Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

SYLWETKI

Wszystkie 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

NASZA PANI NIKIFOR

[4/2004]

NASZA PANI NIKIFOR
 
 

Wszyscy Czytelnicy zapewne wiedzą o wspaniałym sukcesie 84-letniej aktorki, która w filmie Krzysztofa Krauzego zagrała męską rolę Nikifora, a na tegorocznym 29. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni została uznana za najlepszą aktorkę i otrzymała za to Złote Lwy.

Nie bardzo rozumiemy, co mają Lwy do Gdyni, wiemy natomiast, że dobrze trafiły nie tylko do znakomitej artystki, ale i wspaniałej lwowianki. Napisaliśmy w tytule: nasza i mamy do tego pełne prawo, bo aktorka swoją lwowskość bardzo eksponuje. Oto w naszym Archiwum Wschodnich Mało­polan (już się przydaje!) odszukaliśmy numer Magazynu – dodatku do „Gazety Wyborczej” z 2 III 2000, gdzie znalazła się długa rozmowa K. Bielas z Krystyną Feldman. Pierwszą część tego tekstu pozwalamy sobie przedrukować niżej.

 

KB. W roku 1937, od razu po ukończeniu przez Panią szkoły teatralnej, dyrektor Janusz Warnecki zaangażował Panią do Teatru Miejskiego we Lwowie. A więc w roku 1939, kiedy do zajętego przez Armię Czerwoną Lwowa uciekało przed Niemcami wielu aktorów, była Pani w centrum kulturalnych wydarzeń. Co się działo w teatrze?

KF. Nie wiem, bo natychmiast się wycofałam. Przyszłam do teatru, natrafiłam na jakieś wielkie zebranie, na którym odczytywano wiernopoddańczy list do Stalina. Odwróciłam się na pięcie i wyszłam. I to na długo. Do pracy wróciłam dopiero w roku 1944.

KB. Kto go odczytywał, podpisywał?

KF. Proszę nie pytać. Nie przejdzie mi to przez gardło. Powiem tylko, że Andrzej Szalawski też odwrócił się na pięcie i wyszedł. [...] Wtedy we Lwowie, za tzw. pierwszych bolszewików, ja zupełnie odżegnałam się od teatru. Nawet nie wiem, co tam się działo. Dyrektorem został chyba jakiś Ukrainiec, dużo do powiedzenia miała Wanda Wasilewska [...]. Po prostu przyszedł ukaz i wszystko się zmieniło. Ale ja chciałam być od tego jak najdalej.

KB. Nikt nic nie opowiadał?

KF. Wtedy zaczęły się wywózki inteligencji. Kto tam myślał o teatrze... Każdy kombinował tylko, jak tu z głodu nie zginąć. Uważał, żeby go na Sybir, do białych niedźwiedzi nie wywieźli. Poza tym przeżywaliśmy straszliwą rozpacz po utracie ojczyzny, wolności. Wszystko to się na nas zwaliło. Szczególnie dotkliwie odczuwała to młodzież wychowywana w duchu patriotycznym, do której należałam. Chcieliśmy tylko być jak najdalej od bolszewików.

Wróciłam do teatru po okupacji niemieckiej, w roku 1944, za tzw. drugich bolszewików. Była już straszna bieda. Pomyślałam sobie – trzeba wracać i grać. Teatr wyrzucono z jego dawnej siedziby i przeniesiono do bydynku teatru żydowskiego, na ulicę Jagiellońską. Ten teatrzyk był niewielki, salę mieliśmy nabitą publicznością. Dyrektorem został Bronisław Dąbrowski. Tam zaprzyjaźniłam się z nieżyjącym już, nieocenionym, ukochanym Aleksandrem Bardinim.

KB. Co graliście w teatrze?

KF. Prawdziwy polski repertuar. Nawet Wesele – naturalnie bez sceny z Szelą. Różne komedie, Moralność Pani Dulskiej... Na scenę rzucano zawsze z widowni biało-czerwone wiązanki. W hołdzie dla polskiego słowa, tak to rozumieliśmy. Wystawiano też chyba jakąś sowiecką sztukę, Misja Mister Perkinsa w krainie bolszewików czy coś takiego. Na szczęście w niej nie grałam. Na polskie sztuki publiczność reagowała po prostu cudownie. I tak trwało do roku 1945, kiedy – na mocy zarządzenia ówczesnego ministra kultury Leona Kruczkowskiego – wyjechaliśmy, a właściwie nas wyjechano, do Katowic.

Kiedy dyrektor Dąbrowski obwieścił, że zespół ma wyjechać, wszystkich ogarnęła rozpacz. Już nic nie mieliśmy, ale jeszcze był w nas patriotyzm. Jak to? Dobrowolnie opuścić Lwów? Ale co było robić... Przyjąć obywatelstwo sowieckie? I już nigdy nie wyjechać? To była rozpacz. Nie tylko nasza. Kiedy wyjeżdżaliśmy, ludzie płakali. Na dworzec przychodziły rodziny, znajomi. Niezbyt gromadnie, bo nie puszczali, ale ­przychodzili. Po nas wyjeżdżały opera, politechnika.

KB. Jak to się odbywało? Czy wyjeżdżał cały teatr?

KF. Byliśmy uprzywilejowani, wyjeżdżaliśmy składem osobowym, który dowiózł nas w trzy dni. Inni repatrianci podróżowali po trzy tygodnie. Pociąg ciągle stawał i trzeba było robić składkę, żeby maszynista pojechał dalej. Nas też ciągle gdzieś zatrzymywano, nie przepuszczali. Trwała wojna. Pierwszeństwo miało wojsko.

Ale naprawdę byliśmu uprzywilejowani. Dzięki Lidce Kastori, późniejszej żonie dyrektora Dąbrowskiego, aktorce-organizatorce naszego wyjazdu*, zwolniono nas na przykład z przymusowego odwszenia, które trzeba było przejść chyba po to, żeby broń Boże wszy radzieckich nie wywieźć. Lidka powiedziała, że aktory nie mają wszy i nielzia ich do odwszalni. Poskutkowało. Dzięki Lidce nie opuszczałam Lwowa z ogoloną głową.

KB. A co czekało w Katowicach?

KF. Przede wszystkim pluskwy. [...] Wszędzie pałętały się stare poniemieckie bety. [...]

KB. Przenieśli Was gdzieś?

KF. [...] Przemieszkaliśmy tydzień w hoteliku, gdzie pijani radzieccy żołnierze dobijali się do drzwi – bo tu jest diewoczka i można się pobawić. Potem było kolejne straszne mieszkanie bez ubikacji, w ogóle bez niczego. [...] Wytrzymałam w Katowicach – które nam, lwowiakom, wydawały się jeszcze ohydniejsze – jeden sezon. Te sadze, ten brud... Lwów, mimo zbezczeszczenia przez bolszewików, był dalej ślicznym miastem.

KB. A jak Was przyjął teatr w Katowicach?

KF. Nie powiem, żeby to była sympatyczna sytuacja. Przyjechał cały lwowski zespół, ze trzydziestu paru aktorów, zespół techniczny, administracyjny. Zrobiło się trochę ciasno. Lwowskie przedstawienia graliśmy w naszej obsadzie. Dyrektor Dąbrowski objął jednak cały teatr [...], więc potem trochę się wymieszało.

KB. Stosunki się poprawiły?

KF. Nie. Lwowiacy trzymali się razem. Ze strony reszty czuło się dystans. Wspominam to bardzo nieprzyjemnie. [...]

 

 

Pani Krystyna urodziła się we Lwowie w 1920 r. jako córka popularnego aktora Ferdynanda Feldmana oraz śpiewaczki operetkowej Katarzyny Sawickiej. Po wyjeździe ze Lwowa z teatrem do Katowic – o czym sama opowiedziała w załączonym fragmencie rozmowy – i po krótkim pobycie na Górnym Śląsku przeniosła się do Opola, potem do Jeleniej Góry, następnie spędziła parę sezonów w Szczecinie, wiele lat w Łodzi i wreszcie – do dziś – w Poznaniu. Jej mężem był znany aktor Stanisław Bryliński.

Uważana jest za mistrzynię aktorstwa charakterystycznego. Chyba ta cecha spowodowała niecodzienną dla kobiety propozycję zagrania starego Nikifora? W jednej z recenzji przeczytaliśmy, że Krystyna Feldman w tytułowej roli tworzy kreację, od której przechodzą dreszcze. Fizyczne podobieństwo i świetna charakteryzacja nie na wiele by się zdały, gdyby nie cudowna zdolność aktorki do całkowitej alienacji przed kamerą. Zapadając się w sobie, w swoim świecie, staje się istotą bez tożsamości i właściwości – postacią niemal anielską. To Nikifor jako wcielenie sztuki czystej, poprzez którą przemawia do nas jakaś niewidzialna siła.

 

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka, też z lwowskim, choć dość odległym odniesieniem: film K. Krauzego otrzymał również nagrodę za kostiumy, zaprojektowane przez Dorotę Roqueplo, wnuczkę prof. Stefana Świeżawskiego.
 

* Patrz CL 1/97