Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

SYLWETKI

Wszystkie 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Zygmunt Trziszka, NASZ WSPÓŁCZESNY SOKRATES

[3/2006]

Pamięci Leopolda Buczkowskiego

W ubiegłym roku minęła 100. rocznica urodzin znakomitego, a dziś zapomnianego pisarza polskiego. Z naszych wschodniomałopolskich stron pochodził, tym bardziej więc naszą rzeczą jest, by przywracać Jego pamięć. Poniższe wspomnienie – niełatwe w czytaniu – ukazało się po śmierci Pisarza przed 17 laty w miesięczniku „Opole”.

Nazywany pisarzem z Leśnej Polany, ten konstanciński samotnik całe życie nie wchodził w żadne układy, by pod koniec życia dokonać najbardziej ryzykownego wtedy akcesu na rzecz frontu patriotycznego. Samotność przybrała wtedy nawet formę osamotnienia, a ci, od których to zależało, cofnęli mu nawet licencję pisarza o światowym znaczeniu. Było, minęło, okazuje się, że aż tak bardzo autor Czarnego potoku się nie pomylił. Wybrał racje polskie, odrzucając zewnętrzne, bo tak rozumiał ówczesny akces, dokonywany przecież w dramatycznych okolicznościach, a po dziś dzień całkowicie nie wytłumaczony. Największe sukcesy Leopolda Buczkowskiego przypadały na okres popaździernikowej odwilży. Czarny potok tłumaczony po tych latach na sześć języków, z uznaniem powitał tej klasy niezależny umysł, co Jerzy Stempowski [w Szwajcarii – przyp. red.]. W wydanych w kraju szkicach ten właśnie krytyk omówił cztery opusy Buczkowskiego (Wertepy, Czarny potok, Dorycki krużganek, Młody poeta w zamku). Widział w Buczkowskim prekursora powieści, która dokumentuje „kaprysy kosmiczne”, w które wdał się świat.

Ostatnie lata tej twórczości można nazwać sokratejskimi. Pisarz uprawiał prozę żywą, co dosłownie oznacza snucie niekończących się powieści o świecie, który z powodu skomplikowania stał się niewyrażalny przy pomocy słowa pisanego. Spotykając się z ludźmi, mówienie ilustrował rysunkami i muzyką żywą – improwizacjami. W ten sposób przywracał do istnienia świat młodości, który pozostawił, opuszczając podolskie Brody i okolice. Do końca nie mógł pogodzić się ze światem, który pogrzebał wielojęzyczne zbiorowisko, mówiące w kresowej polszczyźnie, w rusińskim narzeczu i języku jidysz. Zapisy te pomieścił w kolejnych książkach Proza żywa i Dialogi żywe. Wiódł też w tym czasie sokratejski żywot, odwiedzając wojenne pobojowiska. W tym pomagała mu kamera filmowa dokumentalisty I. Szczepańskiego, fragment tej roboty wielu zna z telewizyjnego ekranu.

Teraz nikt jeszcze nie wie, że odszedł współczesny Sokrates. Nie inaczej było z pierwszym Sokratesem, tym greckim – osądzony został jako szyderca.

Nasz Sokrates szydził z obecnego świata bardziej niż ten pierwszy. Tak pisał o tym jeden z nielicznych prawdziwych znawców jego twórczości, sam także niedoceniany jako myśliciel:Wszechszyderstwa Leopolda Buczkowskiego można nie dostrzec i nie zrozumieć, bo szydzi on tak, jakby się modlił, może on zresztą szydzi i modli się tymi samymi słowami, szyderstwo z wszechstronnej i nieskończonej ułomności ludzkiej może jest modlitwą za wszystkich, że wiedzą byle co i byle jak, że słyszą tylko trochę i niedokładnie, że prawie nic nie pamiętają, że wysilają swoje rozumy nadaremno, że czepiają się ślepo, czego można i nie można, że mylą przekleństwa z modlitwami, że szydzą z siebie i ze wszystkiego, ponieważ cierpią dopóki żyją (Henryk Bereza).

(Henryk Bereza).

Najprawdopodobniej Leonard Buczkowski cierpiał w życiu bardziej niż inni i trzeba powiedzieć, że cierpienie nad ludzką miarę znosił godnie, a nawet dostojnie.

Przypuszczam, że w swoje dni ostateczne miał jeszcze w ręku krakowskie „Pismo” [kwiecień 1989], w którym wydrukował fragmenty swoich sokratejskich dialogów, jakby mimochodem zestawiono go tam z Platonem, któremu poświęcono marcowy numer. [...]

Trzeba powiedzieć, że od jakiegoś czasu mało kto pamiętał o istnieniu autora Czarnego potoku. [...] Ciągle trwało też milczenie masowych środków nagłaśniania. Ale w końcu czy nie było tak zawsze, czy świat kiedykolwiek toczył się inaczej? Jest, jak być musi, Buczkowski zawsze mówił, że ludzka kultura, a szczególnie cywilizacja potoczyły się w niewłaściwym kierunku i przepowiadał narodziny całych nacji mutantów i homunculusów niczym z retorty pocywilizacyjnej.

Siebie już nie żałował, pocieszając się, że odejdzie nie doczekawszy najgorszego, a tylko ci, co pozostają, poznają całe apogeum absurdalizmów życia.

Nie wiem, czy odchodził pogodzony ze wszystkimi, bo w czasie jego umierania w warunkach szpitalnych pewnie nikt nie miał ochoty słuchać słów umierającego starca. Dla przykładu: pewna osoba z kręgów kulturalnych zupełnie nie rozumiała słów „majestat śmierci” i widząc stan przedagonalny pisarza, zapisała uwagę o potwornej czaszce starca, który jej przypominał raczej Diogenesa.

Nie jej w tym wina – wina świata zadowolonego ze swego zagubienia miary. Zresztą powszechnie obserwowany rozbrat pomiędzy fizycznością i psychiką człowieczą wielu nie pozwala ustalić: umieramy czy się rodzimy? I jemu niekiedy nie udawało się utrzymać na wodzy wszystkich miar, ale – jak powtarzał – nawet Sokrates czasem przysypiał.

Co zrobicie, jak mnie nie będzie – żartował z siebie, myślał pewnie o tym, co zrobimy z obezwładniającą nas głupotą. Prawdopodobnie odchodząc czuł, że wybiera wolność psychiczną, z której nawet w życiu zniewolonym umiał korzystać.

(Henryk Bereza).

Zygmunt Trziszka

* LEOPOLD BUCZKOWSKI, ur. 1905 w Nakwaszy k. Brodów, zm. 1989 w Warszawie. Pisarz, malarz, grafik (jego prace plastyczne zaginęły w czasie II wojny). Twórca prozy eksperymentalnej, z elementami malarskimi i lirycznymi, opartej głównie na doświadczeniach wojny i okupacji.WIELKI AKTOR POLSKI

Wojciech Brydziński 1877–1966

Mija 40 lat od śmierci jednego z wielkich mistrzów sceny polskiej minionego stulecia. Przez prawie wszystkie swoje lata w XX wieku był związany z Warszawą, grał w czołowych teatrach i występował w najważnieszych rolach dramaturgii polskiej i światowej.

Urodził się w Stanisławowie i tam wcześnie rozpoczął swoją wielką – przy niezwykłej skromności jako człowiek – karierę aktorską. Mając lat 17 dostał się do Teatru im. A. Fredry w rodzinnym mieście, działał tam przez 3 lata, i te właśnie lata spędzone na objazdach po miasteczkach były jego aktorską szkołą.

Potwierdziła się tu prawda, że najwięksi artyści żadnych profesjonalnych uczelni teatralnych nie kończyli i mimo tego wznosili się na wyżyny, na które dzisiejszych aktorów (i nie tylko) rzadko stać. Liczyły się wrodzone zdolności, talent, nie tylko ambicje i magisterium.

Od 1897 r. przeniósł się do teatru działającego w ówczesnym Księstwie Poznańskim, dwa lata później znalazł się w Łodzi. Od 1906 pracował w Warszawie, gdzie zetknął się i grał z największymi mistrzami polskiej sceny.

W czasie I wojny światowej wraz z innymi aktorami został deportowany do Rosji. Arnold Szyfman otworzył w Moskwie teatr, gdzie grano w języku polskim. Wrócili do kraju w 1922 r. W Warszawie działał aż do emerytury w 1963 r.... I WIELKA POLSKA AKTORKA

Janina Romanówna 1904–1991

„Tylko” 15 lat minęło od śmierci wielkiej damy polskiego teatru XX wieku, której gra nacechowana była prawdą, prostotą i wrodzonym wdziękiem. Dysponowała ogromnym bogactwem środków wyrazu zarówno w rolach dramatycznych, jak i komediowych.

Urodziła się we Lwowie jako córka wybitnego aktora tamtejszej sceny Władysława Romana. Uczyła się na kursach u ówczesnych czołowych mistrzyń lwowskiego teatru – Tekli Trapszo i Wandy Siemaszkowej, a lekcje śpiewu pobierała u Ady Sari.

Swoją karierę rozpoczęła we Lwowie w 1921 r. – pierwszą rolę zagrała u boku Wojciecha Brydzińskiego – ale w trzy lata później związała się z teatrami warszawskimi. Tam też grała po II wojnie, będąc zarazem pedagogiem w PWST. Zmarła w Warszawie.

Zagrała w życiu około 200 najważniejszych ról polskiego i światowego dramatu. Szczególnie lubiła polski teatr romantyczny. Nie bała się nigdy odsłaniać swoich wzruszeń i emocji.

Obie sylwetki zostały oparte na wspomnieniach aktora Witolda Sadowego.