Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

SYLWETKI

Wszystkie 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Anna Madej, TARNOPOLANKA

[2/2006]

Wspomnienie o śp. Irenie Berg


Kiedy myślimy o kimś zostając bez niego

ks. Jan Twardowski

Irena Berg pochodziła z polskiej rodziny wojskowej. Ojciec Leopold Berg, major kawalerii, urodził się w 1894 r. w Falkenstein (Szczerzec) pod Lwowem. Ukończył gimnazjum i Szkołę Kursów Handlowych we Lwowie. W 1914 r. powołany został do armii austriackiej i na froncie był trzykrotnie ranny. Służbę w armii austriackiej zakończył w 1918 r., po czym wstąpił ochotniczo do 7. pułku ułanów i już w grudniu 1918 r. został skierowany na front ukraiński. W roku 1920 wraz ze swym pułkiem ułanów walczył na froncie bolszewickim, za co został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari. W 1920 r. przeszedł do Korpusu Ochrony Pogranicza na Wołyniu. Tam, w Szumsku k. Krzemieńca, 5 kwietnia 1928 r. przyszła na świat jego córka Irena. W 1931 r. Leopold Berg został odkomenderowany do Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Był to dla Ireny i jej młodszej siostry Zuzanny szczęśliwy okres dzieciństwa. W domu częstymi gośćmi byli oficerowie, którzy wkrótce mieli zostać bohaterami kampanii wrześniowej.

Pod koniec sierpnia 1939 wraz z 27. pułkiem ułanów major Berg wyruszył na wojnę, by nigdy z niej nie powrócić. Ostatni raz kontaktował się z rodziną ok. 10 września, prosząc żonę Marię, aby wyjechała z Grudziądza na Wołyń. Jak po latach poszukiwań (w 1990 r.) dowiedziała się córka Irena, ojciec dostał się do niewoli sowieckiej, był więziony w Starobielsku i został rozstrzelany w Charkowie w 1940 r. („Lista Katyńska” poz. 170).

Z wielkim trudem matka i córki dotarły do Nieświeża, ale nie czuły się tam bezpieczne. Sowieci zabrali im przywiezione z Grudziądza rzeczy i dokumenty, przez pewien czas ukrywały się w jakimś białoruskim domu, opłacając złotem swój pobyt i to, żeby ich nie wydano Rosjanom. Dopiero pod koniec października dotarły do Szumska, gdzie dziadek Ireny był lekarzem ziemskim. Tu też nie było bezpiecznie. W lutym 1940 r. wywożono do Archangielska rodziny osadników.

Jak wspominała p. Irena: 13 kwietnia 1940 roku przyszła kolej na nas. Nie pozwolono nam niczego ze sobą zabrać, władze sowieckie wyjątkowo wrogo usposobione były do rodzin polskich oficerów. Przez dwa tygodnie w zakratowanych wagonach towarowych jechałyśmy z setkami rodzin w nieznane. Jedyne pożywienie stanowiła raz dziennie podawana nibyzupa z kawałkiem chleba. Celem naszej podróży był kołchoz „Siewiernaja Zwiezda” w Siewierno-Kazachskoj Obłasti.
Pracowałyśmy w polu od świtu do późnego wieczora, mieszkałyśmy w ziemiankach, warunki były bardzo ciężkie, wszystkie malutkie dzieci umarły. W kołchozie przebywałyśmy przez rok, kiedy w 1941 roku wybuchła wojna niemiecko-sowiecka. Wszystkich Polaków przewieziono do Amankaragaju, niedaleko Kokczetawy... na budowę linii kolejowej, miała ona służyć do transportu węgla dowożonego do europejskiej części Związku z Karagandy. I tu warunki pobytu były niezwykle ciężkie, mieszkaliśmy w barakach-ziemiankach, dzieci 12––14-letnie pracowały w „brygadach małoletnich”, praca trwała dwanaście godzin dziennie, jedzenie ograniczało się do kawałka chleba.
W 1942 roku trochę się poprawiło, otrzymałyśmy informację, że w Buzułuku formuje się Wojsko Polskie. Matka moja napisała list do gen. Władysława Andersa, którego znała osobiście, prosiła o umożliwienie nam wyjazdu do Buzułuku. Dość szybko przyszła odpowiedź, generał bardzo serdecznie nas zapraszał. Niestety, tuż przed wyjazdem najpierw matka, potem ja zapadłyśmy na tyfus, a kiedy powróciłyśmy do zdrowia i sił, wojska już nie było, zostało wyprowadzone do Iranu. Sytuacja nasza uległa pogorszeniu, byłyśmy szykanowane, na każdym kroku podkreślano, że jesteśmy „wrogami sowieckiego narodu”...

Kiedy dobiegła końca ta straszna wojna, wydawało się że najgorsze za nami, zaczęłyśmy z matką zastanawiać się, jaką marszrutę wybrać w powrotnej drodze do wymarzonej ojczyzny. Zdecydowałyśmy, że najpierw pojedziemy do dziadka na Wołyniu, a potem dalej do Polski. Wszystkich, którzy zadeklarowali powrót do kraju, przewieziono w okolice Charkowa, do sowchozu, pracowałyśmy przy różnych robotach rolnych, ale nie było już głodu.

W grudniu 1945 roku dotarłyśmy na Wołyń do dziadka. Nie miałyśmy pojęcia o tym, jak wrogo miejscowi Ukraińcy byli nastawieni do Polaków, a nas uważano za „Sowietów” także, bo przyjechałyśmy z głębi Rosji. Przeżyłyśmy koszmar, codziennie ocierałyśmy się o mordy i rzezie, pierwszy presji wydarzeń nie wytrzymał dziadek, ciężko zachorował, o natychmiastowym wyjeździe nie było mowy. Trzeba było czekać, z Polski dochodziły do nas wiadomości, że władza ludowa wydała wojnę przedwojennym oficerom i ich rodzinom, nie do rzadkości należą zsyłki na Sybir. W Polsce nie miałyśmy żadnej rodziny, nasze korzenie były tu na Kresach Wschodnich.

I tak Irena Berg pozostała na swojej ziemi ojczystej. W 1950 z wyróżnieniem ukończyła szkołę średnią w Szumsku, w tym samym roku przymusowo wydano jej paszport sowiecki. Wyjechała na studia medyczne do Lwowa, a po ich ukończeniu, w 1956 roku, skierowano ją do pracy w Tarnopolu, gdzie przez 35 lat pracowała jako lekarz rentgenolog w wojewódzkim szpitalu przeciwgruźliczym.

Gdy w 1989 roku zakładano w Tarnopolu Towarzystwo Kultury Polskiej, Irena Berg czynnie włączyła się w jego działalność. Gdy tylko posłyszała na ulicy kogoś mówiącego po polsku, podchodziła, opowiadała o Towarzystwie, wręcz do niego zaprowadzała. Pracowała bezinteresownie i z pełnym poświęceniem przez 15 lat. To ona zorganizowała i prowadziła bibliotekę. To ona zebrała grupę starszych pań, które regularnie porządkowały polskie groby na cmentarzu tarnopolskim i to do niej zgłaszali się Polacy przyjeżdżający z kraju, a nie mogący od­naleźć grobów swoich bliskich. Jeszcze w czasie ostatniej wycieczki tarnopolan we wrześniu 2005 była naszą przewodniczką po cmentarzu. Bez niej nie odbyła się żadna uroczystość czy ważne spotkanie z gośćmi z RP. Ona też zajmowała się rozdzielaniem pomocy z Polski, wiedziała, kto jej najbardziej potrzebuje. Była wielkim autorytetem nie tylko dla Polaków w Tarnopolu, ale i tarnopolan w Polsce. Nie darmo rokrocznie zapraszali ją na swoje zjazdy. Uczciwie i rzetelnie przedstawiała problemy Towarzystwa. Właściwie żyła Towarzystwem.

W 2005 r. Prezydent RP nadał Irenie Berg polskie obywatelstwo. 25 lipca w konsulacie we Lwowie odbyła się uroczystość jego wręczenia. Taką refleksją dzieliła się na długo przed tym wydarzeniem: Tak rzadko odczuwamy szczęście w chwili, kiedy ono nam towarzyszy. Dopiero kiedy przeminie, spoglądamy wstecz i wtedy, zdumieni, dostrzegamy jak bardzo byliśmy szczęśliwi. To przemożne uczucie było udziałem wszystkich Sybiraków, a potem pozostawała świadomość wierności swojej drodze życiowej, która dawała tę niezwykłą siłę, tak potrzebną do przetrwania. Ale jest przecież granica cierpienia, poza nią już nie ma radości, ale nigdy nie umiera nadzieja, nawet taka niewielka, na to, że wróci się do Polski, chociaż na chwilę, do tej najpiękniejszej i najświętszej Ojczyzny.

I wróciła Irena jeszcze „na chwilę” do Ojczyzny. Trwała ta chwila od 6 do 12 listopada 2005. 9 listopada spotkali się z nią tarnopolanie krakowscy. Jak zwykle rozmowa toczyła się wokół spraw Polaków w Tarnopolu, ale też pytaliśmy śp. Irenę, jakie są jej plany w związku z otrzymanym obywatelstwem. Chciałabym umrzeć w Polsce – powiedziała. Niestety, Bóg chciał inaczej. Umarła 25 listopada 2005 w Tarnopolu, a pochowana została w rodzinnym Szumsku, obok swej matki. Miejsce to sama wskazała, porządkując w październiku groby rodzinne przed 1 listopada.

A nam cóż pozostało – tylko modlitwa i pamięć o tak wspaniałym Człowieku, jakim była śp. Irena Berg.

Anna Madej