Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

SYLWETKI

Wszystkie 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Walerian Pawłowski, JERZY

[2/1997]

Minęła pierwsza rocznica śmierci (4 IV 1996) Jerzego Habeli, człowieka o wielostronnych zainteresowaniach, kilku zawodach i niebanalnym życiorysie. Z tej okazji zamieszczamy wspomnienie, spisane przez Jego przyjaciela, p. Waleriana Pawłowskiego, emerytowanego dyrygenta Filharmonii Szczecińskiej.
Dodajmy jedynie kilka szczegółów biograficznych. Urodził się w r.1919 we Lwowie. Studia na Politechnice Lwowskiej zaczął przed wojną i tam je ukończył za okupacji w warunkach konspiracyjnych – dyplom mgra inżyniera mechanika musiał po wojnie nostryfikować. Był żołnierzem AK, brał udział w akcji „Burza” we Lwowie i za to trafił na 5 lat do sowieckich łagrów (1944–48).
Po powrocie osiadł w Krakowie i tu podjął studia muzyczne na wydziale Teorii Kompozycji i Dyrygentury Akademii Muzycznej (ukończył je w 1955 r. z odznaczeniem). Przez wiele lat pracował w Państwowym Wydawnictwie Muzycznym – był tam zastępcą redaktora naczelnego, a zarazem kierownikiem dwóch redakcji: pedagogicznej i encyklopedycznej. Był inicjatorem i współtwórcą Encyklopedii Muzycznej, a ponadto wykładowcą w uczelniach muzycznych Krakowa, Katowic i Warszawy oraz prezesem Stowarzyszenia Polskich Artystów Muzyków. Przez wiele lat śpiewał w chórze Katedry Wawelskiej.
W naszej pamięci pozostanie przede wszystkim jako współautor – wraz z prof. Zofią Kurzową – książki o piosence lwowskiej (wyd. PWM 1989).
Kochał Lwów i wszystko co było z nim związane.
(Red.)

Poznaliśmy się... zaraz – kiedy to było? Chyba w czterdziestym dziewiątym roku. Jesienią. Przybył do nas z początkiem nowego roku akademickiego. Do nas, to znaczy do krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej, przemianowanej później na Akademię Muzyczną. Pamiętam go dokładnie – siedział przy pierwszym stoliku, po prawej stronie, blisko drzwi. Wysoki, szczupły, niespokojny, wewnętrznie rozwibrowany, uważnie przysłuchiwał się temu, co ma do powiedzenia prowadząca wykład pani doktor. Tematem była akustyka. Nowy kolega bacznie obserwował wykładowczynię przez szkła okularów, zaś jego twarz przybierała wyraźnie sceptyczny wyraz. Kilkakrotnie prosił o głos i prostował nieścisłości, wygłaszane przez panią profesor.
Intrygował nas ten nowy przybysz. Nas – to znaczy tych „z pierwszego rzutu”, którzy już we wrześniu czterdziestego piątego przekroczyliśmy progi uczelni. Nie wiedzieliśmy o nim nic. Ani skąd przybył, ani jaką wybrał sobie specjalizację, a jedno pytanie szczególnie nie dawało nam spokoju: jak to się dzieje, że ten młody mężczyzna zna się tak doskonale na zagadnieniach z dziedziny akustyki, skąd czerpie wiedzę, pozwalającą mu na dyskusje – dość zresztą jednostronne – z panią doktor. W jakiś czas potem okazało się, zresztą najzupełniej przypadkowo, że nowy kolega przybywając do Krakowa, miał w kieszeni dyplom magistra inżyniera, uzyskany na Politechnice Lwowskiej, z nostryfikacją na Politechnice Śląskiej.
Skąd przywędrował? Ta zagadka była najłatwiejsza do rozwiązania. Wystarczyło, że powiedział kilka zdań tym cudownym, niemożliwym do podrobienia dialektem, a już było jasne „z kim mamy okoliczność”. Z prawdziwym, rdzennym, rodowitym lwowiakiem ( nie – nie lwowianinem, tylko właśnie lwowiakiem).
Do tego to nazwisko! Najbardziej muzyczne z muzycznych: HA-BE-LA. Co sylaba to dźwięk... Jakie to łatwe do zaszyfrowania w nutowym zapisie, tak jak o dwieście pięćdziesiąt lat wcześniej litery B-A-C-H. A trzy sylaby, składające się na nazwisko Jurka, schodzą w dół skali półtonami, tworząc motyw, jakże sposobny do polifonicznego opracowania.
Powiedziałem: „Jurka”? Tak – bo zaakceptowaliśmy go błyskawicznie, przechodząc z oficjalnego „kolegi” na poufałe, serdeczne „ty”. Odpłacał nam również przyjaźnią, tylko o swojej przeszłości mówić nie chciał. Dopiero kilka lat później dowiedziałem się, jaka ona była. Działo się to w Szczecinie, gdzie zadomowiłem się w filharmonii jako dyrygent, a Jerzy pojawiał się od czasu do czasu, odwiedzając brata, znakomitego internistę i dyrektora wojewódzkiego szpitala im. M.C.Skłodowskiej. Do dziś krążą po Szczecinie legendy na temat przedsiębiorczości, zaradności i siły przebicia doktora Mariana Habeli, i to w najtrudniejszym okresie. Ale to już inna historia.
Siedzimy sobie z Jurkiem, wygodnie rozparci na miękkiej kanapie, w zacisznej willi pana dyrektora, ukrytej wśród wysokich drzew Pogodna, rozmawiamy o minionych, dawnych latach krakowskich, dyskutujemy na temat interpretacji muzyki naszych ulubionych kompozytorów (idolem Jerzego był nieodmiennie Beethoven), gdy nagle mój rozmówca, patrząc mi prosto w oczy, mówi:
– Powiedz mi całkiem szczerze, jak to było, kiedy nagle pojawiłem się wśród was, zżytych ze sobą od lat dziewczyn i chłopców. Byłem przecież kimś obcym, przybyszem z innej planety. Niczego o mnie nie wiedzieliście, prócz tego, że przywędrowałem ze Wschodu – no, bo tego ukryć się nie dało, ale nic więcej. A przecież mogłem być „wtyczką”, kimś z „bezpieki”, agentem. lub czymś w tym rodzaju. Nie przypuszczaliście tego? Tylko mów prawdę!
– Chcesz wiedzieć? Więc ci powiem. Ani przez chwilę nie podejrzewaliśmy czegoś takiego. To po prostu do ciebie nie pasowało. A my mieliśmy swoją intuicję, swój „nos”. Jedyne, czego nie wiedzieliśmy, to tego, co robiłeś w czasie wojny i po niej.
Jerzy zadumał się przez chwilę, a potem popłynęła opowieść o lwowskim AK, o kolejnych, przemiennych okupacjach, i wreszcie o pobycie w sowieckich łagrach. Czy mam to opisywać?
Kiedy Jurek po raz ostatni był u brata i jego małżonki, zwierzył mi się, że zbiera materiały do książki, której treścią będzie przypomnienie przedwojennych piosenek lwowskich. Ale pomysł! Myśleć o takich rzeczach w czasach, gdy „smutnym panom” na brzmienie słowa „Lwów” pistolety same się w kieszeniach odbezpieczały! A jednak...
Nie ma już Jurka. Jak strasznie trudno jest się z tą myślą pogodzić. Nie usłyszę już nigdy ani jego charakterystycznego, zaraźliwego śmiechu – a śmiać się lubił, i to bardzo – ani historyjek, opowiadanych najmilszą ze wszystkich, lwowską gwarą. Została mi tylko imponująca rozmiarami książka, napisana wspólnie z profesor Zofią Kurzową, a traktującą o „Lwowskich piosenkach ulicznych, kabaretowych i okolicznościowych”, zostały cztery pierwsze tomy „Encyklopedii muzycznej”, powstałej przy ogromnym wkładzie pracy przyjaciela, i został skromny, a jakże w latach pięćdziesiątych potrzebny „Słowniczek muzyczny”, jego pierwsza powojenna drukowana praca.
Pierwsza drukowana praca... A ile ich zostawił, w ilu miastach wtajemniczał młodzież w muzyczne misteria, ile (i jakich!) wygłaszał prelekcji, ile z myślą o młodej i najmłodszej generacji skomponował piosenek. Ale o tym już inni mówili, mówią i mówić będą. Mnie pozostało serdeczne, ciepłe wspomnienie.
O Jerzym Habeli. Lwowiaku.