Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z PANIAMI KRYSTYNĄ STRZELECKĄ i MARTĄ WALCZEWSKĄ rozmawiają Andrzej Chlipalski i Janusz M. Paluch

[3/2001]

AC: Obie Panie – jako przedstawicielki rodzin nowych Błogosławionych – były obecne we Lwowie na uroczystości beatyfikacyjnej Józefa Bilczewskiego i Zygmunta Gorazdowskiego w dniu 26 czerwca. Prosimy o przedstawienie nam swoich wrażeń i refleksji, pomijając oczywiście szczegółowy opis tego niezwykłego dnia, był on bowiem, tak jak i dni poprzedzające i następny, szeroko relacjonowany w mediach. Także i w tym numerze CL mamy ciekawy tekst nadesłany ze Lwowa. We Lwowie był też Janusz Paluch, a ja te uroczystości – choć nie w pełnym zakresie – obserwowałem w TV i prasie codziennej.
Na początek musimy Czytelnikom przedstawić nasze obie rozmówczynie, mieszkające w Krakowie. Zwracam się przeto najpierw do p. Krystyny Strzeleckiej, z domu Bilczewskiej: Jaki stopień pokrewieństwa łączy Panią z Arcybiskupem? Jak duża jest dziś rodzina Bilczewskich i gdzie żyją jej członkowie?
KS: Ja należę do trzeciego pokolenia – mój dziadek był bratem Arcybiskupa. Rodzina jest bardzo liczna, nie wszyscy więc się znamy. Józef Bilczewski miał pięciu braci i trzy siostry. Potomkowie Franciszka i Kazimierza zamieszkują głównie w Wilamowicach, skąd wywodzi się rodzina. Niektórzy z rodzeństwa osiedli w Kętach, m.in. mój dziadek Jan, który miał dziewięcioro dzieci. Następne pokolenia, jak to wszędzie bywa, rozeszły się po świecie. Dziś żyją i w rodzinnej miejscowości, i w Kętach, Bielsku i dalej – na Śląsku, w Krakowie, Wrocławiu, nawet w Stanach Zjednoczonych. Moja bratanica przyjechała na uroczystość do Lwowa z Paryża z synkiem, który reprezentuje już piąte pokolenie.
JP: W jaki sposób pielęgnuje się dziś rodzinne tradycje i pamięć?
KS: Dla naszych rodziców był Stryjem i tak już zostało. Zawsze był kimś bliskim, kogo opieki i ochrony niejednokrotnie się doświadczało. Był kimś, o kim myślało się i mówiło jak o świętym. Nasza rodzina bardzo wiele Arcybiskupowi zawdzięcza. Nazwisko – i nobilitację intelektualną. Sam pochodzący z licznej i biednej rodziny – dbał o to, by dzieci braci i sióstr zdobywały wykształcenie i staranne wychowanie. M.in. mój ojciec Edward i jego brat Józef zawdzięczają Stryjowi studia na Politechnice Lwowskiej.
W całej rodzinie przechowuje się pamiątki po Arcybiskupie – osobiste przedmioty, zdjęcia, dokumenty, listy pasterskie itp. Ja mam duszę zbieracza, więc trochę pamiątek jest także u mnie. Pan Andrzej wypożyczał kiedyś ode mnie te pamiątki...
AC: Tak, na małą wystawę, którą zorganizowaliśmy przed paroma laty na spotkaniu w dominikańskim kapitularzu. A czy w Wilamowicach był kult tej postaci – poza rodziną?
KS: Oczywiście, o ile wiem, miasto zawsze szczyciło się tą Postacią. Być może był okres, kiedy ten kult przebijał się z trudem.
MW: Ja myślę, że odcięcie Lwowa i milczenie na temat wszystkiego, co z tym miastem było związane, spowodowało, iż co najmniej jedno pokolenie utraciło z tym w Polsce kontakt. Z drugiej strony fakt czyjejś świętości też niełatwo jest uświadamiany, dopiero z pewnego dystansu.
JP: A jak to wyglądało po stronie bł. Zygmunta?
MW: Ksiądz był bratem mojej prababki, należę więc do czwartego pokolenia. Moja babcia Jadwiga (z domu Machalska, po mężu Breitowa, matka mojego ojca) była Jego siostrzenicą i znała Go dobrze. W jej pamięci był kimś wyjątkowym, bardzo bliskim, świątobliwym. Rodzina pomagała Mu w Jego działalności. Ojciec Księdza – Szczęsny Prawdzic-Gorazdowski, poseł na Sejm Galicyjski, kierował założonym przez Księdza internatem dla studentów przy ul. Mochnackiego we Lwowie. Pomagała także Jego siostra – moja babcia – wraz z mężem. Mój ojciec, Henryk Breit, jako młody chłopiec służył Księdzu do mszy.
Chcę jeszcze dodać, że ks. Zygmunt Gorazdowski był kanonikiem kapituły lwowskiej i miał tytuł tajnego szambelana papieża Piusa X. Jednak mianowanie Go przez vox populi „księdzem dziadów” było największym zaszczytem, bo odzwierciedlało Jego życie Ewangelią. Ojciec św. Jan Paweł II powiedział o nim, że jest prawdziwą perłą łacińskiego duchowieństwa.
AC: A rodzina Księdza dzisiaj?
MW: Dziś ja i moje dwie siostry stanowimy liczną rodzinę. Są też kuzyni w Warszawie. Ze starszego pokolenia żyje siostra mojego ojca.

* * *

AC: Kiedy powstała idea, by te Postacie wynieść na ołtarze? Obaj Błogosławieni żyli i działali we Lwowie w tym samym czasie, zmarli niemal równocześnie (Gorazdowski 1845–1920, Bilczewski 1860–1923). Zapewne się znali?
MW: Oczywiście, były nawet jakieś różnice zdań między Nimi. Ideę beatyfikacji swego założyciela podjęły Siostry Józefitki przed trzydziestu laty. Zakonnice jeździły w cywilnych ubraniach do Lwowa, by w tamtejszych zbiorach szukać materiałów. My mieliśmy ich mało – przecież Lwów opuszczaliśmy w trudnych warunkach i większość pamiątek przepadła.
AC: W przypadku ks. Gorazdowskiego tak się szczęśliwie złożyło, że najpierw przygotowanie do procesu beatyfikacyjnego, a potem sam proces miały wsparcie najbardziej bezpośrednie: zakonu, który stworzył. Inaczej w przypadku abpa Bilczewskiego. Idea Jego beatyfikacji zakiełkowała na pewno jeszcze we Lwowie, ale odpowiedni dokument wydał abp Baziak w 1957 r. Ówczesne warunki nie sprzyjały otwarciu procesu, stało się to dopiero w 1963 r. My w środowisku wygnańców wyczuwaliśmy to, zwłaszcza odkąd zdaliśmy sobie sprawę z zalet i zasług tej Postaci. Czuliśmy, że potrzebne jest też nasze – Ludu Bożego – wsparcie modlitewne. Stąd inicjatywa Mszy św. w intencji beatyfikacji Sługi Bożego Józefa w 1995 r., w 135. rocznicę Jego urodzin. I tu z wielką pomocą duchową przyszedł nam ks. kardynał Macharski, który na owej Mszy w kościele św. Anny rzucił apel, byśmy się w tej intencji spotykali co roku – aż do skutku. I tak się stało. W tym roku mieliśmy już siódmą Mszę św. u oo. Franciszkanów.
MW: Przypomnieć warto, że kolejne msze w Jego intencji odbyły się u ks.ks. Misjonarzy na Kleparzu, gdzie znajduje się obraz Chrystusa Cierpiącego, przywieziony tu z Milatyna. Potem u OO. Bernardynów, przed MB Sokalską, a w następnych latach u ojców Karmelitów i Dominikanów, też posiadających pamiątki ze swoich lwowskich klasztorów. W 2000 r. spotkaliśmy się znowu u Misjonarzy, ale tym razem na Stradomiu, gdzie jest sala im. Józefa Bilczewskiego, bo On tam jako kleryk mieszkał i studiował. Odbyła się wtedy też mała sesja Jemu poświęcona.
KS: Odbyła się także sesja w roku jubileuszowym w Książnicy Beskidzkiej w Bielsku-Białej, połączona z wystawą w Wilamowicach. Patronował jej Ksiądz bp Rakoczy oraz burmistrz i parafia z Wilamowic.
MW: W przyszłym roku zorganizujemy mszę dziękczynną – chyba znowu u św. Anny, tam gdzie rozpoczęliśmy modlitwy w tej intencji. To przecież jest kościół akademicki, także Jego – niegdyś studenta i profesora krakowskiego uniwersytetu. I jeszcze jedno powiązanie: tam jest grób św. Jana z Kęt, patrona polskich uczonych, który był krajanem bł. Józefa.
AC: Dodajmy, że proboszcz kolegiaty św. Anny, ks. Władysław Gasidło, też jest krajanem Bilczewskiego i pisał pracę na Jego temat. A co do naszych kolejnych mszy w intencji Sługi Bożego Józefa, to zawsze przyjeżdżali na nie Jego krewni z Wilamowic – zasługa w tym pani Krystyny. Te wszystkie spotkania mszalne każdorazowo opisywaliśmy w „Cracovia-Leopolis”. A w ogóle nasz pierwszy numer w 1995 r. poświęciliśmy w dużej mierze właśnie Bilczewskiemu. Przedrukowaliśmy tam również fragmenty Jego
listu pasterskiego z 1923 r., poświęcony miłości ojczyzny – polskiej Ojczyzny. Wskazała nam wtedy ten tekst pani Krystyna. Jakże i dziś aktualny temat we Lwowie. Mowa tam i o języku, i o pokorze...
Ale przejdźmy do samej uroczystości beatyfikacyjnej.

* * *

JP: Czy ktokolwiek mógł przypuszczać, że to się stanie we Lwowie? Można było się spodziewać, że ze względów politycznych nastąpi to gdzie indziej, najprawdopodobniej w Rzymie.
MW: Właśnie, to było cudowne. Były obawy, że we Lwowie, zwłaszcza co do abpa Bilczewskiego, nie będzie to możliwe, a jednak...
KS: Miałam nadzieję – i bardzo chciałam, by beatyfikacja odbyła się we Lwowie, ale obawy były prawie do końca. Podobno Ojciec Święty powziął ostateczną decyzję w czasie pobytu w Grecji.
AC: Obawy wynikały stąd, że Ukraińcy starają się o beatyfikację metropolity Szeptyckiego, którego proces napotyka pewne opory, co dla nas jest oczywiście zrozumiałe. Szczęśliwie jednak znaleziono inną przeciwwagę: jest nią lista 28 ukraińskich męczenników systemów totalitarnych, którzy zostali również – nazajutrz po naszych kapłanach – beatyfikowani. Jest wśród nich brat metropolity Klemens Szeptycki z zakonu studytów oraz biskup stanisławowski Grzegorz Chomyszyn.
MW: To dobrze, że jest wśród nich biskup Chomyszyn. To piękna postać, a podobno niektóre środowiska ukraińskie, nacjonalistycznie nastawione, zarzucały mu obronę Polaków w czasie walk w 1918 roku.
JP: Czy Panie i rodziny otrzymały specjalne zaproszenia od organizatorów uroczystości?
KS: Nie wiem, jak to wyglądało w praktyce. Wyjazd na uroczystość do Lwowa natychmiast zaczęła organizować parafia w Wilamowicach. Włączyła się w to rodzina tam zamieszkała. Z Wilamowic pojechało pięć autokarów, i jeszcze dwa z Kęt. Bilczewskich pojechało około trzydziestu. Jechaliśmy nocą aż do Lwowa (granicę przekroczyliśmy gładko), zwiedziliśmy miasto, a szczególnie interesujące nas miejsca. Wstyd się przyznać, ale byłam tam pierwszy raz. Oczarowanie i smutek zarazem. Byliśmy oczywiście na Cmentarzu Janowskim, gdzie obejrzeliśmy nowy, piękny, okazały nagrobek Arcybiskupa z różowego marmuru. Byliśmy też na Łyczakowie i na Orlętach. Na nocleg skierowano nas do Mościsk, do domów polskich. Ja byłam u starszej pani, niezwykle miłej i serdecznej. Bieda – o jakiej my już zapomnieliśmy i jakiej nawet nie znaliśmy – ale czyściutko. To była bardzo pouczająca lekcja i myślę, że coś dobrego z niej zostanie.
MW: My, to znaczy ja z mężem i synem, pojechaliśmy razem z Józefitkami, z którymi jesteśmy od dawna serdecznie zaprzyjaźnieni. Zamieszkaliśmy we Lwowie u Polaków, którzy nas przyjęli wspaniale. Współuczestnicy pielgrzymki byli zachwyceni i wzruszeni.
JP: Przypomnijmy naszym Czytelnikom, że mąż pani Marty, profesor Jacek Walczewski, pisał na naszych łamach o Słudze Bożym Zygmuncie Gorazdowskim (CL 2/99) i zawsze był gorącym orędownikiem tej beatyfikacji.
MW: Trzeba tu dopowiedzieć, że Siostry Józefitki zjechały się nie tylko z RP, także z całego świata. Były nawet Murzynki. Przyjechało też z nimi kilkunastu księży, a także p. Leszek Długosz, który skomponował dla Józefitek utwór poświęcony ks. Gorazdowskiemu, oraz p. Dariusz Regucki, też kompozytor i reżyser. Przyjechała również z nami p. Anna Praxmayer, rzeźbiarka ze Lwowa rodem, autorka relikwiarza oraz medalu ks. Gorazdowskiego.
AC: A propos, jak wygląda relikwiarz abpa Bilczewskiego? Nic o nim nie wiemy. Tamten widzieliśmy na spotkaniu u Dominikanów w Krakowie.
KS: Ja też nie widziałam. Chciałabym tu jeszcze powiedzieć, że planujemy w najbliższym czasie zjazd rodziny Bilczewskich w Wilamowicach.

* * *

AC: Proszę teraz opowiedzieć o samej uroczystości we Lwowie.
KS: Z Mościsk wyjechaliśmy o 2 w nocy, lało jak z cebra. Szczęśliwie we Lwowie deszcz przestał padać, ale i tak brnęliśmy przez ponad dwie godziny w błocie, bo przeganiano nas od bramki do bramki. Aż wreszcie postawiliśmy się: nie ruszymy się, jeśli nas tam wreszcie nie puszczą. Zarezerwowane dla nas miejsca były już zajęte, ale w końcu uplasowaliśmy się przed samym ołtarzem, niektórzy na stojąco. Dziś z perspektywy myślę, że to było potrzebne, zwłaszcza dla tych, którzy sobie wyobrażali, że będą szczególnie honorowani. Samą uroczystością byłam zachwycona. Tak dużo ludzi! Lwów nie zawiódł Papieża!
MW: I to, że prawie wszystko było po polsku. Organizatorzy podobno byli zaskoczeni, bo nie przygotowali się na tłumaczenie na ukraiński całej liturgii, brakowało tłumaczy.
AC: Jak rozumieć to zaskoczenie?
MW: Chyba w sensie technicznym. Może nie widzieli wcześniej książeczki, wydanej w Częstochowie na tę okazję, w językach polskim i ukraińskim, nawet z tłumaczeniami fragmentów na węgierski i słowacki. Widocznie spodziewali się liturgii po ukraińsku...
AC: Czy można więc uznać, że Papież wskazał, iż do Polaków (i mieszanych), których tam zapewne była większość – ze Lwowa, z całej archidiecezji i spoza niej, z RP i zagranicy – należy mówić po polsku? Papież nie wyraził tej intencji dosłownie, bo nawet nie powinien, ale to uczynił. Wskazał, że język polski jest w tamtejszym Kościele co najmniej równoprawny.
JP: Ja rozumiem, że ta msza po polsku to był ze strony Ojca Świętego prezent, jako wyraz podziękowania dla Polaków tam żyjących, za to, że Kościół dzięki nim przetrwał.
MW. Musimy więc mieć głęboką wdzięczność dla Papieża za Jego postawę, w której ujawniło się zarówno uznanie polskiej historii Kościoła we Lwowie – kilkakrotnie przecież do tego nawiązywał – do Ślubów Jana Kazimierza, do postaci patronów Lwowa św. Jana z Dukli i bł. Jakuba Strzemię, do Ślicznej Gwiazdy Miasta Lwowa, której Cudowny Obraz powtórnie ukoronował.
JP: Odniosłem wrażenie, że nasi księża nie wykorzystali takiej wspaniałej okazji, jaką było kilkusettysięczne zgromadzenie ludzi i które nie powtórzy się ani za sto lat – dla celów historyczno-informacyjnych, dydaktycznych itp., tak jak to zrobili Ukraińcy w czasie swojej mszy. Nawet życiorysy beatyfikowanych w czasie uroczystości były u nich dobrze przygotowane i wzorowo wygłoszone, czego nie można powiedzieć o stronie polskiej. Na Cmentarzu Łyczakowskim poustawiano tabliczki-drogowskazy do ważniejszych greckokatolickich grobów, ale nie widziałem czegoś takiego w kierunku grobu ks. Gorazdowskiego.
AC: No tak, ale trudno porównać siły naszej strony i tamtej strony, której na pewno pomagała władza państwowa, bo jej na tym zależało, a nawet emigracja w Kanadzie. Jak Polacy mogli temu dorównać?
JP: Przecież były doświadczenia z wizyt Papieża w Polsce.
AC: Ale jak można było to tam przenieść? Myślę zresztą, że nie było takiej woli, nie mówiąc o warunkach materialnych. Można nawet zrozumieć, że polityczne względy ograniczały szersze zamiary. Nie można jednak wykluczyć całkiem subiektywnych względów, jeżeli się bacznie obserwuje postawy i sytuacje.
Spróbujmy wreszcie podsumować to wielkie wydarzenie.
MW: Myślę jednak, że nie dało się zrobić więcej. Polska, a szczególnie Kraków bardzo pomogły materialnie i organizacyjnie w godnym przyjęciu Ojca Świętego. Stało się bardzo dużo dobrego, i to na pewno będzie owocowało.
JP: Wizyta Papieża była historycznym wydarzeniem dla Ukraińców, których świat po raz pierwszy zobaczył w pozytywnym świetle...
AC: Bo przecież nie wszyscy reprezentują tam negatywne skrajności, wynikające zarówno ze spuścizny komunizmu, jak i z nacjonalizmu. Są ludzie, na pewno w większości – myślący normalnie.
JP: I ci zostali zauważeni. Także im otworzył się inny świat, z którym dotąd mieli mały kontakt, bo byli nastawiani na inne kierunki, manipulowani. Wizyta Papieża będzie stanowiła cezurę w historii tamtego państwa.
AC: No cóż, na pewno może stanowić, ale czy tak się stanie, pokażą najbliższe lata. Oby tak było. Pozostaje więc i z tej strony wielka szansa dla Polaków, dla ich tożsamości i godności, ich poczucia bezpieczeństwa w sensie fizycznym i duchowym. W Kościele i w państwie, w którym przyszło im żyć.
KS: Każda pielgrzymka Ojca św. przynosi dobre owoce. Nie zawsze są one na miarę naszych wyobrażeń i pragnień. Duch Święty działa według własnego planu, pozwómy Mu działać.
AC: Poruszyliśmy wiele wątków i pewnie można by rozmawiać na te tematy nieskończenie. Na pewno do tych spraw będziemy niejednokrotnie wracać. Pozostaje podziękować obu Paniom i Panu Paluchowi za wszystkie przedstawione informacje i odczucia.


KRYSTYNA STRZELECKA, z domu Bilczewska, ur. 1942 w Kętach. Tamże ukończyła szkoły. Studia polonistyczne na UJ. Od początku pracy zawodowej związana z Wojewódzką Biblioteką Publiczną w Krakowie. Od 20 lat kieruje działem terenowym, który ma pod opieką wszystkie biblioteki publiczne woj. małopolskiego.

MARTA WALCZEWSKA, z domu Breit, ur. 1936 we Lwowie. W 1945 ekspatriowana z rodzinnego miasta, mieszka w Krakowie. Ukończyła studia architektoniczne na Politechnice Krakowskiej. Członek zarządu oddziału Tow. Miłośników Lwowa i KPW w Krakowie w ciągu dwóch kadencji.