Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

SYLWETKI

Wszystkie 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

UPARTY KOZIOŁ

[1/2009]

Tak się złożyło, że w czasie wojny w Londynie, przy huku spadających bomb, poznałem rodaka o wyjątkowym spokoju i opanowaniu – nie mówiąc już o wyjątkowej serdeczności. Tym Polonusem okazał się rodowity lwowianin – ongiś pan na bekach węgierskiego wina, znany na całą Polskę winiarz z ulicy Dominikańskiej – Stanisław Kozioł, lwowski Wierzynek. Oprócz składów win prowadził bombonierkę zdobną w porcelanę dla koneserów podniebienia, kaczka nadziewana jabłkami bez kostek należała do przysmaków tej kuchni. Utarło się nawet powiedzonko: być we Lwowie i nie odwiedzić Kozioła – „to hańba i wstyd – ta joj”!
Wojna zrujnowała stare piwnice, rozlewając wino po całym świecie. Sam zaś winiarz przemierzył trochę ziemi, aż wreszcie znalazł się w Iranie, Palestynie i Italii, by stąd w mundurze wrócić do Londynu.
Uparty Kozioł i na tej obcej ziemi nie stracił wigoru, zapału i zdolności organizacyjnych. Wkrótce trafił mu się lokal przy jednej z dużych ulic Londynu, więc ciułając grosz – otworzył przy Oxford Street restaurację o frapującej nazwie „Lucullus”…
Otworzyły się podwoje i pod ścianami wyprężyły się kelnerki w charakterystycznych czepkach i fartuszkach. Były to nasze Zosie, Basie, Marysie. Z ulicy zaczął wpływać strumień gości. Chwalili lokal, nakrycie, potrawy, usługę i właściciela, który pańskim okiem klienta tuczył… Wszystkich gości obdarzał uśmiechem, dziękując za odwiedziny.
Właściciel „Lucullusa” stale studiował podniebienia Anglików. Wiedział już, że należy podawać nie tłuste potrawy, lecz chude, że zupy muszą być wodniste, że każdy deser może być dobry, o ile będzie polewany custardem – tym ulubionym ich kremem do wszystkiego. Toteż synowie Albionu wpadali w zachwyt, chwaląc na wsze strony kontynentalną kuchnię.
Lecz Kozioł nie byłby Polakiem, gdyby na widok grzybów się nie wzruszył. Kupuje więc od Polaków cały kosz prawdziwków. Pamięta je przecież z Polski… Sam je dotyka, przyprawia. I po raz pierwszy w karcie figurują grzyby jako mushrooms. Anglicy są zachwyceni, a Polacy nawet bisują. Ale trafia się jeden malkontent – Anglik. Coś kręci nosem, reklamuje – w końcu oskarża firmę, że podaje trujące grzyby…
Sprawa wędruje do sądu, oskarżonym jest Stanisław Kozioł. Na próżno eksperci tłumaczą, że są to najprawdziwsze grzyby – w Polsce najzdrowszy, najwspanialszy przysmak. Sąd jednak uważa, że grzyby są niejadalne w Anglii i podawanie ich do stołu jest przestępstwem. Polaka nie ukarano co prawda, ponieważ był nieświadomy przepisów, ale ostrzeżono go, że jeśli „polskie grzyby” pojawią się jeszcze raz w restauracji – będzie musiał pójść do więzienia.
Pomimo tego zgrzytu „Lucullus” cieszył się coraz większym powodzeniem, czego konkurencja nie mogła jednak znieść. Pewnego dnia zjawił się przedstawiciel władzy, który oświadczył: – Dear sir, nie mamy żadnych zastrzeżeń, że jesteś Polakiem – ale zatrudniasz samych rodaków jako kucharzy i kelnerki. Dla miłej zgody musisz zatrudnić też kilku Anglików. – Ależ bardzo chętnie, tylko, czy oni umieją po polsku i czy nauczą się zrobić bigos, gołąbki i pierożki z kapustą?
I „Lucullus” się obronił! Polacy goto­wali, smażyli, piekli, a Basie, Zosie, Jadwisie podawały do stołu zawsze uśmiechnięte i grzeczne.
A kiedy po szale świątecznym, czyli „Christmasie” – nastawało odprężenie gastronomiczne, właściciel „Lucullusa” pakował walizę, wsadzał do niej kilkanaście upominków i pędził na lotnisko w Craydon, by po kilku godzinach wylądować w Warszawie – już jako gość „Grandu”, „Europejskiego” czy „Bristolu”.
Lecz po kilku dniach „relaxu” w stolicy Polski wsiadał do wagonu restauracyjnego i mknął do Zakopanego, zachwycając się wszystkim – soplami lodu, to znowu zaspą śnieżną lub kapelusikiem góralskim z piórkiem i konikiem z saniami [z ładunkiem] gnoju… Zakopane często więc widziało ubranego w kożuszek miłego pana w figlarnym nakryciu głowy – jak o jednym kijku narciarskim, spacerkiem ciągnął w stronę Kuźnic, by stąd kroczyć pod słońce hen, na Halę Kondratową. Tu na pieńku odpoczywał sobie lwowski londyńczyk i ino ziorał w te górecki – coś dumając… I następnego dnia nowy ślad znaczył drogę ku Kondratowej, by tu odetchnąć całą piersią, by tu odpocząć wśród ciszy gór – z dala od ludzi, zgiełku Krupówek…
Po roku znowu z zegarkiem w ręku zjawiał się turysta z Londynu – zawsze pełny zachwytu dla wszystkiego, co go otaczało. Czasem tylko zboczył z drogi i posłał kartkę z pięknej Szwajcarii, Tyrolu, Francji – kończąc słowami: Góry, nasze góry – dałbyk was ozłocić, kieby mi się chciały młode lata wrócić.
I ozłociły się góry – i na stałe wrócił nasz londyńczyk. Podobno bomba pękła wśród emigrantów! Echo tylko niosło, że Kozioł zlikwidował „Lucullusa”, że ciągnie do gór, bo tam jest tylko powietrze dla niego, bo tam szuka wytchnienia i dachu nad głową – wśród smreków. I po kilku tygodniach Kozioł znalazł kolibę krytą gontem, przetykaną mchem między bierwionami, kutą nawet żelazem dla ozdoby chałupy – o dużych oknach i małym kominku, z którego ino sypały się iskry. Kilkanaście skór zdobi podłogę, a łyżnik góralski okrasza ścianę. Lipowa zaś ława nacinana góralskim nożem jest ulubionym fotelem b. mieszkańca Londynu.
– Nie zdajesz sobie sprawy, jak dobrze się tutaj czuję – codziennie rano mam zajęcie – gimnastykę, odgarniam śnieg, którego w Londynie nie miałem, później rąbię drzewo do kominka, palę, gapię się w ogień, jak strzela, jak huczy! Może to i śmieszne – lecz warto odpocząć sobie na stare lata pod polskim dachem, pod polskimi krokwiami, na polskiej ziemi – wśród starych świerków i swoich.
Zadumałem się i ja. Przed oczyma przemknął mi też Londyn, opustoszały Hyde Park z pożółkłymi liśćmi, to znowu szara, oleista Tamiza z kopcącymi kominami holowników i czerwony sznur piętrowych autobusów… Zrozumiałem też mojego przyjaciela Stacha, który tak uparcie ciągnął do gór – do niezmąconej ciszy zakłóconej jedynie spadającą lawiną z dachu, urwanym soplem lub szczekaniem Brysia.

Powyższe wspomnienie było drukowane w krakowskim „Dzienniku Polskim” 54/1966. Ani lwowianin Stanisław Kozioł, ani krakowianin Antoni Wasilewski nie żyją od dawna...