Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

SYLWETKI

Wszystkie 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

ZALESZCZYKOWIANIN

[3/2007]

W Krakowie zmarł Zdzisław Buczkowski, głowa całej społeczności ekspatriantów z Zaleszczyk. Urodził się w 1926 roku, w rodzinnej miejscowości wzrastał i uczył się. W 1944 r. sowieci zabrali go do armii i wcielili do lotniczej szkoły oficerskiej w Soroczyńsku w głębi ZSRR. Szczęśliwie niebawem dostał się do oficerskiej szkoły piechoty WP i wraz z polskim wojskiem dotarł do kraju. Demobilizacja objęła go w 1945 r., ale w sześć lat później wstąpił do szkoły oficerów rezerwy w Przemyślu, by po jej ukończeniu pełnić służbę pomocniczą w różnych jednostkach (Kraków, Rembertów). Wszędzie tam wykazywał się wysokimi kompetencjami, co doprowadziło go do rangi pułkownika.
W 1989 r. odszedł do rezerwy i wtedy całą swoją energię oddał pracy społecznej na rzecz rodzinnych Zaleszczyk. Trzy okupacje, aresztowania, deportacje na Sybir i do Kazachstanu, wywozy na roboty do Niemiec, mordowanie przez bandy UPA, ucieczki za granicę i tzw. repatriacja, czyli wyrzucenie nas z rodzinnych stron, spowodowały całkowite rozproszenie zaleszczykowian (i nie tylko) po całym świecie.
Oto co pisze o tych czasach wieloletni współpracownik Z. Buczkowskiego, p. Tadeusz Trojanowski:
[...] Tak mijały lata, a Polska Ludowa nie ułatwiała kontaktów, szczególnie z osobami zamieszkałymi za granicą. Ale czas działał na naszą korzyść: spotkaliśmy się przypadkowo w Krakowie ze Zdzisławem Buczkowskim i zaczęliśmy rozmyślać, czy i gdzie mogą być nasi współmieszkańcy Zaleszczyk. Rozpoczęliśmy poszukiwania. Zdzisław wykazywał ogromną inicjatywę. Skutki były zaskakujące.
Znaleźliśmy w Krakowie kilka rodzin, ponadto również w Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Bytomiu, Katowicach, Jarosławiu, a ponadto w Anglii, Francji, Kanadzie, Izraelu. Wszyscy chcieli się spotkać, wszyscy żyli wspomnieniami o naszym pięknym mieście. Ale jak to zrobić?
I tu rozwinęła się godna podziwu działalność Zdzisława. Nawiązanie łączności lis­towej i telefonicznej, zbadanie zgody władz na zorganizowanie zjazdu (mogło to być podejrzane!), ustalenie miejsca, sal na rozmowy i wiele spraw związanych z ewentualnym spotkaniem.
Mijał czas, mijały lata, aż wreszcie nadszedł okres tzw. odwilży i można było zjazd zorganizować. Nastąpiło to 20–21 lipca 1990 r., czyli po 50 latach, gdy nas „rozpędzono”. Przyjechali z całej Polski, Anglii, Francji, Izraela – było nas ponad 60 osób. [...] Atmosfera urocza, rodzinna, i w ten sposób powstała Rodzina Zaleszczycka, z naszym Zdzisławem na czele.
A obowiązków przybyło: życzeniem uczestników były stałe zjazdy Rodaków, wycieczki do Zaleszczyk, pomoc dla zniszczonego kościoła. Wszystko zostało wykonane: kilka zjazdów, wycieczki do Zaleszczyk, dla kościoła ołtarz, konfesjonały, monstrancje i dzwonki, zegar na wieży kościelnej oraz wielokrotna pomoc dla pozostałych tam Polaków – pieniężna, artykuły spożywcze, odzież.
Zaleszczyki to już nie nasza piękna i czysta miejscowość, ale właśnie dlatego należało się nią zajmować. Zdzisław robił to chętnie, zawsze z ogromnym zaangażowaniem, korzystając z pomocy Towarzystwa MLiKPW, Caritasu, oo. Bonifratrów, oo. Michalitów i innych.
Robił to do chwili, kiedy zasnął. Ale na pewno śnią Mu się Zaleszczyki. Zawsze mówił: gdy już wszyscy będziemy „po tamtej stronie”, odnowimy tam działalność Rodziny Zaleszczyckiej.
Z pewnością tak będzie, bo nasza Rodzina ma twarde korzenie i jest niezniszczalna.