Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

SYLWETKI

Wszystkie 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Leszek Wajda, ANNA MŚCIWUJEWSKA-WAJDA

[1/2007]

Moja żona Anna Zofia Mściwujewska urodziła się – wraz z bliźniaczką siostrą Beatą – w roku 1927 we Lwowie, w rodzinie profesorów architektury. Ich dziadkiem po kądzieli był Gustaw Bisanz (1848–1913), profesor Politechniki Lwowskiej; ojcem Adam Mściwujewski (1898–1965), profesor Politechniki Lwowskiej i Krakowskiej. O obu oraz o ich rodzinie opowiem w następnej części tego wspomnienia.

Hankę poznałem w roku 1949. Razem studiowaliśmy w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Krakowie – ona na wydziale grafiki, a ja na wydziale architektury wnętrz – później w Akademii Sztuk Pięknych, gdy obie uczelnie się połączyły. Hanka była sekretarką w Bratniej Pomocy Studentów Akademii, więc znała wszystkich studentów. Brała udział w licznych organizowanych imprezach, w balach „Kolorowego zawrotu głowy” i wyjazdach na narty. W Poroninie mieszkaliśmy w jednej góralskiej izbie w dwadzieścia osób. W czasie studiów Hanka zarabiała przepisując nuty dla muzyków. Nie było jeszcze wydawnictwa muzycznego, nut było mało. Pisała Staszkowi Skrowaczewskiemu nuty jego utworu dyplomowego w krakowskiej Wyższej Szkoły Muzycznej. Dyplomy ASP otrzymaliśmy w roku 1953. Pobraliśmy się w rok później. Nasz syn urodził się w roku 1956.
Prace artystyczne Hanki skupiały się na działaniach wystawienniczych, zwłaszcza wystawach muzealnych. Pracowaliśmy przygotowując wystawy zawsze razem – byliśmy zespołem autorskim. Przez blisko pięćdziesiąt lat projektowaliśmy i realizowali ekspozycje stałe i czasowe, zmienne, duże i małe, w sumie było ich kilkaset, w tym dla krakowskich muzeów i instytucji kulturalnych: Zamku Królewskiego na Wawelu, Muzeum Narodowego, Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, Muzeum Etnograficznego, Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego, Muzeum Teatralnego, Muzeum Historii Fotografii, Muzeum Armii Krajowej, a także dla Związków Polskich Artystów Plastyków, Biura Wystaw Artystycznych Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych oraz wielu innych wystaw i imprez okolicznościowych.
Nasza praca w zespole autorskim była podzielona. Koncepcję plastyczną całości robiliśmy wspólnie, w realizacji prac wystawowych Hanka decydowała o kolorze i etalażu, robiła układy eksponatów, wieszanie obrazów, a ja doglądałem prac technicznych, zabudowy przestrzeni wystawowej, spraw materiałowych i projektów sprzętów. Było coś fascynującego w tej wystawienniczej pracy, w obcowaniu z eksponatami, dziełami sztuki, świadkami historii – braliśmy do rękl koronę królewską, szablę Kościuszki czy rękopis Mickiewicza. Nasza praca projektowa wymagała dokładnego poznania eksponatów, ich wielkości, wymiarów, kolorów i historii. Czytaliśmy nie tylko scenariusz wystawy, ale też bibliografię dotyczącą tematu wystawy, historię zdarzeń, koligacje rodów, drzewa genealogiczne postaci. Wszystkie podstawowe i istotne wiadomości Hanka spisywała do grubych zeszytów, które towarzyszyły jej przez cały czas pracy. Wszystkie eksponaty rysowaliśmy w skali 1:20, by porównać ich wielkości. Na planach sal wystawowych i poszczególnych ścian ustalaliśmy układ eksponatów. Zmieszczenie wszystkich przewidzianych przez scenariusz wystawy eksponatów w przewidzianych przestrzeniach i to z sensem merytorycznym i plastycznym – to była zasadnicza sprawa naszego projektowania. Czasem było 800 grafik w Pawilonie Biura Wystaw Artystycznych czy 100 portretów uczestników bitwy wiedeńskiej w jednej sali wawelskiego zamku. Ciągłe liczenie wymiarów eksponatów, ścian, gablot, plansz – to była najtrudniejsza część projektowania. To techniczne rozmieszczenie materiału wystawowego poprzedzone było wieloma rozmowami z kustoszami wystaw i personelem naukowym co do kolejności wyeksponowania ważnych eksponatów, ich dobrej widoczności i czytelności treści wystawy. Problemy były czasem trudne do pokonania. Dla przykładu – wystawa wiedeńska na Wawelu, wielkie zwycięstwo polskie nad groźnymi Turkami – a my nie mamy żadnego materiału ikonogrficznego tureckiego, bo religia zabrania im przedstawiania postaci ludzkiej. Nie ma więc żadnych portretów, żadnych przedstawień bitew, wszystko tylko w źródłach europejskich, przeważnie w grafice i niewielkich formatach. I jak tu pokazać groźnych Turków poprzez piękne tkaniny, ubiory, wyszywane pantofle? Albo zestawienie w jednej sali wawelskiej obrazu morskiej Bitwy pod Lepanto o powierzchni malowidła około trzydziestu metrów kwadratowych z trzema miniaturowymi portretami – królów polskich Zygmunta Starego i Zygmunta Augusta i sułtana tureckiego Sulejmana – w formacie pocztówkowym.
Przy każdej wystawie przyświecała nam jedna zasada – trzeba tak postępować i taki odnieść efekt wystawy, aby można w tej instytucji robić dalsze wystawy. Hanka miała łatwy kontakt z ludźmi, jasno określała swoje wymagania, szybko się decydowała, nigdy się nie denerwowała. Posiadała takt i umiejętności mediacji potrzebne zwłaszcza, gdy dwie poważne instytucje organizujące wypólnie wystawę były niechętne wobec siebie.
Wyjazdy do Lwowa i na Kresy w latach dziewięćdziesiątych były dla Hanki tęsknotą za czasami młodości, za pięknem miasta i podolskiego czy huculskiego pejzażu. Realnie i racjonalnie traktowała rzeczywistość obecnego Lwowa. Dwa razy w moim towarzystwie odwiedzała dom rodzinny przy ul. Potockiego. Raz, gdy było tam przedszkole: widok biegających dzieci po znanych pokojach i ogrodzie i miły stosunek przedszkolanek łagodził dawne wspomnienia. Przedszkole opuściło budynek, kiedy wymagał już generalnego remontu. Ogród zarosły kilkudziesięcioletnie drzewa. Kiedy innym razem byliśmy we Lwowie, zastaliśmy odmienną sytuację. Dom przejęła po przedszkolu dyrekcja lwowskich telefonów, która zajmowała od lat budynki klasztoru i kościoła Karmelitanek stojące obok willi. Mur dzielący rozebrano, willę wyremontowano, w tylnej części ogrodu postawiono budynek techniczny centrali telefonicznej. W willi mieściła się dyrekcja. Pan dyrektor chętnie pokazał nam wszystkie pomieszczenia, obecnie biura. Hanka odnajdowała elementy starego domu, piękny parkiet w dawnym salonie, posadzkę ze starych wiedeńskich kafelków w łazience. Pan dyrektor pochwalił się wiedzą o historii domu, kto go projektował i zamieszkiwał. Uporządkowano też ogród, wycinając wiele bezładnej zieleni. Także miło przebiegło spotkanie w dawnym kościele sióstr Karmelitanek z unickim księdzem, który usiłuje urządzić w dawnym budynku klasztoru ośrodek dla młodzieży.
Anna i Leszek Wajdowie
Hanka była człowiekiem otwartym, przyjaznym, towarzyskim i takim zostanie zapewne w pamięci przyjaciół. Kochała Lwów, swoje miasto rodzinne. Brała żywy udział w działalności Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich. Uczestniczyła często w wycieczkach do Lwowa i na tamte ziemie, żyła tradycjami lwowskimi i mnie ich nauczyła. Mimo sześćdziesięciu lat pobytu w Krakowie nie mogła się do niego przywiązać. Zawsze sercem była we Lwowie i na zawsze pozostała lwowianką.
Pożegnaliśmy Annę, Hankę, Hanusię w połowie listopada 2006 roku na cmentarzu Salwatorskim w Krakowie przy licznym udziale przyjaciół, z symboliczną garstką lwowskiej ziemi.

Leszek Wajda
Kraków, styczeń 2007 r.