Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

SYLWETKI

Wszystkie 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

WSPOMNIENIE O ADAMIE

[2/1999]

Wiadomość o nagłej i przedwczesnej śmierci red. Adama Hollanka oraz jego krótkie curriculum vitae przekazaliśmy w CL 4/98. Poniższe serdeczne i piękne literacko wspomnienie napisał ks. Janusz na naszą prośbę.
Trudno jest pisać o kimś bardzo bliskim, z kim żyło się „na co dzień” – a tu nagle (dosłownie nagle!) spostrzega się, że Go nie ma. Ani w Jego domu, ani w biurze, ani na zebraniach zarządu oddziału TMLiKPW, w którym od założenia był aktywnym członkiem, najczęściej wiceprezesem. W wielu pismach ukazały się po Jego śmierci wspomnienia, w których opisano Adamową twórczość (pisarza, poety, redaktora, felietonisty, reportera), podkreślając wielostronność zainteresowań, ogromny krąg znajomych w całej Polsce i za granicą, kontakty towarzyskie, a nawet charakter i zalety oraz przywary. Nie chcę więc powtarzać faktów znanych i zanotowanych. Streszczę się w dwu punktach: Adaś w TML-u i w domu.
Na zebrania zarządu zazwyczaj spóźniał się. Wchodził po cichu, siadał na swoim miejscu i natychmiast zaczynał rozmawiać z sąsiadem głośnym „szeptem” – podnosząc rękę przy ewentualnym głosowaniu. Po czym zapytywał, o co chodzi – a dowiedziawszy się – wycofywał swój głos, zapewniając, że przecież on jest temu przeciwny. Gdy przekonywaliśmy Go, że trudno – już po głosowaniu – dosłownie wściekał się, nierzadko bijąc pięścią w stół i obrażając nieraz kolegów. Po czym uspokajał się i z niewinnym uśmiechem stwierdzał, że on jest właśnie tego samego zdania, więc po co w ogóle cała dyskusja?! Z ramienia zarządu zajmował się sprawami kultury. Miał przecież szerokie znajomości w tych kręgach. Chodził więc do Ministerstwa Kultury i Sztuki, do dyrektorów teatrów, do różnych instytucji – załatwiał sprawy nasze (zawsze przy sposobności i swoje...). Teraz bardzo nam Go na zebraniach brakuje. Często – gdy jest zbyt cicho i spokojnie, patrzymy na miejsce, gdzie siadywał, potem na siebie, i uśmiechamy się mimo woli. Ten uśmiech świadczy najlepiej, jak był nam bliski.
Adam Hollanek. W głębi W. Szolginia i J. Janicki
U Adama w domu przy Górnośląskiej bywałem od wielu lat częstym gościem. Adaś tam czuł się najswobodniej: ubrany „byle jak” – w dżinsach (latem w krótkich spodenkach), w koszuli lub bez, w papciach – siedział w swoim pokoju przed stolikiem zawalonym papierami, wśród których ciągle czegoś nie mógł odnaleźć, i pisał swoje wiersze – które mnie denerwowały, gdyż pisane było wszystko „z małej litery” i bez żadnych znaków interpunkcji – ale które często były wysokiej wartości literackiej. Tam też pisał powieści, artykuły i refleksje filozoficzne, nierzadko dając mi je do oceny z punktu widzenia filozoficzno-teologicznego. Filozofię znał nieźle, ale teologicznych błędów było sporo. Wykłócaliśmy się o nie, bo Adaś starał się udowodnić, że to On właśnie, a nie np. katechizm ma rację. Ale nie o tym chciałem mówić.
Adam był bardzo rodzinny. Kochał uroczą żonę Ewę i mieszkające z nim dzieci – Adasia i Anię. Pupilem była Fanta: prawie jamnik, lecz zamiast być długą, była... szeroka. Adam bowiem wbrew ciągłym napomnieniom żony karmił pieska najlepszymi kąskami ze stołu, a zwłaszcza ciastkami. Fanta nazywała się tak na cześć założonego przezeń pisma Fantastyka. Pisma już dawno nie było, Fanta zaś tyła coraz bardziej.
Był prawdziwym poetą, więc sprawy materialne Mu nie zawsze wychodziły. Na szczęście miał żonę mocno chodzącą po ziemi. Ewa Go pilnowała, przypominała, załatwiała, przepisywała, była zawsze „współdziałaczką” we wszystkich jego poczynaniach.
Schodziło się u Adamów doborowe towarzystwo: Jurek Janicki z przeuroczą żoną Krysią (przepraszam: panią profesor dr hab. Krystyną Czechowicz-Janicką), Tolo Szolginia z żoną Wandą (najlepszą „mistrzynią” kuchni, jaką znam), Dzidek Hiolski (po dziś dzień najlepszy polski baryton), Jancio Ernst (czcigodny profesor Jan Ernst – założyciel ongiś chóru rewelersów „Erjana”), Dzidek Matusiak (również profesor, dziekan, prezes, najdowcipniejszy bajarz, dusza towarzystwa). Czasem dołączał z góry (mieszka dwa piętra wyżej) Władek Heydel, baron skoligacony z całą (prawie) arystokracją galicyjską; czasem Iza Kulczyńska, córka profesora rektora Lwów-Wrocław – Stanisława. W małym mieszkanku Adamów jakoś mieściliśmy się wszyscy – i takie „rodzinne” spotkania były naprawdę przemiłe i... wesołe.
W 1992 r. obchodziliśmy 210-lecie urodzin: Adaś, Andrzej Hiolski i ja (każdy: 70 lat). W 1997 – 75-lecie. Mijają lata. Tak wiele się zmieniło: dzieci powyrastały, pokończyły studia. „Mały” Adaś (który nigdy nie był mały) ożenił się. Prześliczny wnuczek Tomek był wielką miłością dziadka. Odeszli do wieczności po kolei: profesorowie Matusiak i Ernst, potem Witold Szolginia. A teraz... Nie – Adaś nie odszedł. Pozostał wśród nas: w serdecznej pamięci, w swoich książkach, w urnie wreszcie – w katakumbach dla zasłużonch na cmentarzu Powązkowskim, gdzie Go często odwiedzamy. Swoje smętne kazanie na Jego pogrzebie zakończyłem Jego wierszem (ze zbioru Ja koń ja Żyd):

moje niebo pochodzi ze lwowa
gdziem się rodził i gdzie wychował
innego niż lwowskie nieba
odtąd mi nie potrzeba.

nie chcę po innych chodzić uliczkach
niż po legionów i akademickiej
innego nie chcę mieszkania mieć ja
niż dziecinnego mego na reja

tylko w kościółku u zmartwychwstańców
mógłbym odmawiać jeszcze różańce
a na kaleczej czy u wieczystego
tanga zasuwać do upadłego.

gdy zaś polegnę lub w łóżku umrę
cząstkę mych prochów wpakujcie w urnę
aby pod niebem moim ze lwowa
chociażby cząstkę tę ze mnie pochować

Niebo jest wszędzie to samo: nad Lwowem, nad Krakowem, nad Warszawą. Wierzę, że Adam tam się znajduje.
Ks. Janusz Popławski