujące, że wielu naszych starszych kolegów zostało aresztowanych. Ulotki wzywały do strajku. I rzeczywiście, solidaryzując się z zatrzymanymi, nikt nie wszedł do klas, poszliśmy do domu. Kiedy ten protest się skończył, wszyscy od początku musieli zapisywać się do szkoły. Wszyscy zostali ponownie przyjęci.

Dość ostro wchodził Pan w nową rzeczywistość Polski powojennej…

Tak, ale proszę nie zapominać, że ja i moja rodzina mieliśmy już wojenne doświadczenia. W 1940 r. uciekaliśmy ze Lwowa. Mój ojciec był we Lwowie policjantem. W 1939 r. brał udział w obronie Lwowa przed Niemcami. A potem do naszego miasta weszli Rosjanie. To było okropne. Najpierw było czuć okropny smród, a potem wchodzili w tych szpiczastych czapkach, pijani, podpierający się wielkimi karabinami, płaszcze do samej ziemi, postrzępione, wielu zamiast butów miało jakieś łapcie. Dopiero po nich wjechali inni, z wyglądu normalniejsi ludzie, to byli oficerowie NKWD. Oni przyjechali z żonami, które wyglądały jak lwowskie prostytutki, wymalowane, w czerwonych beretach… Ojciec się ukrywał. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r. i wiedział, że będą aresztowania, wywózki, rozstrzelania. Kazał nam się szykować do ucieczki. Kiedyś opowiadał, jak na Zielonej Rogatce we wrześniu 1939 r. Rosjanie rozstrzelali policjantów, którym po wkroczeniu nakazali się tam zebrać. Mieli im wymieniać dokumenty, przyjmować ich do pracy… Ojciec czuł, że kryje się za tym jakiś podstęp. Poszedł na miejsce tego spotkania wcześniej i zauważył, ze ulica była ślepa, a w sąsiednich uliczkach zgromadziło się wojsko rosyjskie. Kogo mógł, ostrzegł, a inni, naiwni, którzy zaufali Rosjanom, zostali tam przez nich rozstrzelani. Nas też kilka razy usiłowali zatrzymać. W końcu w kwietniu 1940 r. udało się nam wyrwać z sowieckiej okupacji. To był miesiąc rozstrzelań w Katyniu i Charkowie. Wtedy zginął tam również mój stryj. W Przemyślu tułaliśmy się po klatkach schodowych. Ojciec się ukrywał, nie mógł nam pomóc. Matka miała dokument, że urodziła się pod Mielcem. Nie przyznała się, że mieszkaliśmy we Lwowie. Dostaliśmy przepustkę i możliwość pozostania pod niemiecką okupacją. Mama wszystko, co się dało, sprzedała we Lwowie za bezcen! Zapłacono jej srebrnymi polskimi monetami, które zatopiła w smalcu, ale to się nie uchroniło przed ruskimi. Zabrali nam wszystko! Ale jak przeszliśmy ten most na Sanie i zobaczyłem czystych żołnierzy niemieckich, ogolonych, trzeźwych, czyste ulice, to wtedy sobie pomyślałem, że chyba do raju się dostaliśmy… Zostawiliśmy piekło, wrzaski, strzały, brud, kolejki do sklepów. W Przemyślu nas wykąpano, odwszono i skierowano na kilka dni do jakiegoś klasztoru. Z Czerwonego Krzyża dostaliśmy karty na przejazd. Czuło się organizację, no i otaczali nas Polacy, którzy pracowali pod nadzorem Niemców, nie Rosjanie. 3 maja 1940 r. znaleźliśmy się w Krakowie. Mama miała tam kuzyna, do którego udała się po pomoc, ale on należał do partii komunistycznej i ze słowami: – My czekamy na armię czerwoną! – wypędził matkę z domu. Zamieszkaliśmy w Skawinie u wdowy z pięciorgiem dzieci, pani Ożogowej. Było nędznie. Chodziliśmy po wsiach, żeby sprzedać, co tam jeszcze zostało. Ale prawie zawsze słyszeliśmy: – My Ukraińcom nie sprzedamy żywności… Nie dało się ukryć, że jesteśmy z Kresów, tak bardzo zaciągaliśmy. Wczesną jesienią pojawił się ojciec, który zabrał nas do Krakowa. Pracował w granatowej policji i współpracował z podziemiem, z którym związał się jeszcze we Lwowie. Matka zajęła się handlem, a kiedy pojawiła się ze Lwowa pani Górnicka, pracowały razem. Ojciec pomagał Żydom. Wielu wywiózł poza Kraków. Wielu dzięki temu przeżyło wojnę. Kiedyś dostaliśmy z Izraela paczkę z pomarańczami, ale były już zepsute. Nie zgłaszałem się z tymi informacjami do Yad Vashem, bo tam przy obrazie naszego papieża jest jakiś nieprzyzwoity epitet. Jak zniknie, to wtedy pewnie do nich napiszę o swoim ojcu…
Wanda i Adam Macedońscy z ojcem, Lwów lata 30.
Jako artysta plastyk jest pan sentymentalny…
Chciałbym coś dla tych ludzi zrobić. Dla Polaków, Rusinów i Ukraińców. Ale przede wszystkim dla Polaków, bo to, co oni tam wycierpieli, to najlepiej określił ksiądz Peszkowski – golgota wschodu!

Gdy pada to określenie i nazwisko kapłana, to przychodzi na myśl Katyń. To pana zasługa, że o Katyniu mówi się, pamięta, wbrew tym wszystkim, którzy bardzo chcieli przypisać tę zbrodnię Niemcom i marzyli, aby wymazać tę nazwę z pamięci narodowej. Nie udało im się! Pan był współzałożycielem Instytutu Katyńskiego, „Biuletynu Katyńskiego” i w końcu organizacji Rodzin Katyńskich…
Ludzie z Kresów, których los rzucił do Krakowa, Warszawy, Poznania, Wrocławia, przybyli tu z wielką wiedzą o tym, co działo się na wschodzie. Oni wiedzieli o wywózkach na Syberię, o wywózkach do obozów śmierci. W naszym domu zawsze wiedzieliśmy, że naszego stryja Józefa zabili Rosjanie, a nie Niemcy. Mieliśmy cztery pocztówki wysłane przez niego ze Starobielska. I nagle w 1940 r. zamilkł. Miałem znacznie większą wiedzę na ten temat niż moi koledzy z Krakowa. Już w 1945 roku ktoś na mnie doniósł, że w domu u Macedońskich mówi się, że „Katyń zrobili Rosjanie”. Ta świadomość Katynia dręczyła mnie bardzo. Tak samo jak teraz dręczy mnie milczenie wokół rzezi dokonywanych na Polakach przez Ukraińców. Dlatego też trzymaliśmy się z Kresowiakami. Nie wszystko jednak mogliśmy mówić… Ot, przykład – byłem jednym z twórców Piwnicy pod Baranami, ale głupio mi było śmiać się i bawić w tej piwnicy, bo tam przecież była sowiecka katownia do 1947 r. Potwierdza to w swym pamiętniku dawny prezydent miasta Krakowa Waligóra. Przez wiele lat poszukiwałem kogoś, kto chciałby ze mną zbierać materiały dotyczące Katynia. Nie udawało mi się to ani w kręgach kościelnych, ani wśród kolegów. Wszyscy się bali albo uważali, że jestem prowokatorem! Dopiero w 1977 roku trafiłem na pana Stanisława Tora, pochodzącego z Wołynia. On przyciągnął do naszego grona Andrzeja Kostrzewskiego. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, czym nasza działalność w warunkach PRL pachnie. Dlatego też postanowiliśmy, że nie będziemy się spotykać za często, a poza tym nigdy w naszych mieszkaniach, tylko w kościołach i innych miejscach. A przede wszystkim musieliśmy omijać mieszkanie Andrzeja Kostrzewskiego, u którego znajdowało się nasze archiwum i redakcja „Biuletynu Katyńskiego”. Później dołączyli do nas Leszek Martini pochodzący z Drohobycza i Kazimierz Godłowski, syn Włodzimierza Godłowskiego z Wilna, zabitego w Katyniu. Ustaliliśmy, że ujawniamy jedno nazwisko, aby ludzie mieli się z kim kontaktować. Zgodziłem się być tą osobą. Wiedzieliśmy, że w ten sposób nękać będą tylko mnie, by dowiedzieć się wszystkiego o naszej pracy i ludziach skupionych przy Instytucie Katyńskim. I udało się! Nasza taktyka była słuszna, wydaliśmy masę biuletynów i książek i nie byli w stanie nas zlikwidować. Wtedy nachodzili mnie różni przedstawiciele władzy, którzy specjalnie z Warszawy z ministerstwa spraw wewnętrznych przyjeżdżali tu, by spowodować, abyśmy przestali na temat Katynia mówić. Nakłaniali, żeby schować ten temat pod sukno, że jeszcze nie czas, że wiedzą doskonale o wszystkim, że przecież też są Polakami, ale to zepsuje dobre stosunki z Rosjanami. Przestrzegali, żeby nie robić głośnych wystąpień, a ja powtarzałem im, że tylko zbieram dokumentację, póki ludzie żyją. Przekonywałem, że nie występujemy przeciw ZSRR, a interesuje nas tylko zbrodnia dokonana na Polakach. To samo obserwuję teraz, gdy mówi się na temat rzezi na Polakach dokonanych przez Ukraińców, „że za wcześnie, że jeszcze nie teraz, bo popsuje to nasze wspaniałe stosunki z Ukrainą” etc. Ale takie podejście mają ci, którzy boją się ujawnić prawdę. Przecież ta prawda wcale nie musi być zła dla uczciwych Ukraińców. Tak jak w Rosji ujawnili się ludzie uczciwi, którzy pomagali i pomagają zdobywać i odkrywać dokumentację katyńską. To świadczy, że naród posiada elitę. Ale i na Ukrainie ujawnią się tacy ludzie, tylko my w Polsce musimy się domagać ujawnienia całej prawdy i ewentualnego ukarania – jeśli to możliwe – sprawców.
W sprawie katyńskiej do dzisiaj jest wiele tajemnic niewyjaśnionych, np. lista białoruska, której nie chcą nam wydać. Wiadomo też, że w 1940 r. przy pomocy zabiegów dyplomatycznych wynegocjowano wyprowadzenie z Kozielska i Starobielska czwórki polskich arystokratów. Zostali przez Rosjan wypuszczeni z honorami. I przenieśli się do Rzymu i Londynu. Czyli Zachód wiedział. I rząd Sikorskiego też wiedział, że są w Rosji obozy jeńców. Dlaczego nic nie zrobili, aby sprawę nagłośnić? A sprawa była prosta. Rząd emigracyjny, nie mając swego przedstawiciela w Rosji, podpisuje umowy w sprawie reprezentowania naszych interesów z innym państwem. Wtedy ambasador Francji czy Anglii miałby prawo zapytać
o internowanych Polaków, ba – miał prawo wizytować ich obóz! Inna sprawa, czy zostałby dopuszczony… Ale tego rząd Sikorskiego nie zrobił. I to jest ta tajemnica – dlaczego? Czy ci uwolnieni nikomu nie przekazali informacji o tym, gdzie byli i co przeżyli, jak byli traktowani? Czy złożyli przysięgę, że nikomu nic nie powiedzą na temat obozów, z których zostali zwolnieni? Jeśli tak, to czy okoliczności wojenne nie zwalniały ich z tej przysięgi, aby uratować kolegów? Przecież to było ich obowiązkiem! Oni byli przede wszystkim żołnierzami! Winni przekazać całą wiedzę o obozach swym zwierzchnikom; o tym, gdzie są, kto się w nich znajduje, co powinno zaowocować ostrą interwencją dyplomatyczną. A to doprowadziłoby choćby do tego, że dotarłby tam Czerwony Krzyż. Przecież tzw. „drugi Kozielsk” na Litwie został cały uratowany, a to tylko dlatego, że Litwini wezwali Czerwony Krzyż, a ci dokonali spisu przetrzymywanych tam więźniów i Rosjanie nie mogli ich bezkarnie zlikwidować. Istnieje hipoteza, że więzieni zostali zakwalifikowani jako „piłsudczycy”, a stosunek Sikorskiego do Piłsudskiego był nienawistny. Jeśli ta teza by się potwierdziła, to znowu – i to w takiej dramatycznej chwili – wychodzi z tego polskie piekło…
Rysunki Adama Macedońskiego
Kiedy dzisiaj opowiada Pan o pracy Instytutu, to brzmi to tak normalnie, jakby wszyscy zgadzali się i akceptowali to, co Pan robił. A przecież działanie Instytutu Katyńskiego było w owym czasie nielegalne.
Rzeczywiście, dzisiaj wiele szczegółów wydaje się być śmiesznych, ale wtedy było to niebezpieczne i ryzykowne. Ze strony polskich służb to nawet się tak bardzo nie bałem, ale ze strony rosyjskiej rzeczywiście spodziewałem się wszystkiego. Przede wszystkim jednak bałem się o rodzinę. Wiedziałem, że będą za mną chodzić tak długo, aż odkryją, gdzie jest redakcja „Biuletynu Katyńskiego”, kto jeszcze należy do naszego grona itp. A my w każdym biuletynie podawaliśmy następujące miejsce wydania: Warszawa–Kraków–Wrocław–Poznań. Ja wtedy dużo jeździłem po Polsce i zawsze wiedziałem, że mam „ogon”. Do czasu stanu wojennego, do mojego internowania, wydaliśmy 28 biuletynów. Zdecydowaliśmy też, że biuletyny będą zminiaturyzowane do wielkości koperty, aby łatwiej i bez podejrzeń można je było rozsyłać za pomocą poczty. Pocieszające było jednak to, że nawet po stronie przeciwnika miałem sprzymierzeńców. Kiedy mnie kiedyś milicjant zamykał w więzieniu, powiedział ze współczuciem: – Ja wiem wszystko o Katyniu. Specjalnie dałem panu tę celę, suchą, nawet słychać jak ptaszek śpiewa… – A krakowski dziennikarz Olgierd Jędrzejczyk, kiedyś mnie spotkał i mówi: – Adam, ty się k… nic nie martw, bo nawet w KC masz przyjaciół przez ten Katyń. – Bo on z nimi pił
i wiedział, co mówią przy wódce. Tak więc takie informacje nieco mnie uspokajały. Prześladowały mnie też milczące telefony. Nawet kiedy byłem we Francji, odbierałem głuche telefony. Zawsze kiedy słyszałem oddech, to pytałem: – No powiedz w końcu, kim jesteś?! – I kiedyś, pewnie był pijany, bo odezwał się i odpowiedział: – Jestem nikt… – I do czasów, kiedy się ujawniliśmy, nie odkryli nas do końca. Nasza metoda zdała egzamin.

Nawiązując do tego, co mówił Pan o zbrodniach popełnionych na Polakach na Wołyniu… Może powinien powstać analogiczny instytut?
Ja marzę o tym! Tylko nikt nie chce się za to zabrać. Ja już nie będę tego robił, bo jestem za stary. Poza tym chcę dokończyć sprawę katyńską. Zabrałem się za Katyń, bo mi było wstyd! Obawiałem się, że inni – Amerykanie czy Anglicy – się za to wezmą i wtedy Polska będzie miała plamę na honorze. Ktoś musiał to zrobić, widocznie miałem to być ja. Tak jak Ryszard Siwiec, który spalił się w 1968 r. w proteście przeciw agresji wojsk na Czechosłowację. Nikt tego nie zrobił, tylko on jeden zdobył się na odwagę! I on ma najwyższe odznaczenie czeskie, a w Krakowie nie ma nawet jego ulicy. Aby go uczcić, założyliśmy wspólnotę „Siwiec – Pallach”. Honor nie pozwala mi nic nie robić. Wiedziałem, że jak wydam trochę ulotek o Katyniu, to ludzie będą pamiętać. Teraz przydałoby się, aby ludzie przypomnieli sobie o męczennikach z Wołynia
i Podola. To są prawdziwi męczennicy za wiarę, bo oni często ginęli w kościołach, broniąc ołtarza. W Krakowie tylko jedna Lucyna Kulińska ma odwagę pisać i mówić o tych sprawach. A gdzie są inni historycy czy dziennikarze?!

Jest obszerne opracowanie pani Ewy Siemaszko i jej ojca o zbrodniach wołyńskich, ale to głos z Warszawy…
Tak. To wielka praca fundamentalna. Proszę jednak zważyć na to, że to jest mord na zwykłych ludziach, rolnikach, chłopach. Oni nie potrafią upomnieć się o pamięć po swoich wymordowanych. Tylko inteligencja potrafi się o siebie upomnieć, walczyć o pamięć o sobie. Trzeba więc im pomóc, trzeba to zrobić za nich. Ja myślałem, że może zajmie się tym kler, który stracił tam wielu księży, którzy bronili polskości i wiary. Oni nie podjęli tej walki o prawdę. Paru księży napisało pamiętniki, które niechętnie się wydaje. Tak samo było z książkami o Katyniu. Ile ja się nachodziłem i naprosiłem, żeby wydawać w podziemiu książki o Katyniu. Drukarze się bali! W przypadku druku dla „Solidarności” nie mieli żadnych obaw, dla Instytutu Katyńskiego – bali się. Tak samo teraz boją się zajmować sprawą ukraińską. To jakiś wstyd przecież! I hańba dla Polski!

Dziękuję panu za rozmowę.


Adam Macedoński, ur. 1931 we Lwowie, artysta malarz, grafik, dokumentalista, poeta. Działacz niepodległościowy. Założyciel i prezes Instytutu Katyńskiego w Polsce, współzałożyciel Chrześcijańskiej Wspólnoty Ludzi Pracy.