Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

SYLWETKI

Wszystkie 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

WSPOMNIENIE O MARII HOMME

[4/2004]

3 III 1911–16 VI 2004

 

 

Panią Homme poznałam już po wojnie. Była nauczycielką francuskiego, ale tak się złożyło, że mnie nigdy nie uczyła, znałam tylko kilku Jej uczniów. Pamiętam, jak przyprowadzała do kościoła Marii Magdaleny (przed jego zamknięciem) staruszkę – zakonnicę Sacre Coeur, matkę Baveu (nie ręczę za pisownię nazwiska). Potem spotykałyśmy się czasem u znajomych, zwłaszcza w Brzuchowicach u państwa Sokolnickich.

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy byłam w Jej mieszkaniu przy ul. św. Mikołaja, ale potem chodziłam tam często, zwłaszcza w czwartki, po mszy św. do Miłosierdzia Bożego, na której bywałyśmy regularnie. Część drogi powrotnej przebywałyśmy tramwajem, ale potem już tylko na piechotę przez Akademicką, bo Pani Marii trudno było wchodzić i wysiadać z tramwaju. Na miejscu następował rytuał parzenia kawy. Pani Maria była jej wielką miłośniczką, ale w czasie Wielkiego Postu (i w inne postne dni) nie pijała jej. Mówiła, że jest to „post francuski” od ulubionej potrawy. Rzeczywiście, trudno traktować jako umartwienie post od mięsa, gdy ktoś mięsa nie lubi. W czwartki bywali też u Niej przyjaciele i dobrzy znajomi, zwłaszcza pani H (nie żyje już od kilku lat), która przyrządzała doskonałe zupki jarzynowe. Osoba o gołębim sercu i wielkiej uczynności. Pani Maria z wielkim żalem przyjęła jej śmierć.

Imieniny obchodziła na Zwiastowanie. Ale ponieważ to święto przeważnie wypada w Wielkim Poście, to goście imieninowi przychodzili na Wielkanoc. Była oczywiście kawa, starannie parzona w przedwojennym kawniczku, z czego najbardziej cieszyła się sama Gospodyni po sześciotygodniowym umartwieniu herbatą.

Była bardzo towarzyska i przyjaciele często Ją odwiedzali, bo – jak sama mówiła – mieszka w takim punkcie, że każdemu jest „po drodze”, a do tego na parterze. Ale nie tylko dlatego. Jej życzliwość i uczynność znane były powszechnie, nieraz nawet wykorzystywane. Ale to Jej nie zrażało. Ludzie dobrze się czuli w Jej towarzystwie i to było głównym powodem odwiedzin.

 

Nie sposób tu nie wspomnieć o iście bohaterskim wyczynie Pani Marii – podróży do Francji. Były to lata 80., więc podróż taka była czymś niezwykłym. Pani Maria miała tam przyjaciół, jeszcze z czasów uniwersyteckich, gdy studiowała francuską filologię i była zobowiązana (przez uniwesytet) do spędzania wakacji we Francji – dla nabrania wprawy w konwersacji. Nie była zamożna, więc czas spędzała pracując jako bona we francuskiej rodzinie, opiekując się dziećmi. Kontakty przetrwały w postaci korespondencji, a potem zaowocowały zaproszeniem, przysłanym przez byłego ucznia.

Ten iście szalony projekt Pani Maria trzymała w sekrecie i dowiedzieliśmy się o nim – grono przyjaciół – dopiero wtedy, gdy miała już paszport zagraniczny i wymienione pieniądze. Włosy stanęły nam na głowie. Podróż miała się odbyć samolotem z Moskwy do Paryża, ale do Moskwy też trzeba było dojechać.

Na szczęście jednak mieszkał tam znajomy Michaił Łuniakow, który zaopiekował się podróżniczką. W Paryżu na lotnisku oczekiwał dawny podopieczny sprzed pół wieku. W ręku trzymał tabliczkę na patyku z wykaligrafowanymi dużymi literami „François” (tak się umówili). Pani Maria od razu go zauważyła, choć oczywiście poznać byłoby trudno.

Ta podróż to było marzenie Jej życia. Odwiedziała Bretanię (gdzie wtedy pracowała), była w Lourdes, ale najwięcej czasu spędziła w Paryżu. Nawiązała tam nawet kontakty towarzyskie w modlitewnej grupie starszych pań, gdzie ktoś nawet wziął Ją za Rosjankę (częsta pomyłka Francuzów), co z naciskiem prostowała. Opowiadała nam potem o pewnych zmianach, które wprowadzono w tekstach modlitewnych w porównaniu z przedwojennymi. Na przykład mówiono Amen na zakończenie modlitwy (z akcentem na ostatnią sylabę), a nie Ainsi soit-il.

Wracała podobnie, samolotem z Paryża do Moskwy i pod opieką ucznia – przesiadka na samolot do Lwowa. Jedyny przykry moment w całej podróży nastąpił, gdy francuski samolot wylądował w nocy i Pani Maria musiała samotnie czekać na lotnisku do rana, póki uczeń po Nią nie przyjedzie. Czuła się strasznie zagubiona w obcym kraju. Ale cała podróż napełniła Ją ogromną satysfakcją i nawet ośmielała się marzyć o powtórzeniu. To jednak się nie spełniło.

 

O latach powojennych wolała raczej nie mówić. Wówczas wiele dzieci sekretnie przygotowywała do I Komunii św. Dużo czasu poświęcała turystom, którzy odwiedzali Katedrę. Prosił Ją o to jeszcze ksiądz Ludwik Kamilewski: Może Pani czasem coś opowie turystom? Bardzo chętnie się zgodziła, a było co opowiadać, także z historii. Bywało, że zaprosiła kogoś z turystów do siebie na kawę.

Z czasem grono przyjaciół zaczynało się wykruszać. Odeszła pani Irena, jedna pani Stasia, druga pani Stasia, wspomniana już pani Helenka. Były to wszystko osoby, rzecz prosta, niemłode. Pani Maria wspominała je ze smutkiem, ale pogodnie. Zdawała sobie sprawę z tego, że sama wkrótce do nich dołączy. Nieraz powtarzała, że chciałaby umrzeć, gdy dzień staje się dłuższy, a nie wtedy, gdy krótszy. Czemu Jej na tym zależało? Nie umiała powiedzieć. Ale i to ży­czenie, podobnie jak podróż do Francji, zostało uwzględnione w Niebieskiej Kancelarii. Zmarła 16 czerwca, gdy dzień się jeszcze wydłużał. Do końca, z całym oddaniem, opiekował się Nią Staszek Ratyński, on też zajmował się pogrzebem. Pochowano Ją w grobie Matki, tak jak sobie tego życzyła (Cmentarz Łyczakowski, pole 74). Było sporo ludzi, kilku księży. Było morze kwiatów i wyjątkowo piękna pogoda, jakby w niebie też się cieszono, że już do nich dołączyła.

Niech odpoczywa w spokoju.

 

Jadwiga Jamróz (Lwów)