Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

SYLWETKI

Wszystkie 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

MARIAN BOGDANOWICZ

[1/1995]

W tym roku mija 40. lecie śmierci Ma­riana Rosco-Bogdanowicza (1862-1955), który po długim i barwnym życiu we Lwo­wie, Wiedniu, Paryżu, Warszawie i wielu innych miejscach, ostatnie lata spędził w Krakowie i tu spisał niezwykle ciekawe „Wspomnienia” (Wydawnictwo Literackie, 1957).
Wywodził się z zamożnej rodziny zie­miańskiej, pochodzenia ormiańskiego (ob­darzonej polskim indygenatem i herbem Lada podobno początkiem XVI wieku). Nauki pobierał tylko u domowych guwer­nerów, nie odebrał wyższego wykształce­nia. Za to, dzięki ogładzie towarzyskiej, świetnej francuszczyźnie, jeździe konnej i szermierce, a nade wszystko talentom tanecznym, dość wcześnie wszedł w to-warzystwio ziemiańsko-arystokratyczne Lwowa. Bywał także w Krakowie oraz pałacach i dworach całej Galicji.
W roku 1894 przeniósł się do Wiednia, by tam - na dworze cesarskim i w pała­cach arystokracji zbierać laury towarzy-sko-taneczne przez lat osiem. Dalsza część życia okazała się mniej błyskotli­wa. Mieszkał później w Paryżu, w War­szawie, a po II wojnie w Krakowie i tu zmarł w Zakładzie Helclów.
Nieprzeciętny zmysł obserwacji, feno­menalna pamięć i łatwość pióra zaowo­cowały u Bogdanowicza niezwykłym pa­miętnikiem, który dał nam obraz życia to­warzyskiego i obyczajów sfer, w których ich autor się obracał. Nie miał predyspo­zycji intelektualnych, by wykorzystać swe stosunki w działalności politycznej lub spo­łecznej, to też jego wspomnienia nie mogą być porównywane z pamiętnikiem Kazi­mierza Chłędowskiego. Wartość nato­miast wspomnień Bogdanowicza stano­wi wypełnienie pewnej luki obyczajowo-anegdotycznej w dziajach społeczeństwa polskiego w Galicji - przynajmniej tej jego sfery, która całkiem przepadła w toku wydarzeń ostatnich 80 lat i właściwie żaden ślad po niej - z wyjątkiem podob­nych właśnie pamiętników - nie pozostał.
Niech to przypomnienie niebanalnego człowieka i autora, zakończy zabawna anegdota (nieco frywolna, choć Bogdano­wicz jest zawsze nienagannie elegancki)
0    wymianie depesz, jaka miała miejsce między Krakowem i Lwowem: Hrabina K. wydała swą córkę za mąż państwo młodzi wyjechali w podróż po­ ślubną, której pierwszym etapem był Kra­ ków. Nazajutrz po ślubie zeszło się u hr. K. towarzystwo, któremu owa dama, nie bez dumy, pokazywała telegram z Krako­ wa od córki, z komentarzem: „Voyez com- ment j’eleve mes filles!” (Oto jak wycho­ wuję moje córki!). Telegram brzmiał: „Mon mari pretend des choses que je ne puis permettre. Que faire?” (Mój mąż żąda cze­ goś, na co nie mogę pozwolić. Co mam czynić?).
-    I co pani odpowiedziała?
-    Cóż mogłam odpowiedzieć: „Per- mettez, permettez - merę.” (pozwól, po­ zwól - matka).
A.Ch.
.